fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Bogusław Chrabota: Rozpędzone Chiny i Pierwszy Cesarz

adobestock
"Financial Times" opisał w ostatnich dniach nasilającą się w Chinach cenzurę prasy ekonomicznej. Changshuai, czyli dorabianie złej gęby chińskiej gospodarce, staje się nadużyciem równie źle widzianym, jak krytyka partii komunistycznej i aktualnego przywódcy.

To nowość, komentują miejscowi dziennikarze i eksperci, bo dotąd tematyka gospodarcza była traktowana neutralnie. Wszystko zmieniło się wskutek konfrontacyjnej polityki Donalda Trumpa i wojny celnej Stanów Zjednoczonych z Chinami, która może zagrozić ich bilansowi handlu zagranicznego. Niezależni eksperci coraz częściej mówią o rosnącym ryzyku kryzysu, o narastającym wewnętrznym zadłużeniu, spadającym poziomie konsumpcji, bankrutujących bądź przejmowanych prywatnych firmach i niewydolności państwowych gigantów. Wszystko to poważne obciążenia, których rozpędzona chińska gospodarka może nie wytrzymać.

Opisywanie tych zjawisk jest oczywiście wbrew oficjalnej propagandzie, która wciąż przedstawia Chiny jako pędzący pociąg. Ci, którzy kładą cień na tym obrazie, muszą liczyć się z kłopotami. Zazwyczaj wystarczy miękki środek nacisku, czyli dyskretny telefon z sugestią, ale w przypadku braku zrozumienia czy kontestowania polityki informacyjnej państwa zdarzają się bardziej brutalne działania. Serwis newsowy Qdaily został na miesiąc zamknięty ze względu na publikowanie „nielegalnych raportów". Represje dotknęły również Unirule, niezależny think tank z Pekinu, który został usunięty ze swojej stołecznej siedziby.

To jednak, co dla zachodniej opinii publicznej jest przykładem karygodnej cenzury, w Chinach uznaje się za troskę o spójność informacyjną i przejaw państwowego patriotyzmu. Rozmówcy w Pekinie z całą mocą podkreślają, że aktualna polityka gospodarcza, zgodna z doktryną Belt & Road (Nowego Jedwabnego Szlaku) prezydenta Xi Jinpinga, to wielka szansa dla świata, gigantyczny wysiłek Chin, który ma być trybutem na rzecz globalnego rozwoju. Zarówno w sferze idei wolnego handlu, jak i realnej budowy infrastruktury przyszłości.

Trudno temu myśleniu odmówić logiki i pragmatyzmu. Tak jak prezydent Trump, wszczynając wojnę handlową, próbuje zatrzymać wypływ kapitału z amerykańskiej gospodarki, ożywić produkcję i rynek pracy, tak Xi Jinping rozumnie buduje autostradę dla eksportu przyszłej chińskiej produkcji na zagraniczne rynki. Tym bardziej że dziś istotnym ograniczeniem dla ekspansji nie jest już brak kapitału, know-how, czy technologii. W tej dziedzinie nowoczesne Chiny przebiły większość dotychczasowej konkurencji. Najważniejszymi barierami wyjścia Kraju Środka w świat są wojny celne i fizyczny brak dostępu do globalnych rynków. Stąd pomysł strategii Belt & Road (stała się już oficjalną doktryną) i przekonanie, że Chiny muszą te ograniczenia pokonać samodzielnie, wykorzystać na budowę ścieżek do przyszłości zarówno wyjątkową światową koniunkturę, jak i nagromadzone przez lata rezerwy walutowe.

Czy ta polityka niesie z sobą ryzyko? Niewątpliwe; intensywny wysiłek inwestycyjny w kraju i na wszystkich innych frontach może przegrzać gospodarkę. Nie zabraknie pewnie rąk do pracy, ale przyzwyczajające się do coraz większej konsumpcji społeczeństwo może wywrzeć zbyt wielką presję na płace, by wytrzymały ją wielkie publiczne firmy, ciągle główny aktor na rynku zatrudnienia. Załamać się może także system bankowy, który nie poradzi sobie z niespłacalnymi kredytami. Czarnych chmur jest więc wiele.

Nie mniej ważna niż ryzyko kryzysu jest jednak powszechna w Chinach pewność, że wszystko to problemy przejściowe. Gigantyczny zasób demograficzny Kraju Środka, szybka urbanizacja, tworzenie się klasy średniej, dyscyplina pracy, wzrost średniej płacy czy zmiany w modelu konsumpcji powodują, że po ewentualnym kryzysie i wymuszonych korektach ścieżki rozwojowej kraj z pewnością nabierze jeszcze szybszego pędu. Wyraźnie się to czuje w wielkich miastach kontynentalnych Chin. W Pekinie, Szanghaju i Xi'an. W tym ostatnim mieście znajduje się wciąż nieodkryty grobowiec Pierwszego Cesarza Qin Shi Huangdi i jego terakotowa armia, o których piszę w dalszej części tego numeru. Nie uprzedzając lektury, warto tu jednak wspomnieć o pewnej czytelnej analogii. Pierwszy Cesarz – podobnie jak współcześni władcy Chin – też dokonał zmian na miarę epoki kosztem niebywałego wysiłku kraju i jego społeczności. Po jego śmierci Chiny doświadczyły potężnego kryzysu. Jednak po nim nastąpił ponadtysiącletni okres prosperity. Xi Jingping to wie. Warto, by i inni zrozumieli.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA