fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Dyplomacja

Donald Trump wielką nadzieją Izraela

Donald Trump
AFP
Pożegnalny „prezent" Baracka Obamy dla premiera Netanjahu jest spektakularny, ale mało skuteczny.

Nie ma granic fala oburzenia w Izraelu po rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ wzywającej do natychmiastowego wstrzymania osadnictwa na ziemiach okupowanych. Rezolucja z inicjatywy Nowej Zelandii, Senegalu i Wenezueli została przyjęta 14 głosami. Stany Zjednoczone nie skorzystały jak zwykle w takich wypadkach z prawa weta w obronie swego najważniejszego sojusznika na Bliskim Wschodzie. Rezolucja stała się więc faktem, co rozsierdziło premiera Beniamina Netanjahu do tego stopnia, że wezwał w bożonarodzeniową niedzielę ambasadora USA w Izraelu, aby wyrazić swe najwyższe niezadowolenie. Rozmowa odbyła się w izraelskim MSZ, które wezwało na dywanik ambasadorów wszystkich krajów reprezentowanych w Radzie Bezpieczeństwa. – Jak by to wyglądało, gdybyśmy wezwali do MSZ izraelskiego ambasadora w Jom Kippur? – poskarżył się dziennikowi „Haaretz" jeden z dyplomatów.

Dwa dni wcześniej, w piątek, kiedy przyjęto rezolucję, w Betlejem miała miejsce burzliwa demonstracja Palestyńczyków pod hasłem „Okupacja i terroryzm, dwie strony tego samego medalu".

Rezolucja RB ONZ nie ma dla Izraela w gruncie rzeczy żadnego praktycznego znaczenia i nie zmieni polityki prawicowego rządu premiera Netanjahu. Jest jednak dotkliwą porażką dyplomatyczną. Zaledwie kilka dni wcześniej dzięki interwencji sztabu Donalda Trumpa udało się premierowi Netanjahu doprowadzić do wycofania przez Egipt projektu rezolucji w sprawie osadnictwa w RB ONZ. Wtedy inicjatywę przejęły Nowa Zelandia i Senegal.

Wstrzymanie się od głosu przez USA jest z kolei bezprecedensową reprymendą ustępującej administracji USA udzieloną Izraelowi za storpedowanie ubiegłorocznej inicjatywy Waszyngtonu wznowienia negocjacji palestyńsko-izraelskich w sprawie tzw. two state solution, czyli utworzenia państwa palestyńskiego obok żydowskiego. Były prezydent USA Jimmy Carter namawiał nawet niedawno na łamach „New York Timesa" Baracka Obamę, aby jeszcze przed inauguracją Trumpa doprowadził do uznania przez USA państwa palestyńskiego. Doprowadziłoby to do kryzysu w relacjach z Izraelem, ale w końcu stworzyłoby podwaliny pod trwały pokój w najdłuższym konflikcie na Bliskim Wschodzie, będącym de facto przyczyną wielu innych.

Carter zakładał, że z szansy tej skorzystałby Donald Trump, który miałby okazję wycofać się z obietnic wyborczych składanych w trosce o głosy amerykańskich Żydów. Głosił, że cała Jerozolima powinna zostać uznana przez społeczność międzynarodową za stolicę państwa żydowskiego, i obiecał przeniesienie tam ambasady USA z Tel Awiwu. Gotowość do udziału w realizacji takiego planu wyraził już David Friedman, desygnowany przez Trumpa na przyszłego ambasadora USA w Izraelu.

Friedman jest ortodoksyjnym Żydem, opowiada się za aneksją okupowanego od 50 lat Zachodniego Brzegu przez Izrael i nie obawia się, że taki krok mógłby niekorzystnie wpłynąć na tożsamość państwa żydowskiego. Jest też przekonany, że osadnictwo żydowskie na ziemiach okupowanych nie stanowi przeszkody w zawarciu w przyszłości pokoju z Palestyńczykami. Powierzenie takiemu człowiekowi stanowiska ambasadora jest oczywiście mile widziane w Jerozolimie i świadczy o tym, że Donald Trump może nie poprzestać na obietnicach wyborczych. Poszedł już znacznie dalej niż Barack Obama czy Hillary Clinton, którzy także w swych kampaniach obiecywali przeniesienie amerykańskiej ambasady. Zapewnienia takie nie miały jednak żadnego znaczenia w sytuacji, gdy Izrael nie był gotów do koniecznych ustępstw otwierających drogę do pokojowego współistnienia dwu państw.

Tymczasem liczba żydowskich osadników na ziemiach okupowanych stale rośnie. Jest ich już tam ponad 500 tys. Raz za razem rząd wydaje zezwolenia na rozbudowę istniejących osiedli. O ile same osiedla zajmują ok. 3 proc. powierzchni terenu okupacji, o tyle strefy bezpieczeństwa wokół nich pochłaniają ponad jedną trzecią powierzchni regionu zamieszkanego przez 2,8 mln Palestyńczyków. Rada Bezpieczeństwa nieraz wskazywała w swych rezolucjach, że budowa osiedli jest nielegalna. Izrael nie reagował. Przyjęta obecnie rezolucja wzywa do natychmiastowego wstrzymania osadnictwa, za czym czysto teoretycznie mogłyby pójść sankcje. Tego się premier Netanjahu nie obawia. Jak zapewnia, będzie wraz z Donaldem Trumpem pracował, aby zwalczać skutki tej „absurdalnej" rezolucji.

Naftali Bennett, przywódca partii Żydowski Dom wchodzącej w skład koalicji rządowej i promującej osadnictwo, proponuje w odpowiedzi na rezolucję aneksję części Zachodniego Brzegu na wzór Wschodniej Jerozolimy po wojnie sześciodniowej.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: p.jendroszczyk@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA