fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Dane gospodarcze

Błyskawiczny powrót wzrostu cen

123RF
Już w pierwszych miesiącach 2017 roku inflacja dojdzie do 1,5 proc. rocznie. Przyspieszenie wzrostu wynagrodzeń powinno jednak sprawić, że rosnące ceny nie odchudzą mocno naszych portfeli.

Deflacja, która pojawiła się w Polsce w lipcu 2014 r., miała być zjawiskiem przejściowym. Swoją uporczywością przekroczyła jednak najskrajniejsze prognozy. W pierwszą rocznicę tego zjawiska, w połowie 2015 r., zaledwie trzech spośród 36 ekonomistów ankietowanych przez „Rzeczpospolitą" liczyło się z tym, że spadek cen towarów i usług konsumpcyjnych przeciągnie się na 2016 r. W rzeczywistości utrzymał się aż do listopada. Po tych doświadczeniach ekonomiści ostrożnie operują zwrotem „na pewno", ale siły, które mogłyby powstrzymać powrót inflacji w 2017 r., trudno sobie wyobrazić.

Nieubłagane prawa matematyki

Na początek 2016 r. przypadł dołek cenowy na rynku ropy naftowej. Dziś surowiec ten w przeliczeniu na polską walutę jest o blisko 80 proc. droższy. To z jednej strony efekt odbicia jego notowań, a z drugiej osłabienia złotego wobec dolara. Z wyliczeń ekonomistów ING Banku Śląskiego wynika, że jeśli ceny ropy ustabilizują się na obecnym poziomie, paliwa do prywatnych środków transportu w Polsce w najbliższych trzech miesiącach podrożeją o około 15 proc. w ujęciu rok do roku (o cenach paliw czytaj na B4–5). To wystarczy, aby podbić dynamikę indeksu cen konsumpcyjnych (CPI), podstawową miarę inflacji w Polsce, do około 1 proc. rocznie.

Na to nałożą się zatwierdzone przez Urząd Regulacji Energetyki zmiany cen energii elektrycznej. – Inflacja bardzo szybko może dojść do 1,5–2 proc. rocznie. To może się stać już pod koniec I kwartału 2017 r. – powiedział „Rzeczpospolitej" Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista mBanku.

Spadek cen paliw w Polsce w ujęciu rok do roku byłby możliwy tylko w razie ostrego tąpnięcia notowań ropy. Tymczasem bardziej prawdopodobny jest ich wzrost, choćby z powodu grudniowego porozumienia producentów „czarnego złota", aby ograniczyć jego podaż. Główne źródło deflacji zniknęło więc na dobre. Inne – spadek cen żywności – wyczerpało się w już w 2016 r. W okresie od stycznia do listopada żywność i napoje bezalkoholowe już drożały, choć nieznacznie, średnio o 0,7 proc. rok do roku.

Na świecie surowce rolne i podstawowe produkty spożywcze drożeją szybciej: w listopadzie globalny indeks cen żywności, obliczany przez oenzetowską agendę FAO, wzrósł o 10,4 proc. rok do roku. – Systematyczny wzrost tego indeksu nie musi oznaczać, że w Polsce żywność też będzie drożała, ale nie można tego wykluczyć. Na pewno nie będzie taniała – podkreśla Marcin Mrowiec, główny ekonomista banku Pekao.

Wśród towarów i usług, które mogą w 2017 r. drożeć, eksperci wymieniają też m.in. ubezpieczenia oraz leki (skutek zmian w prawie farmaceutycznym i efektu niskiej bazy odniesienia, związanej m.in. z wprowadzeniem w mijającym roku darmowych leków dla seniorów).

Inflacja będzie niska, ale odczuwalna

Większość ekonomistów zakłada, że po wyraźnym odbiciu w najbliższych miesiącach, w dalszej części 2017 r. dynamika cen konsumpcyjnych się ustabilizuje – choćby dlatego, że wygasną efekty niskiej bazy odniesienia dla cen ropy. Ekonomiści przeciętnie spodziewają się, że CPI w 2017 r. będzie rósł w tempie 1,5 proc. rocznie – wynika z ankiety, którą przeprowadziliśmy na potrzeby tego numeru „Rzeczpospolitej". Piotr Kalisz, główny ekonomista banku Citi Handlowy podkreśla jednak, że inflacja odczuwana przez konsumentów może być wyższa. Drożały będą szczególnie te produkty, które często kupujemy: paliwo i żywność. – W ostatnich latach to, że paliwa taniały, a żywność nie drożała, obniżało motywację pracowników do domagania się podwyżek. Teraz struktura inflacji może nasilać żądania płacowe – tłumaczy ekonomista.

Przyspieszenie wzrostu wynagrodzeń, do którego przyczyniały się będą coraz większe problemy firm ze znalezieniem pracowników i znacząca podwyżka płacy minimalnej, pozwoli konsumentom utrzymać tegoroczne tempo wzrostu siły nabywczej dochodów. Może jednak stać się kolejnym napędem inflacji.

– Wzrost kosztów wytwarzania w polskich firmach i nasilająca się presja płacowa może sprzyjać podwyżkom cen – tłumaczy Marcin Mrowiec. To oznaczałoby, że przyspieszy też tzw. inflacja bazowa, nieobejmująca cen energii i żywności i dzięki temu lepiej oddająca tendencje cenowe w krajowej gospodarce. Tymczasem prognozy, że dynamika CPI ustabilizuje się w okolicy 1,5 proc., opierają się na założeniu, że inflacja bazowa pozostanie niska. Gdyby wzrost wynagrodzeń zaczął przekładać się na ceny np. usług, to założenie mogłoby okazać się błędne. Dlatego większość ekonomistów przyznaje, że jeśli dynamika cen w 2017 r. odchyli się od oczekiwań, to raczej w górę niż w dół.

Darmowy kredyt

Powrót inflacji, zwłaszcza jeśli okaże się zaskakująco szybki, może skłonić Radę Polityki Pieniężnej do dyskusji na temat podwyżki stóp procentowych. Większość ekonomistów zakłada jednak, że sama decyzja, żeby podnieść koszt kredytu, nastąpi dopiero w 2018 r. – Rada może nie chcieć wcześniej podnosić stóp, żeby nie potęgować umocnienia złotego, do którego może dojść w II połowie 2017 r. – zauważa główny ekonomista Pekao.

Główna stopa procentowa NBP od marca 2015 r. wynosi 1,5 proc. RPP nie zdecydowała się sprowadzić jej niżej, pomimo przedłużającej się deflacji, m.in. dlatego, że – jak tłumaczyła – zjawisko to spowodowane było głównie spadkiem cen ropy, czyli czynnikiem będącym poza kontrolą krajowej polityki pieniężnej. Dopóty, dopóki odbicie inflacji też będzie miało taki „importowany" charakter, RPP nie będzie pod presją, by stopy podnosić. To może oznaczać, że w pewnym momencie realny koszt kredytu, czyli stopa pomniejszona o inflację, spadnie poniżej zera.

Opinie

Tomasz Kaczor, Główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego

Pożegnaliśmy deflację i to raczej na trwałe. Spodziewamy się, już za kilka miesięcy, inflacji na poziomie 1,5 proc. rocznie. Bezpośrednim sprawcą ostatniego wzrostu dynamiki cen, a także tego, który prognozujemy na przełom roku, są ceny nośników energii. Ale o trwałości inflacji przesądzą inne czynniki. W 2017 r. ceny w górę pchać będą nie tylko przyczyny zewnętrzne – zwłaszcza notowania surowców – lecz coraz silniejsze bodźce krajowe. Mocny popyt (konsumpcja przyśpiesza i kupujemy coraz więcej) stwarza firmom warunki, aby w większym stopniu przenosić rosnące koszty na klienta. Chodzi nie tylko o wyższe ceny materiałów czy energii, ale także pracy. Pierwsze sygnały już widzimy – inflacja u bram fabryki (tzw. inflacja PPI) w ciągu trzech miesięcy wzrosła z -0,1 do 1,7 proc. rocznie, bijąc na głowę najśmielsze z prognoz. To tylko kwestia czasu, gdy wyższe ceny u producentów przełożą się na ceny na sklepowych paragonach. Jak w tym świetle wyglądał będzie portfel Kowalskiego, któremu przyjdzie paragon opłacić? Przez ostatnie kwartały siła nabywcza płac rosła szybko – spora deflacja powodowała, że nawet niewielkie wzrosty wynagrodzeń pozwalały kupować za przeciętną pensję krajową o kilka procent więcej niż przed rokiem. Powracająca inflacja ograniczy wzrost siły nabywczej, lecz realne wynagrodzenia nadal będą rosły. Zagwarantuje to poprawa sytuacji na rynku pracy. Niedobór pracowników już teraz przekłada się na przyśpieszenie dynamiki płac.

Łukasz Tarnawa, główny ekonomista Banku Ochrony Środowiska

Po ponad dwóch latach deflacji 2017 rok będzie okresem inflacji. Szacujemy, że już w pierwszych miesiącach nowego roku wzrost indeksu cen konsumpcyjnych (CPI) osiągnie 1,5 proc. rok do roku. Będzie to wynik głównie silnego bieżącego wzrostu cen paliw i żywności przetworzonej, przy oddziaływaniu efektów statystycznych – przed rokiem bowiem ceny towarów w tych kategoriach były bardzo niskie.

W trakcie roku pojawią się także oznaki wzrostu inflacji o charakterze cyklicznym. Od ponad dwóch kwartałów przedsiębiorcy ankietowani przez NBP wskazują na silniejszy wzrost kosztów. Wobec solidnego wzrostu konsumpcji będzie postępowało stopniowe przerzucanie tych wyższych kosztów na ceny finalne dóbr i usług. Prognozujemy, że w trakcie roku szczyt inflacji przypadnie na III kwartał, gdy roczny wzrost wskaźnika CPI zbliży się do 2 proc. Następnie ponownie zadziała efekt bazy statycznej i na koniec roku inflacja powróci w okolice 1,5 proc. Prognozujemy, że średnio w 2017 r. wzrost CPI wyniesie 1,6 proc. wobec -0,6 proc. w bieżącym roku.

To będzie oznaczało, że po dwóch latach bez „podatku inflacyjnego", w przyszłym roku ta „danina" uszczupli nasze dochody. Pomimo widocznej poprawy na rynku pracy nie sądzę, aby pracownikom udało się ją przerzucić na pracodawców, tzn. wynegocjować takie podwyżki płac nominalnych, aby w ujęciu realnym – po korekcie o inflację – były one równe tegorocznym. W efekcie realna dynamika płac z ponad 4,5 proc. obecnie w przyszłym roku obniży się do około 3,0 proc.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA