fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Camerimage

Kenneth Branagh: Niedoceniana Agatha Christie

Kenneth Branagh
PAP
Laureat festiwalu Camerimage opowiada Barbarze Hollender o nowym filmie i spełnianiu marzeń.

Rzeczpospolita: Dlaczego dzisiaj, gdy w księgarniach i na ekranach pojawiła się fala nowoczesnych kryminałów, sięgnął pan teraz po powieść Agathy Christie z 1934 roku?

Kenneth Branagh: Przeczytałem „Morderstwo w Orient Expressie” jako 15-latek. Moja matka lubiła kryminały, dlatego na tę książkę trafiłem. Pamiętam, że zaintrygowała mnie zagadka, ale też duża liczba świetnie nakreślonych postaci, z których każda mogła okazać się mordercą. A gdy wróciłem do tej powieści po latach, dostrzegłem coś innego: mrok. Śmierć dziecka budzi potworne emocje, z którymi nie sposób się uporać. Odbija się na życiu wielu osób. Miałem więc wrażenie, że „Morderstwo w Orient Expressie” mogło stać się hołdem dla złotego wieku podróży i dla Agathy Christie. Jednak najbardziej zainteresowało mnie inne spojrzenie na moralność i sprawiedliwość.

W jednym z wywiadów powiedział pan, że ludzie zwykle odbierają jej powieści zbyt powierzchownie.

Christie należy do najpoczytniejszych pisarzy świata. Ma ogromną umiejętność przykuwania uwagi czytelników, wciągania ich w intrygę, ale uchodziła za pisarkę drugorzędną. A pod intrygą kryminalną kryją się u niej ciekawe refleksje o świecie i naturze człowieka. Ludzie zresztą krzywdząco oceniali i ją samą, jako osobę pełną brytyjskiego dystansu i sztuczności, aseksowną producentkę bestsellerów. Tymczasem mam wrażenie, że Christie miała mnóstwo pasji, wrażliwości i niezależności. W młodości podróżowała samotnie w odległe i niebezpieczne miejsca. Zobaczyła rozmaite oblicza życia, poznała ludzi z różnych społecznych warstw. W autobiografii napisała, że często bywała nieszczęśliwa. Cierpiała na głęboką depresję. W swoich powieściach zamknęła znacznie więcej własnych przeżyć, niż nam się wydaje.

Pan idzie tym tropem. „Morderstwo w Orient Expressie” Sidneya Lumeta z 1974 roku było historią zemsty, pan opowiada o przemocy i bólu, jaki zostawia ona w człowieku.

Kiedy pokazywaliśmy film podczas pokazów testowych, zorientowałem się, że widzowie nie oczekiwali łatwych rozwiązań. Na końcu powieści Poirot po prostu uważa, że spełnił swój obowiązek i rozwiązał zagadkę. W filmie pyta siebie, czy można zgodzić się sprawiedliwość wymierzaną w myśl zasady „oko za oko, ząb za ząb”. Czy może legitymizować postawę ludzi zatrutych rozpaczą, ale przecież tworzących świat czarno-biały, bez rozwiązań pośrodku? Dla mnie to problem fascynujący. Mój detektyw jest melancholijny i sam nosi w sobie wspomnienie jakiegoś trudnego związku. Kim była Catherine, której zdjęcie zawsze ma przy sobie? Poza tym Poirot płaci wysoką cenę za dar przenikliwości. Jest samotny, smutny. Nie ma dobrego wyobrażenia o kondycji człowieka, gdy mówi: „Powinniśmy być lepsi od bestii”.

Judi Dench, Penelope Cruz, Michelle Pfeiffer, Johnny Depp, Willem Dafoe, Derek Jacobi. Jak się pracowało z plejadą gwiazd?

Znakomicie, wbrew pozorom nikt się nie rozpychał na ekranie. Na początku postanowiliśmy z operatorem Harisem Zambarloukosem nie robić prób. W pierwszym dniu zdjęć wszyscy spotkaliśmy się na planie. Stanęliśmy przy pociągu i Haris natychmiast włączył kamerę. Chcieliśmy złapać ich nerwowość. Po ujęciu zaczęli się skarżyć, że za szybko pracujemy i nie dajemy im się skupić ani przygotować. Ale to zagrało na korzyć filmu. Przez cały czas mieli ze sobą znakomity kontakt. Nie czuło się wśród nich konkurencji.

Jesteśmy na Camerimage, więc muszę pana zapytać o Złote Żaby przyznawane duetowi reżyser–operator. Pan dostał ją z Harisem Zambarloukosem.

To fantastyczna nagroda, bo film to praca zespołowa, a relacja między reżyserem i operatorem jest intensywna. Rodzi rodzaj niepowtarzalnej intymności, wchodzenia w myśli i emocje drugiego człowieka. Dlaczego często ludzie o podobnym sposobie odbierania świata i podobnej wrażliwości wizualnej chętnie do siebie wracają przy kolejnych produkcjach.

Przy najnowszym filmie pozwoliliście sobie na zdjęcia w systemie 65 milimetrów.

Niewielu ludzi ma dziś okazję tak kręcić. To jakbyśmy odbyli podróż ręcznie robionym bugatti z lat 50. Ale przy tym temacie warto było taki wysiłek podjąć.

Zwykle gra pan w swoich filmach. Która rola jest ciekawsza: aktora czy reżysera?

Obie są fascynujące, a najbardziej lubię je łączyć. Reżyser i aktor zawsze mają podobny cel: szukają prawdy.

Od „Henryka V” do „Kopciuszka” i „Thora”. Czym jest dla pana kino?

To zawsze te same przeżycia, niezależnie od wielkości i rodzaju produkcji. Uwielbiam filmy, w których jak w „Pojedynku” liczyły się tylko twarze dwóch aktorów, Jude’a Lawa i Michaela Caina. Ale lubię też wielkie plany, jak w „Thorze”. Kino to próba refleksji na temat dylematów moralnych, obserwowanie ludzi z bardzo bliska, ale też wielkie obrazy i przestrzenie.

A dzisiaj, jako „specjalista od Szekspira”, nie tęskni pan za swoim mistrzem? Kiedyś zapowiadał pan ekranizację „Makbeta”.

Nie da się być specjalistą od Szekspira. Był genialny, a jego sztuki pozostawiają tak nieskończone możliwości interpretacyjne, że nie można czuć się w tej dziedzinie ekspertem. Co najwyżej uczniem. I to pokornym. A „Makbet”? Uprzedzili mnie Justin Kurzel i Michael Fassbender. Ale myślę o innej sztuce Szekspira.

Pamięta pan jeszcze małego chłopca z robotniczej rodziny z Belfastu? Jego marzenia się spełniły?

„Morderstwo w Orient Expressie” przeniosło mnie do dzieciństwa. Do dnia, gdy w ósme urodziny rodzice zabrali mnie do kina na „Nasz cudowny samochodzik”. Rok 1968, wielki ekran, Technicolor, Cinescope, niesamowite przygody, latający samochód. Czułem się, jakbym podróżował do innego świata.

Wtedy już chciał pan być częścią tego świata?

Wtedy, oglądając film w telewizji, właziłem za telewizor, żeby sprawdzić, w jaki sposób chowają się w tym pudełku aktorzy. Marzenia przyszły potem. I spełniają się z każdym filmem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA