fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Boks

Brytania czeka

Tyson Fury przegnał swoje demony, schudł 60 kg i pokonał Deontaya Wildera. Teraz czeka na walkę z Anthonym Joshuą. Pojedynku o absolutne mistrzostwo świata wagi ciężkiej z udziałem dwóch Brytyjczyków jeszcze nie było. To powinien być w przyszłym roku wielki sportowy i finansowy hit. Może już z publicznością
Joe Camporeale-USA TODAY Sports/Sipa USA
Największe gwiazdy kończącego się roku to Tyson Fury, Teofimo Lopez i Saul Alvarez. Polacy w wyścigu po mistrzowskie pasy byli tylko tłem.

Magazyn „The Ring" honorowe nagrody przyznał Fury'emu i Lopezowi, ale z równym powodzeniem mógł dodać jeszcze Alvareza, ubiegłorocznego triumfatora tego prestiżowego plebiscytu.

Tyson Fury, 32-letni olbrzym z Wilmslow, niewątpliwie dokonał wielkiej rzeczy. Wygrał w rewanżu przed czasem z królem nokautu Deontayem Wilderem i chyba na długo wyrzucił Amerykanina z rywalizacji o tytuły. Na razie bowiem nic nie słychać o ich trzeciej walce, która była przewidziana kontraktem.

Wyczyn „Króla Cyganów" jest tym większy, że przed rewanżem zmienił trenera, taktykę i w lutym (jeszcze przy pełnej widowni) zmiażdżył w Las Vegas rywala, który w ich pierwszej walce miał go dwa razy na deskach.

Od sensacyjnej wygranej Tysona Fury'ego z Władymirem Kliczką minęło sześć lat. Brytyjczyk w tym czasie staczał się w przepaść, miał depresję, podobno myślał o samobójstwie i gdy wreszcie wrócił na ring, niewielu dawało mu szanse na sukces. A on schudł 60 kg, wydał biograficzną książkę, w której poznaliśmy go lepiej, i znów wygrywa.

Bitwa o Wyspy

Dziś to on – choć ma tylko pas WBC odebrany Wilderowi – a nie Anthony Joshua, mistrz WBA, IBF i WBO, uważany jest za najlepszego w królewskiej kategorii. Nic więc dziwnego, że bokserski świat czeka na ich walkę. Tym bardziej że Joshua, to, co najgorsze, też ma chyba za sobą. W ubiegłym roku doznał sensacyjnej porażki przez nokaut z Andy Ruizem Jr., ale rewanż wygrał i odzyskał pasy. W tym miesiącu znokautował w Londynie solidnego Bułgara Kubrata Pulewa, dając sygnał, że jest gotowy na wielkie wyzwania.

Głosów, że Fury wciągnie Joshuę nosem, jest wiele, ale to opinie za daleko idące, syn nigeryjskich emigrantów ma sporo argumentów, by go pokonać. Do ich unifikacyjnej walki zapewne dojdzie w nadchodzącym roku i będzie to nie tylko sportowy, ale i finansowy hit.

Anglicy już się w tej kwestii wypowiedzieli: „Bitwa o Wyspy Brytyjskie" dla wielu kibiców jest ważniejsza niż piłkarskie mistrzostwa Europy czy igrzyska olimpijskie w Tokio, gdyż walki o absolutne mistrzostwo świata wagi ciężkiej z udziałem dwóch Brytyjczyków jeszcze nie było.

Wasyl się przeliczył

Fury na podium za mijający rok nie jest zaskoczeniem, natomiast obecność tam 23-letniego Teofimo Lopeza już tak. Urodzony w Nowym Jorku syn emigrantów z Hondurasu dokonał chyba największego jakościowo skoku, wygrywając unifikacyjny pojedynek z Wasylem Łomaczenką.

Ukrainiec – zawodowy mistrz trzech kategorii – był tak pewny siebie, że w starciu z Lopezem, który pierwszy tytuł zdobył w grudniu ubiegłego roku, rzucił na szalę swoje trzy mistrzowskie pasy bez klauzuli rewanżu.

I przegrał, a teraz się żali, że zawinili sędziowie. Nic z tych rzeczy. Lopez pokonał go zasłużenie, Łomaczenko, dwukrotny mistrz olimpijski, mistrz świata i Europy, stracił pasy w wadze lekkiej, a teraz chyba nie wie, co z tym fantem zrobić.

Co innego Saul „Canelo" Alvarez, który wyrasta na postać nr 1 bez podziału na kategorie wagowe. Zaczynał zawodową karierę, mając 15 lat, w wadze superlekkiej, pierwszy mistrzowski tytuł zdobył sześć lat później w superpółśredniej, a dziś, w wieku 30 lat, ma już pasy w czterech kategoriach. Do tytułów w wadze średniej dodał jeszcze pasy w półciężkiej i ostatnio w superśredniej, wygrywając z 18 cm wyższym Anglikiem Callumem Smithem.

Rudowłosy „Canelo", mający za sobą dwa znakomite pojedynki z inną gwiazdą boksu, Kazachem Giennadijem Gołowkinem (remis i wygraną, ale oba werdykty były dyskusyjne), jest pięściarzem kompletnym i tak naprawdę nie wiemy, gdzie jest jego sportowy sufit, gdyż wciąż przesuwa granice. Jedno jest pewne: każda jego kolejna walka będzie wydarzeniem.

Fury zdążył stoczyć swój pojedynek z Wilderem przed pandemią koronawirusa, a Lopez z Łomaczenką i Alvarez ze Smithem walczyli już w czasie jej trwania.

Pierwsze pandemiczne imprezy odbywały się już w czerwcu (także w Polsce) i trzeba przyznać, że boks zawodowy radzi sobie w czasach zarazy naprawdę przyzwoicie, gala goni galę, a dobrych walk nie brakuje.

Głodne wilki

Po wypadku samochodowym wrócił na ring znakomity Amerykanin Errol Spence Jr, mistrz wagi półśredniej, i w wielkim stylu pokonał swego rodaka Danny'ego Garcię. Ogromny potencjał potwierdzili kolejny Amerykanin Terence Crawford i Naoya Inoue. Ten ostatni jest Japończykiem i w pełni zasługuje na swój przydomek „Monster", gdyż nokautuje jednego rywala za drugim, co w wadze koguciej nie zdarza się często.

W najlżejszych kategoriach jest jeszcze znakomity Meksykanin Juan Francisco Estrada.

Ten pandemiczny rok pokazał ciekawe i szerokie zaplecze w wielu kategoriach. Młodych głodnych wilków z ogromnym potencjałem jest więcej, niż się wydawało jeszcze kilka lat temu. Świetnie radzą sobie medaliści olimpijscy z Rio de Janeiro (2016). Niektórzy z nich (Shakur Stevenson – USA, i Murodjon Achmadalijew – Uzbekistan) są już zawodowymi mistrzami świata, inni zbliżają się do tego celu bardzo szybko.

Szeroką ławą atakują pięściarze z krajów byłego ZSRR, ze szczególnym uwzględnieniem Uzbekistanu i Kazachstanu, i to nie tylko ci, których widzieliśmy na igrzyskach.

Niestety, w gronie pretendentów do tytułów ze świecą szukać Polaków. Rok zaczął się nawet obiecująco, gdyż Michał Cieślak stoczył w Kinszasie pod koniec stycznia dobrą, choć przegraną walkę o pas WBC w wadze junior ciężkiej z miejscowym bohaterem Ilungą Makabu.

Polskie porażki

O mistrzostwo świata prócz Cieślaka walczyli w tym roku jeszcze Ewa Brodnicka i Kamil Szeremeta. Polka broniła w Las Vegas należącego do niej pasa WBO, ale straciła go już na wadze, nie uzyskując wymaganego limitu kategorii superpiórkowej. W ringu też była zdecydowanie gorsza od Amerykanki Mikaeli Mayer. Podobnie jak Szeremeta, który kilka dni temu zmierzył się na Florydzie z Gołowkinem w walce o należący do Kazacha tytuł IBF w wadze średniej. Mistrz Europy z Białegostoku cztery razy padał na deski i został poddany po siódmej rundzie.

To był rok polskich porażek. W marcu przez nokaut z 36-letnim Finem Robertem Heleniusem przegrał Adam Kownacki czekający na wielką walką w wadze ciężkiej. Ostatnio, w połowie grudnia, Nikodem Jeżewski, walczący w Londynie w zastępstwie chorego na koronawirusa byłego mistrza wagi junior ciężkiej Krzysztofa Głowackiego, został znokautowany przez Anglika Lawrence'a Okolie.

Głowacki będzie miał okazję go pomścić, bo decyzją władz WBO zmierzy się o pas tej organizacji z Okolie w lutym lub marcu.

Trudno jednak mieć nadzieję, że nadchodzący rok będzie szczęśliwszy dla polskiego boksu. Prawda jest brutalna: świat nam ucieka coraz szybciej, a w wyścigu po mistrzowskie pasy nasi pięściarze najczęściej są tylko tłem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA