fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Białoruś

Dziennikarkom Biełsatu grozi kilka lat łagrów

Dziennikarki Kaciaryna Andrejewa i Daria Czulcowa 9 lutego w klatce w mińskim sądzie. Od połowy listopada są pozbawione wolności
AFP
Reporterkom telewizji Biełsat grozi kilka lat łagrów. Za kratami w kraju Aleksandra Łukaszenki siedzi już 11 dziennikarzy.

Uzbrojeni funkcjonariusze wyważyli drzwi i wdarli się do mieszkania, a po drodze na komisariat grozili młodym dziennikarkom, że spędzą w więzieniu dziesięć lat przy szyciu mundurów dla milicjantów. – Zapytałam wtedy, dlaczego nas nie rozstrzelacie? Odpowiedział, że na wszystkich „nie wystarczy amunicji" – relacjonowała we wtorek swoje listopadowe zatrzymanie, stojąc w klatce na sali sądowej w Mińsku, Kaciaryna Andrejewa, młoda dziennikarka nadającej z Polski jedynej niezależnej białoruskiej stacji Biełsat.

Po niemal trzech miesiącach spędzonych za kratami trzymała się mocno, a nawet wspierała stojącą obok przyjaciółkę, operatorkę Biełsatu Darię Czulczową. Kobiety zostały razem aresztowane 15 listopada w mieszkaniu na 14. piętrze przy słynnym mińskim placu Zmian (mieści się przy ul. Czerwiakowa).

To dzięki nim cały świat mógł obserwować brutalną pacyfikację najbardziej opozycyjnego osiedla białoruskiej stolicy. Wtedy milicja nie tylko stłumiła i rozpędziła protest, ale też zlikwidowała morze kwiatów i świeczek upamiętniających porwanego i zamordowanego malarza Romana Bondarenkę. Był jednym z mieszkańców tego osiedla. Prokuratura twierdzi, że to relacjonujące na żywo wydarzenie dziennikarki „zorganizowały protest i sterowały nim". Grożą im za to nawet trzy lata więzienia.

Proces, który ruszył w Mińsku we wtorek, miał niewiele wspólnego z wymiarem sprawiedliwości. Świadkowie, z którymi wiązała nadzieję prokuratura, niespecjalnie rozumieli, co robią na rozprawie sądowej. Pojawił się tam przedstawiciel zakładu transportu miejskiego, który potwierdził, że tego dnia autobusy w miejscu protestu nie jeździły i że przedsiębiorstwo poniosło straty. Przesłuchiwano też taksówkarza oraz właścicieli mieszkania, z którego dziennikarki prowadziły transmisję. Żaden ze świadków nie potwierdził tezy młodej prokurator, która utrzymywała, że to one tak naprawdę stały za protestami i „pozytywnie oceniały działalność protestujących". Zarzuciła reporterkom „cytowanie destrukcyjnych wpisów z sieci społecznościowych" podczas transmisji na żywo. Dziennikarki Biełsatu, które przez cały dzień trzymano w klatce jak niebezpiecznych przestępców, odpierały wszystkie zarzuty i twierdziły, że rzetelnie wykonywały swoją pracę.

Inicjatywę próbowała przejąć sędzia, wcielając się w rolę oskarżyciela i zarzucając im pracę bez akredytacji na terenie Białorusi. Powołano kolejnych niezbyt zorientowanych świadków. Gdy na sali zaczął już pojawiać się śmiech, rozprawę zamknięto. Los dziennikarek ma się rozstrzygnąć 16 lutego.

– Podczas wtorkowego posiedzenia sądu rozsypały się wszystkie zarzuty oskarżenia, sąd nie ma żadnych podstaw prawnych. Nie są niczemu winne, do niczego nie nawoływały, to absurdalny proces – mówi „Rzeczpospolitej" Aliaksiej Dzikawicki, wicedyrektor Biełsat TV. Doskonale zdaje sobie jednak sprawę z tego, że białoruskie sądy nie potrzebują dowodów, złamały już niejedno życie.

– Mam wrażenie, że sędzia czeka na telefon: głos w słuchawce wyda polecenie i wtedy dopiero zapadnie wyrok – dodaje.

Pod koniec grudnia UE poszerzyła listę obywateli Białorusi objętych sankcjami. Znalazło się na niej dziewięciu sędziów z Mińska i innych miast. Nie bez powodu. Obrońcy praw człowieka alarmują, że za kratami siedzi obecnie niemal 230 więźniów politycznych, w tym 11 dziennikarzy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA