fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Szułdrzyński: 2 mld zł problemem dla PiS-u

Fotorzepa, Jakub Czermiński
Partia rządząca na progu kampanii uwikłała się w spór wokół służby zdrowia. Wytyka PO błędy z czasów, gdy ta rządziła, lecz sama sukcesów nie ma. Może na tym sporo stracić.

Powołanie Adama Bielana, jednego z najbardziej doświadczonych na prawicy specjalistów od kampanii wyborczych, na szefa sztabu Andrzeja Dudy to sygnał, że rządząca prawica zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji, w której się znalazła w ostatnich dniach. I nie chodzi już nawet o to, że na rzeczniczkę typowano wcześniej Joannę Lichocką, która dziś stała się dla obozu rządzącego wielkim obciążeniem wizerunkowym. Raczej o to, że PiS wszedł za sprawą „gestu Lichockiej" na niezwykle niebezpieczny dla siebie teren.

Czytaj także:

Onkologia jest priorytetem

Zaskakujące, że tak doświadczona partia tak łatwo dała się wciągnąć w pułapkę, jaką zastawił na nią Senat, proponując, by 2 mld złotych z budżetu poszło nie na TVP, lecz na onkologię. PiS nie tylko tę propozycję odrzucił, nie tylko przegrzał sprawę gestem posłanki Lichockiej, ale też zupełnie na ślepo rzucił się do ataku na PO. A przy okazji wdepnął w dyskusję na temat nie tylko sytuacji w onkologii, ale też w ogóle w służbie zdrowia. I to poważny polityczny błąd.

PiS uznał, że przeprosiny za gest Lichockiej będą dowodem słabości, na którą nie może sobie pozwolić. Sęk w tym, że sprawa nabrzmiewa i zaczyna żyć własnym życiem. Brak reakcji oznacza, że spóźniona reakcja będzie musiała być znacznie mocniejsza, niż gdyby doszło do niej tuż po zdarzeniu, czyli w zeszły piątek. PiS wybrał jednak atak. Po pierwsze oskarżył Platformę o to, że wykorzystuje politycznie dramat chorych na nowotwory. Tyle tylko że to argument chybiony. Polityka na tym polega, że się wykorzystuje wszystkie słabości przeciwnika. A poza tym rolą polityki jest rozwiązywanie problemów zwykłych ludzi. Równie dobrze można nazwać 500+ politycznym wykorzystywaniem ludzkiej biedy.

Ale nie to było w atakach PiS najgorsze. Politycy partii rządzącej zaczęli bowiem atakować opozycję, że ona nic nie zrobiła ze służbą zdrowia, że Ewa Kopacz i Bartosz Arłukowicz byli złymi ministrami i nie polepszyli sytuacji. Nawet zakładając, że rządy PO były dla sytuacji w polskim lecznictwie gorsze niż rządy PiS – a to założenie wątpliwe – to raczej świadczy to jednak o indolencji rządzących. Jeśli w piątym roku rządów PiS głównym argumentem jest to, że PO źle coś zrobiła za swoich rządów, dowodzi to raczej tego, że to PiS poległ w swym reformatorskim zapale.

I tu dochodzimy do najbardziej niebezpiecznego z punktu widzenia kampanii wyborczej miejsca – w którym politycy PiS zaczynają się chwalić swoimi sukcesami w ochronie zdrowia, na przykład sporym zwiększeniem nakładów na NFZ. Tyle, że ten argument jest już niezwykle oddalony od społecznej percepcji sytuacji w służbie zdrowia. Obywateli nie interesuje to, że rosną nakłady na NFZ (duża w tym zasługa wzrostu płac, od których odprowadzane są składki, a nie decyzji rządzących), ale raczej to, że wydłużają się kolejki w niemal wszystkich specjalnościach medycznych. Nawet sympatycy PIS popierają tę partię raczej pomimo tego, co dzieje się w ochronie zdrowia, a nie właśnie z tego powodu. Tymczasem PiS dał się wciągnąć na teren, który dla niego jest niebezpieczny – podobnie zresztą jak i szerzej cała sfera usług publicznych. O niedoinwestowaniu tej sfery świadczą nie tylko protesty nauczycieli, lekarzy czy pielęgniarek, ale też wakaty w urzędach (choćby nadzoru budowlanego, co ujawniła tragedia w Bukowinie). Sytuacja w publicznych szkołach czy zakładach opieki zdrowotnej to raczej wyzwanie na kolejną kadencję rządów, a nie powód do chwały PiS. Wchodzenie w licytację na ten temat u zarania oficjalnej kampanii wyborczej może się okazać dużym błędem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA