fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Szułdrzyński: Kościół, LGBT i kampania wyborcza

Adobe Stock
Być może Kościół powinien się dziś zastanowić, czy nie ograniczyć na kilka tygodni powtarzania słów o tęczowej zarazie, by nie włączać się w kampanię PiS.

Gdy napisałem w poniedziałkowej „Rzeczpospolitej” o tym, że dyskusja o LGBT jest na rękę Prawu i Sprawiedliwości, zaś duchowni, którzy w tym czasie podejmują ten temat de facto pomagają rządzącym w kampanii wyborczej (pisał o tym też na tych łamach Tomasz Krzyżak), oburzyła się część czytelników. – Czy to oznacza, że Kościół powinien zmienić swoją naukę tylko dlatego, że głosi to samo, co PiS? – pytali. Oczywiście, że nie. Chodzi jedynie o to, by Kościół zdawał sobie sprawę z politycznego kontekstu, w jakim padają poszczególne wypowiedzi biskupów i zwykłych duchownych.

Dla PiS dyskusja o LGBT jest bardzo wygodna, ponieważ pozwala tej partii formułować prosty przekaz: nie jesteśmy zwykłą partią, nie walczymy tylko o władzę. Walczymy o najwyższe wartości, obronimy Kościół i polskie rodziny przed ideologią LGBT. I właśnie ten przekaz staje się jednym z filarów rozpoczętej niedawno kampanii wyborczej.

Biskupi oczywiście nie powinni zmieniać nauczania Kościoła tylko dlatego, że tę sprawę wykorzystuje w tej chwili PiS. Powinni sobie jednak odpowiedzieć na pytanie, czy chcą w tej kampanii brać udział.

Wyobraźmy sobie, że biskupi dziś napisaliby do wiernych list dotyczący szeroko rozumianej uczciwości w sferze publicznej. W którym piętnowaliby kłamstwa najważniejszych urzędników, nadużywanie przez nich władzy w celu osiągania korzyści własnych, lub swoich rodzin, w którym oburzaliby się na zbytnie szastanie publicznym groszem. Taki list zostałby odebrany przez opinię publiczną jako jawna aluzja do skandalu z Markiem Kuchcińskim i krytyka jego zachowania.

Czy jednak któryś z hierarchów w ostatnich dniach odniósł się do tej bulwersującej sprawy? Czy któryś ze znanych duchownych potępił jawne oszukiwanie opinii publicznej? Czy ktoś potępił nadużywanie władzy? Nie zauważyłem.

Wszak taka wypowiedź zostałaby odebrana jako włączanie się w bieżącą kampanię wyborczą. Czy to jednak oznacza, że Kościół nie uważa już kłamstwa czy nadużycia władzy za postępowanie niemoralne? Ależ skąd.

I tu dochodzimy do istoty problemu. Nie chodzi o zmianę nauczania, lecz o świadomość tego, że głos kościoła odbierany jest w kontekście politycznym. I biskupi muszą sobie dziś odpowiedzieć na pytanie, czy chcą być częścią kampanii wyborczej, czy chcą jednoznacznie stawać po jednej ze stron sporu politycznego.

Oczywiście możemy dyskutować, czy publiczne kłamstwo jest większym zagrożeniem dla dobra wspólnego niż marsze równości. Ale to nie jest w tej chwili istotne. Tym bardziej, że nie jest przypadkiem, że środowiska lewicowe organizują kolejne marsze równości właśnie teraz. Im też ta sytuacja jest na rękę – kolejny marsz, kolejne głosy Kościoła o zagrożeniu LGBT, potem znów deklaracje PiS o tym, że będzie polski bronił przed tą ideologią. I tak to się kręci. Lewica na tym zyskuje, podobnie jak i PiS, bo dzięki temu wojna ideologiczna się zaostrza. Zyskują na niej strony sporu, biorąc za zakładnika umiarkowane centrum.

W tej sytuacji Kościół powinien moim zdaniem na serio zastanowić się, czy by przez najbliższe dwa miesiące ograniczyć swe wystąpienia dotyczące LGTB. Ani Sejm teraz nie dyskutuje nad wprowadzeniem do prawa instytucji konkubinatów czy małżeństw osób tej samej płci, ani nic w tej chwili się takiego nie dzieje, co by sprawiało, że Kościół musiałby się tym non stop zajmować.

Może warto się nad tym dziś zastanowić, a nie później narzekać, że znów mówi się o upolitycznieniu Kościoła i że przeciwnicy PIS zaczynają Kościół traktować jako politycznego wroga.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA