Odpowiedzi nie będzie, dopóki stenogramów nie porówna się z danymi innych rejestratorów, na których notowano parametry lotu (prędkość, prędkość schodzenia, obroty silnika itd.). Ważna będzie także analiza taśmy, która zapisała to, co działo się na wieży lotniska Siewiernyj.

Mimo zastrzeżeń stenogramy są ważnym dokumentem. Potwierdzają kilka faktów, eliminują kilka hipotez. Choć trzeba pamiętać, że poznaliśmy pierwszą wersję. Wiele fraz nie zostało odczytanych, nie ustalono tożsamości wszystkich osób. Jeśli uda się to rozszyfrować, obraz może wyglądać inaczej.

 

 

Z zapisów nie wynika, że samolot miał kłopoty techniczne. Na taśmie nie ma meldunku o awarii. Rozmowy między lotnikami są spokojne, niemal do ostatniej chwili. Potwierdza to ustalenia rosyjskiej Międzypaństwowej Komisji Lotniczej (MAK), która wstępnie wykluczyła kłopot techniczny bądź zamach.

Transkrypcja rozmów załogi samolotu Tu-154M (źródło: MSWiA)

Nie ma dowodu, że były problemy z urządzeniami nawigacyjnymi na lotnisku – szczególnie chodzi o radiolatarnię bliższą w stosunku do pasa. Z polskich kół rządowych i Dowództwa Sił Powietrznych mieliśmy informacje, że kapitan jaka-40, który lądował przed tupolewem, mówił, iż sygnał latarni przerywał. Załoga Tu-154 nie sygnalizuje tego problemu. Także kapitan jaka, który łączy się z załogą prezydenckiego samolotu, nie informuje o wadliwie działającym urządzeniu.

 

 

Autopromocja
Historia Uważam Rze

Odkrywaj karty historii i pogłębiaj swoją wiedzę od starożytności po nowoczesność

ZAMÓW

Teza o naciskach na załogę nie znalazła potwierdzenia. Jednak nie da się jej wykluczyć na tym etapie. Wiele wypowiedzi osób spoza załogi nagrało się kiepsko.

Teoretycznie o próbie presji mogą świadczyć słowa wypowiadane najpewniej przez Mariusza Kazanę – szefa protokołu MSZ. Kapitan Arkadiusz Protasiuk, gdy już wie, że warunki na lotnisku są kiepskie, mówi (najprawdopodobniej do Kazany): „Panie dyrektorze, wyszła mgła (...) W tej chwili w takich warunkach, które są obecnie, nie damy rady usiąść”.

Kazana odpowiada: „No, to mamy problem”.

Czy to nacisk? Niekoniecznie. Dyrektor protokołu może chcieć się dowiedzieć, czy samolot wyląduje o czasie i na tym lotnisku, na jakim planowano. Jeśli nie, Kazanę czeka mnóstwo roboty, żeby uroczystości jednak się odbyły.

Druga wypowiedź jest bardziej niepokojąca. Kazana: „Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić”. Do katastrofy zostało niecałe 11 minut. O czym ma decydować w takiej chwili Lech Kaczyński? Na jakie zapasowe lotnisko lecieć? Przecież to nie jego sprawa: martwić się może najwyżej szef protokołu. Może chodzi o to, czy tracić kolejne 30 minut na „wiszenie” nad lotniskiem (wcześniej Protasiuk proponuje wariant, by poczekać, czy nie rozwieje się mgła).

Także ostatnią wypowiedź Kazany trudno ocenić jako presję, bo w stenogramie występuje bez kontekstu.

Zastanawiająca jest obecność dowódcy Sił Powietrznych gen. Andrzeja Błasika w kabinie. Jego głos został zarejestrowany na 2 minuty przed katastrofą. Słowa przypisane w stenogramach Błasikowi nie świadczą o tym, by wywierał presję na załogę. Jednak zaraz potem mamy sześć anonimowych, niezrozumiałych wypowiedzi. Czy autorem którejś był generał? Nie wiadomo. To otwiera pole do domysłów.

 

 

Na podstawie stenogramów nie da się jednoznacznie stwierdzić, że wieża działała bezbłędnie.

O 8.40.38 kontroler informuje, że odległość od pasa wynosi 2 kilometry, a Tu-154 znajduje się na właściwym kursie i ścieżce schodzenia.

Kapitan Protasiuk milczy. Chyba nie ma głowy, by odpowiadać. Za chwilę otrzyma trzecie ostrzeżenie od systemu TAWS („ziemia przed tobą”).

Stenogramy nie potwierdzają tezy o naciskach. Ale nie da się jej na tym etapie wykluczyć

Kontroler nie zwraca uwagi na brak odpowiedzi lotnika. Rosjanin zamilknie na 13 sekund (Tu przelatuje w tym czasie blisko 1000 metrów!). Następnie wyda komendę „Gorizont” – wzywającą do wyrównania lotu. Dlaczego tak późno? Być może zareagował dopiero, gdy stracił samolot z ekranu radaru (ze wstępnego raportu MAK wynika, że Tu był w jarze, poniżej płyty lotniska)?

Jest jeszcze jedna wątpliwość. Z komunikatów wieży wynika, że kolejne odcinki (4 do 3 km od pasa oraz 3 do 2 km od pasa) Tu pokonuje odpowiednio w 13 i 12 sekund. O 8.40.38 wieża podaje, że maszyna jest 2 km przed płytą. Tymczasem sygnał dźwiękowy mijania bliższej radiolatarni (1100 metrów od pasa) słychać o 8.40.56. Jak to możliwe, że 900 metrów maszyna przelatuje w aż 18 sekund? Czy załoga dostawała od kontrolera precyzyjne dane? Czy podawał prawidłowe odległości maszyny od pasa? Bez zapisów z wieży, bez parametrów lotu jasnej odpowiedzi na te pytania nie będzie.

 

 

Przed wylotem prognoza ze Smoleńska – którą dostała załoga – była pozytywna, ale na granicy minimum. Załoga liczy się z tym, że warunki są nie najlepsze: „Nie, no ziemię widać... coś tam widać... może nie będzie tragedii...” (drugi pilot o 8.11.01). Za chwilę przychodzi ostrzeżenie od białoruskiego kontrolera (8.14.06). Podaje, że widzialność w Smoleńsku o 6.11 wynosiła 400 metrów!

To ciekawa informacja. Ponad godzinę przed startem (Tu poderwał się z Okęcia o 7.27) wiadomo było, że pogoda jest fatalna. Ale załoga tej informacji w Warszawie nie otrzymała.

Po drugie komunikat o widzialności 400 m otrzymany już w czasie lotu nie powoduje podjęcia decyzji o zmianie kursu na lotnisko zapasowe.

Następują kolejne ostrzeżenia o złej pogodzie. Z tupolewem łączy się lotnik z jaka („p... tutaj jest. Widać jakieś 400 metrów”). Złe warunki sygnalizuje wieża w Smoleńsku (komunikat o widzialności 400 m, kontroler powtarza dla pewności po angielsku). Protasiuk prosi kontrolera o zgodę na próbne podejście. Ten pyta, czy po takiej operacji wystarczy im paliwa, by odlecieć na zapasowe lotnisko. Gdy uzyskuje potwierdzenie, zezwala na zniżanie. Wynika z tego, że załoga z pełną świadomością podchodzi do lądowania, choć warunki są poniżej wymaganego do tego minimum.

 

 

Komunikację ze Smoleńskiem prowadzi kapitan. Wcześniej, gdy załoga łączyła się z Mińskiem i Moskwą, rozmowa odbywała się po angielsku i prowadził ją – zgodnie z zasadami – nawigator. Przed połączeniem z „Korsarzem” (kryptonim lotniska Siewiernyj) nawigator pyta: „Będziemy mówić po rusku?”. „Tak”, odpowiada mu kapitan i przejmuje komunikację. Od tej pory to on będzie rozmawiał z ziemią. Spadnie mu na głowę kolejny obowiązek. Dlaczego? Nawigator kiepsko, jeśli w ogóle, porozumiewa się w tym języku. To zemści się w krytycznym momencie. Protasiuk – prawdopodobnie zajęty pilotowaniem we mgle – przestaje odpowiadać wieży. Ostatni raz odpowiada na wezwanie do włączenia lamp (8.40.34).

Kapitan od tamtej chwili nie wypowiada w ogóle ani jednego słowa. W krytycznych kilkudziesięciu sekundach słychać tylko nawigatora, który odczytuje spadającą wysokość. Drugi pilot odzywa się tylko dwa razy (jeśli nie liczyć przekleństwa). Przy wysokości 100 metrów mówi: „W normie”, by po sekundzie powiedzieć: „Odchodzimy”.

Wiadomo, że wysokość podjęcia decyzji – czyli 100 m – poniżej której pilot nie powinien dalej schodzić, jeśli nie ma dobrej widoczności, zostaje przekroczona świadomie. Kapitan słyszał wysokości podawane przez nawigatora. Dlaczego schodzi? Tego stenogramy nie wyjaśniają.

 

 

Politycy, czując presję, zdecydowali się na ujawnienie zapisów. Ludzie informowani rzadko i oszczędnie mogli mieć nadzieję na wyjaśnienie zagadki. Eksperci byli jednak od początku sceptyczni.

– Wszyscy się emocjonują, ale dużo istotniejsze są zapisy innych rejestratorów. Tych, które uwieczniają parametry: wysokość, prędkość schodzenia, kąty natarcia... To dużo ważniejsze dla odpowiedzi na pytanie, co się tam stało – tak tłumaczył nam były pilot, który ma na koncie kilka tysięcy godzin wylatanych na Tu-154.