Tusk jeździ autobusem i pochyla się nad biedą, nieszczęściem. Udaje, że przez ostatnie lata rządził ktoś inny. Kaczyński gra polityka ciepłego i umiarkowanego. Wie, że nie może się dać sprowokować, bo to dla niego zguba.
Obaj są jak dobrze wytrenowani bokserzy. Znają mocne strony przeciwnika i swoje słabości. Premier dąży do zwarcia w nadziei, że Kaczyński się pogubi, wda się w bójkę. Kaczyński to wie, dlatego schodzi z linii ciosu.
Obaj wzięli cały ciężar kampanii na siebie. Dlaczego? Programy PiS i PO są niespójne, mało wyraziste. PO pożegnała się z liberalizmem – wycofała z podatku liniowego, nie tknęła KRUS, podwyższyła podatki. A prosocjalny PiS? Obiecuje podwyżki dla nauczycieli, gdy tylko powróci wysoki wzrost gospodarczy. A wiadomo, że długo nie powróci. Ale PiS ma świadomość, że z pustego nie naleje, i nie chce być potem szarpany za gołosłowne obietnice.
Liderzy robią więc wiele, by się odkleić od partyjnych szyldów.
– Lokalni działacze PO są nazywani w „tuskobusie" glonojadami w krawatach. Odgania się ich od szefa rządu – opowiada uczestnik objazdu. Tusk ma się spotykać z ludźmi, a nie z partyjnym aktywem.
Podobnie działa ekipa Kaczyńskiego. W kampanii jest tylko prezes. Sztab zręcznie ociepla jego wizerunek. Dobrym przykładem jest ostatni klip wyborczy czy wypuszczony kilka dni temu film propagandowy o Kaczyńskim pod tytułem „Lider". W tym ostatnim Kaczyński opowiada, jak w dzieciństwie walczył na kamienie. Mówi, że mimo straty brata jest w stanie działać publicznie. Nie ma spiskowych teorii, sztucznej mgły i pielgrzymek z krzyżem.
Na premierze filmu usłyszeliśmy: „Oficjalnie Kaczyński otwiera się na nowych wyborców. Po cichu, bez fleszy, w kinowych salach głaskani są twardzi zwolennicy partii". Tam stary PiS mówi o Smoleńsku starym językiem. Kampania idzie płynnie, dwutorowo.
W PO jest inaczej. Tusk był niezadowolony z tego, jak układa się rozgrywka. PO uparcie wzywała Kaczyńskiego do debat. Prezes odmawiał – nie chciał ryzykować powtórzenia telewizyjnej klęski z 2007 roku. „Debatowanie o debatach" stawało się śmieszne. Wtedy w sztabie PO padło hasło: „Po co debatować z Kaczyńskim? Podyskutujmy z Polakami".
Premier wsiadł do autobusu. Wiedział, że tu ma przewagę – dobrze się czuje w kontakcie z przypadkowymi ludźmi, potrafi słuchać i współczuć.
Okazało się, że człowiek, który od czterech lat jest u władzy, wysłuchuje narzekań i ociera łzy wyborców. Dziwne?
Nieważne. Z badań robionych dla PO wynika, że „tuskobus" się spodobał. I dlatego będzie jeździł do końca kampanii.