Rz: Dziś mija 25 lat od śmierci reżysera Stanisława Barei. W filmach demaskował absurdy komunizmu, ale z systemem spierał się także w inny sposób. Na czym polegała jego działalność opozycyjna?

Maciej Łuczak: Współpracował z „Solidarnością", przemycał z Zachodu publikacje paryskiej „Kultury", ale także np. maszynę drukarską, przewożąc ją na dachu malucha. W jego domu mieściła się zresztą pracownia podziemnego wydawnictwa

Nowa. Ale wykorzystywał także swoją znajomość warsztatu teatralnego i przy użyciu profesjonalnych technik teatralnych charakteryzował Zbigniewa Bujaka tak, aby milicja i inne służby nie mogły go rozpoznać.

Część środowiska filmowego kolaborowała z komunistami. Dlaczego Bareja stanął po przeciwnej stronie?

Wynikało to głównie z jego przekonań moralnych, ale był to też jego ludzki sprzeciw wobec kłamstwa i propagandy. U Barei łączyło się to z pewnym dystansem do świata. Za swoją działalność opozycyjną uważał także pędzenie bimbru wspólnie ze Stanisławem Tymem. To był jeden z jego  pomysłów na walkę z komunistycznym państwem.

A jak był postrzegany w środowisku filmowym?

Był outsiderem. Jego twóczość nie bardzo podobała się kolegom z branży, także dlatego, że wcześniej, w latach 60. filmy Barei rzeczywiście nie były zbyt wyszukane.

Ukuto nawet termin bareizm. Co on oznacza?

To był synonim kina niskich lotów, charakteryzującego się mało wyszukanym poczuciem humoru. A trzeba pamiętać, że w Polsce to były czasy kina moralnego niepokoju. Ambicją twórców było pokazywanie w filmach skomplikowanych problemów etycznych. Terminem „bareizm" po raz pierwszy pod adresem twórczości Stanisława Barei posłużył się Kazimierz Kutz. Bareja ciężko to przeżył, bo uważał Kutza za swojego przyjaciela. Bardzo mocno się wtedy poróżnili. Potem, w jednym ze swoich scenariuszy Bareja pokazał postać Klotza, człowieka, który zmienił sobie nazwisko z Kloc – to była złośliwa aluzja pod adresem Kutza, który kiedyś nazywał się Kuc.

Ale kino Barei podobało się widzom, do dziś jest uwielbiany.

To prawda. Siłą kina Barei jest jego, w pewnym sensie, paradokumentalny charakter. Wyłapywał idiotyzmy i absurdy, które były wszechobecne i dotykały wszystkich ludzi. Niektórzy dostrzegali, że w ten atrakcyjny i komediowy sposób opowiadał o ludzkiej kondycji. Ale docierał do prostych ludzi, a nie do elit. Ludzie lubili Bareję, bo jego filmy miały charakter terapeutyczny. Śmiejąc się z „Misia", mogliśmy jakoś znieść komunizm.

A jak znosił go Stanisław Bareja?

Mocno przeżywał interwencje cenzorów i urzędników z resortu kultury. Ale bardziej bolała go krytyka kolegów filmowców.

—rozmawiał Rafał Mierzejewski