Polscy lekarze chcą odpowiadać karnie tylko w przypadku rażącego niezachowania staranności i za umyślnie spowodowanie uszczerbku na zdrowiu. A jak wygląda odpowiedzialność karna lekarzy w innych krajach europejskich? Czy nasze przepisy są rzeczywiście restrykcyjne?

W żadnym kraju w Europie lekarze nie są zwolnieni z odpowiedzialności karnej jako specyficzna grupa zawodowa. Polscy lekarze często mówią, że jako grupa zawodowa są wyjątkowi i dlatego zasługują na wyjątkowe traktowanie. Na co dzień podejmują decyzje, od których zależy życie i zdrowie pacjenta. To fakt. Jednak takie wyjątkowe traktowanie nie znajduje uzasadnienia w ustawodawstwie innych państw europejskich. Wszędzie lekarze odpowiadają jak każdy inny człowiek. Również z tytułu wykonywanego zawodu za narażenie pacjenta na ryzyko utraty życia i zdrowia oraz za spowodowanie śmierci.

Czytaj więcej

Sąd: pół miliona złotych za tragiczny błąd szpitala

W większości krajów ta odpowiedzialność jest jednak zagrożona niższymi karami niż w Polsce. Najczęściej lekarze odpowiadają za rażące niedbalstwo lub za umyślne narażenia życia i zdrowia pacjenta.

Czyli tak, jak proponuje Naczelna Rada Lekarska.

Tak, ale trzeba by oczywiście porównać przepis do przepisu. Zasada jest podobna. W Irlandii i Szkocji nie ma zwyczaju pociągać lekarzy do odpowiedzialności karnej, chyba że zdarzenie jest rażące. Tam system koncentruje się na analizie zdarzeń niepożądanych i zapewnieniu pacjentom odpowiedniej rekompensaty.

W Szwecji, Norwegii i Danii lekarz, niezależnie od tego, czy zaraportuje błąd medyczny z własnej inicjatywy, czy nie, może zostać skazany przez sąd karny, jeśli jego postępowanie można uznać za przestępstwo. Jednak zarówno w Norwegii, jak i w Danii, odpowiedzialność karna lekarza dotyczy sytuacji, gdy jego postępowanie jest umyślne lub stanowi rażące niedbalstwo. Zwraca też uwagę niskie zagrożenie karą pozbawienia wolności: maksymalny wymiar tej kary w Szwecji to dwa lata.

Jakie kary grożą lekarzom w Polsce?

Aktualnie zagrożenie karą w Polsce dla lekarza to maksymalnie pięć lat za spowodowanie śmierci pacjenta. W przypadku ciężkiego uszczerbku na zdrowiu to maksymalnie trzy lata pozbawienia wolności. Liczby pokazują, że zagrożenie odpowiedzialnością karną lekarzy w Polsce jest iluzoryczne. Liczba wszczętych postępowań prokuraturach w sprawach o błędy medyczne w 2021 r. w stosunku do roku 2020 zmniejszyła się i wyniosła 1751. Oznacza to, że – w uproszczeniu – mniej niż jeden na 100 lekarzy ma szansę zetknąć się jako świadek z postępowaniem prokuratorskim w sprawie o błąd medyczny. Akt oskarżenia może dotyczyć już tylko jednego na 650 lekarzy. W 2021 r. skierowano 283 akty oskarżenia.

Naczelna Rada Lekarska przyjęła ostatnio memorandum w sprawie no-fault.

Zanim zaczniemy o tym rozmawiać, chciałabym wyjaśnić, czym jest system no-fault. W potocznym rozumieniu to zwolnienie lekarzy z odpowiedzialności karnej. Natomiast no-fault w rozumieniu skandynawskim to orzekanie o odszkodowaniu bez konieczności rozstrzygania, kto konkretnie, z imienia i nazwiska, zawinił w przypadku błędu medycznego. To są więc dwie różne rzeczy. Jednak składa się to na pewien sposób myślenia czy też organizacji ochrony zdrowia, które określa się mianem kultury bezpieczeństwa. Chodzi o to, by nie kryminalizować wykonywania zawodu lekarza, czyli żeby w miarę możliwości odejść od odpowiedzialności karnej. Na plan pierwszy wysuwa się poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, co się wydarzyło i jak tego uniknąć w przyszłości. Gdzieś po drodze ustala się, kto zawinił. Ale najbardziej istotny jest poszkodowany pacjent, który powinien otrzymać odpowiednie odszkodowanie. W toczącej się obecnie dyskusji rozkład tych akcentów jest wypaczony. W pierwszej kolejności nie powinniśmy mówić o lekarzach, tylko o poszkodowanych pacjentach i ich potrzebach. Środowisko lekarskie lekko przechodzi nad tym problemem. Po części się nie dziwię, bo oni nie są dysponentem środków budżetowych.

Kto płaci odszkodowanie za błąd lekarski?

Dziś powinien płacić ubezpieczyciel podmiotu leczniczego, a jeśli lekarz wykonuje swój zawód w ramach prywatnej praktyki lub w ramach kontraktu – także ubezpieczyciel lekarza. Po to mamy system ubezpieczeń odpowiedzialności cywilnej, tak jak w przypadku prowadzenia pojazdów mechanicznych, żeby w razie zdarzenia za lekarzem stał ubezpieczyciel, czyli gwarant. Ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej są obowiązkowe. Jest też możliwość ubezpieczeń dodatkowych. Niestety powszechnym problemem jest niedocenianie roli ubezpieczenia i niedoubezpieczenie się.

Czy wysokości sum gwarancyjnych nie są uregulowane ustawowo?

Minimalne sumy są uregulowane ustawowo, ale są dalece niewystarczające, biorąc pod uwagę skalę potrzeb pacjenta w przypadku błędu medycznego. Jeśli skutkiem błędu jest czterokończynowe porażenie dziecka przy porodzie, to ma ono prawo do zadośćuczynienia w wysokości – zgodnie z orzecznictwem – średnio miliona złotych, ale najważniejsze jest zapewnienie dostosowania mieszkania do potrzeb osoby z niepełnosprawnościami, całodobowa opieka, leczenie i rehabilitacja. Znamy realia. Wiemy, że to wszystko odbywa się najczęściej komercyjnie. A to kosztuje. To wszystko powinno być opłacone z polisy podmiotu medycznego lub lekarza. Nawet jeżeli zdarzenie zostanie potwierdzone, to ubezpieczyciel płaci odszkodowanie do wartości polisy. I kropka. Na tym kończy się relacja pacjent – ubezpieczyciel. Na placu boju zostaje podmiot leczniczy lub lekarz, którzy stają w obliczu pokrycia szkody z własnego majątku.

Chyba czasem łatwiej ogłosić upadłość niż wypłacać renty i zadośćuczynienia pacjentom.

Publiczny szpital nie może. Proszę zobaczyć, do jakich paradoksów dochodzi – mamy dwie matki. Obie doznały tragedii w postaci niedotlenienia dziecka. Jedna rodziła w prywatnej klinice, prowadzonej w formie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, druga w powiatowym publicznym szpitalu. Oba podmioty mają kontrakty z NFZ. Jednak sytuacja pacjentów w przypadku wyczerpania środków z polisy jest różna. Jeżeli wyczerpie się polisa prywatnego szpitala, podmiot odpowiedzialny może zniknąć. Prowadziłam taką sprawę. Chłopcu przy porodzie kleszczowym przerwano rdzeń kręgowy. Jest w pełni sprawny intelektualnie, ale porażony od szyi w dół. Matka rodziła w prywatnej klinice 21 lat temu na NFZ. Nie płaciła za poród. Polisa po kilku latach się wyczerpała, a klinika ogłosiła upadłość i przestała płacić rentę zasądzoną wyrokiem. Ten dorosły już mężczyzna nie ma więc renty, z której może pokryć koszty rehabilitacji. Gdyby ta sama sytuacja wydarzyła się w szpitalu publicznym, to nawet gdyby został zlikwidowany, rentę płaciłby organ założycielski – najczęściej starostwo czy powiat. Jeśli zaś lekarz, który przerwał rdzeń, pracowałby na kontrakcie, odpowiadałby własnym majątkiem. Ryzykowałby majątkiem całego życia, a może i przyszłych pokoleń. Lekarza nie uratuje nawet ogłoszenie upadłości konsumenckiej, bo w postępowaniu upadłościowym nie mogą zostać umorzone długi, które są rekompensatą za wywołanie choroby czy kalectwa.

Pewniejszym źródłem finansowania wydaje się szpital. Czyli, planując operację, lepiej zapytać lekarza, na jakiej podstawie jest zatrudniony?

Właściwie tak, ale oczywiście nikt tego nie robi, tak jak nie prosimy lekarza o okazanie polisy OC przed operacją, jakiej mamy się poddać. Ale z drugiej strony, lekarz, podpisując kontrakt, powinien sobie zdawać sprawę z tego, jak bardzo ryzykuje i jak może się przed tym ryzykiem zabezpieczyć. Odpowiedzialność karna ziszcza się bardzo rzadko. Dziwi mnie, że samorząd lekarski stawia tę odpowiedzialność na pierwszym miejscu. Oczywiście, świadomość, że toczy się w tle postępowanie karne, jest uciążliwa. Można bać się odpowiedzialności. Ale przecież każdy z nas żyje pod taką presją. Jeżeli ktoś prowadzi samochód, musi liczyć się z tym, że nawet jeśli nieumyślnie i nieznacznie złamie przepisy i dojdzie do wypadku, to poniesie za to odpowiedzialność. Myślę, że lekarze i podmioty lecznicze powinny bardziej myśleć o odpowiedzialności cywilnej. A sam Rzecznik Praw Pacjenta mówi, że projektowany obecnie przez rząd fundusz kompensacyjny ma dotyczyć mniejszych szkód. Do 100 tys. ma być wypłacane każdej z uprawnionych osób w przypadku śmierci pacjenta.

Ale rzecznik argumentuje też, że w procesach cywilnych rodzinie nie są zasądzane wyższe odszkodowania.

Znam szereg wyroków, w których przyznano wyższe odszkodowania. Np. matce zmarłego dziecka zasądzono 250 tys., a w innej sprawie 500 tys. Ale rzeczywiście przeciętnie kwota 100 tys. zł mogłaby być do zaakceptowania w przypadku uproszczonej procedury. Jednak w projekcie ustawy o jakości w opiece zdrowotnej proponuje się też nie więcej niż 200 tys. w przypadku uszczerbku na zdrowiu. Taka kwota, przy zrzeczeniu się wszystkich innych roszczeń (m.in. renty), może być odpowiednia tylko dla przypadków o mniejszej wadze, np. błędnie leczonego złamania. Wówczas zadośćuczynienie w wysokości na przykład 150 tys. zł rzeczywiście może być uzasadnione. Ale na pewno fundusz kompensacyjny to nie jest remedium na najpoważniejsze szkody, np. okołoporodowe czy te skutkujące stanem wegetatywnym, gdzie nie tylko poszkodowany pacjent, ale i członkowie rodziny mają prawo do zadośćuczynienia. 200 tys. w takich przypadkach nie wystarczy.

I tu wracamy do punktu wyjścia – jak zapewnić odszkodowanie pacjentowi, a lekarzy uwolnić od widma prokuratury? Bo dziś pacjent, poszukując możliwości uzyskania odszkodowania i zadośćuczynienia za krzywdę, korzysta ze wszystkich możliwych dróg. Trudno mu się dziwić. Żadna z tych dróg nie jest łatwa ani szybka. Samorządowi lekarskiemu i w ogóle podmiotom leczniczym powinno zależeć na tym, by ten system udrożnić. I żeby odszkodowania były wypłacane efektywnie i na odpowiednim poziomie. Żeby się tak stało, trzeba urealnić polisy. W tej chwili mam kilkaset spraw w toku w mojej kancelarii i w 80 proc. wyroków okazuje się, że polisa jest niewystarczająca. Najwyraźniej podmioty lecznicze i lekarze nie mają świadomości zagrożenia i odpowiednich doradców, którzy mogliby im powiedzieć, jaka kwota ubezpieczenia będzie odpowiednia.

Jaka więc powinna być wysokość sumy ubezpieczenia?

Lekarz powinien sobie wyobrazić najgorszą sytuację, jaka może się zdarzyć, a następnie dopasować do tego polisę. To oczywiście duże uproszczenie, ważne jest, żeby polisa zabezpieczała w pełni lekarza, ale z drugiej strony, żeby nie przepłacać, bo przecież ubezpieczenie kosztuje. Zdarzenia medyczne mogą jednak kosztować więcej. Warto więc to ryzyko i koszty analizować na przykład z agentem ubezpieczeniowym, a nie zdawać się na minimalne obowiązkowe OC albo wybór pani księgowej.

Czyli np. suma ubezpieczenia anestezjologa ile powinna wynosić?

Tak jak wspomniałam, polisę trzeba zindywidualizować do sytuacji podmiotu leczniczego i lekarza, ale na pewno kilka milionów. I nie do końca zależy to od specjalizacji lekarza. Nawet lekarz dentysta, wykonujący zabiegi w znieczuleniu ogólnym, powinien wziąć pod uwagę, że dziecko po leczeniu zębów znajdzie się w stanie wegetatywnym. A to się przekłada na pieniądze. Renty miesięczne zasądzane przez sąd sięgają dziś nawet 20 tys. zł miesięcznie. Takie są realia. Koszty utrzymania, leczenia, rehabilitacji i opieki stale rosną. A taka renta może być płacona przez kilkadziesiąt lat, a nawet zwiększana, jeśli potrzeby poszkodowanego wzrosną.

Z czyjej kieszeni powinny pochodzić środki funduszu kompensacyjnego?

To dobre pytanie. Bo w ostatniej upublicznionej wersji ustawy o jakości w opiece zdrowotnej i bezpieczeństwie pacjenta, zakładano, że fundusz kompensacyjny będzie zasilany ze składki zdrowotnej, czyli ze środków budżetowych.

Ale tu już nie ma czego dzielić.

Rzeczywiście – więc zakładanie przez samorząd lekarski, że fundusz kompensacyjny załatwi sprawę rekompensat dla poszkodowanych pacjentów, to budowanie zamków na piasku. Poza tym uważam, że oderwanie odszkodowań od podmiotów leczniczych, w których do zdarzenia doszło, jest demoralizujące. Podmiot leczniczy przecież może nawet nie wiedzieć, że jakieś odszkodowanie jest wypłacane za leczenie niezgodne z aktualną wiedzą medyczną.

Czyli źródłem finansowania powinny być składki od podmiotów leczniczych?

Tak. Choć nie powinien być to nowy rodzaj ubezpieczenia. Ten pomysł już raz się nie sprawdził przy okazji Wojewódzkich Komisji ds. Orzekania o Zdarzeniach Medycznych. Należy tak zmodyfikować przepisy, by odszkodowania przyznawane z funduszu na zasadzie no-fault były pokrywane z polis OC podmiotów leczniczych i lekarzy. I jednocześnie należy zwiększyć sumy ubezpieczenia. To powinno wystarczyć.