Teraz, nad Pakistanem, w każdej chwili mogliśmy zostać zestrzeleni. Zacząłem się zastanawiać, jak to jest, gdy śmigłowiec obrywa. Giniesz natychmiast czy spadasz z wrakiem i jakiś jego fragment pozbawia cię głowy? Takie dziwne, pomieszane myśli. Próbowałem oderwać się od nich, rozglądając się i obserwując wszystko wkoło.

Siedzieliśmy na składanych krzesełkach w stylu tych, które można dostać w Walgreens (amerykańska sieć sklepów – red.) za dziesięć dolarów bez centa. Byłem zwrócony twarzą do kierunku lotu. Piloci siedzieli za solidnym przepierzeniem, zatem inaczej niż w zwykłych śmigłowcach, byliśmy pozostawieni samym sobie. Cairo i Cheese, jego przewodnik, znajdowali się tuż obok mnie, po mojej lewej. Cairo zawsze był szczęśliwy, gdy trafiała się robota. Gdyby nie nosił kamizelki z wciąż widoczną krwawą plamą, nikt by nie poznał, jak blisko był kiedyś śmierci. Wyglądał na całkowicie zrelaksowanego, jak psiak jadący na przednim siedzeniu pikapa na rodzinny piknik. Szkoda, że nie mógł wystawić głowy przez okno.

Niektórzy faceci spali, co robiło na mnie wrażenie. Ja nie mogłem. Zostało nam dziewięćdziesiąt minut do celu. Aby uspokoić myśli, zacząłem liczyć. Nauczyłem się tego jako snajper. Liczenie daje spokój, ale nie odbiera gotowości. Umysł coś robi, choć po prawdzie jest bezczynny. Policzyłem od zera do tysiąca i od tysiąca do zera, od zera do tysiąca i od tysiąca do zera. Musiałem to zrobić kilkanaście razy, zanim po jakichś osiemdziesięciu minutach lotu skręciliśmy na południe. Byliśmy już na prostej. Odtwarzając przypadkowe ciągi liczb, w przerwach zacząłem sobie powtarzać słowa: „Dziś rano wolność została zaatakowana przez bezimiennego tchórza, ale zostanie obroniona".

Było to początkowe zdanie z przemówienia prezydenta George'a W. Busha do narodu z 11 września. Nie mam pojęcia, skąd mi się ono wzięło ani jakim sposobem zapamiętałem je tak dokładnie, w każdym razie powtarzałem to jedno zdanie w kółko.

Niemal słyszałem głos prezydenta przebijający się przez szum wirnika. I docierało do mnie z wolna, że kurde mol, naprawdę lecę załatwić tego sukinsyna.

Ponownie skręciliśmy w prawo i otworzyły się drzwi śmigłowca. Byliśmy dwie minuty przed celem. W dole przesuwało się miasto, w którym nikt o nas nie wiedział. Minęliśmy jakieś pole golfowe i pomyślałem: Jakie to dziwne. W Afganistanie na pewno nie było żadnych pól golfowych. Widok sprowokował refleksję, że oto najeżdżamy kraj z polami golfowymi. I że to nie są ćwiczenia.

Zobaczyliśmy nasz cel i wyglądał on identycznie jak na ćwiczeniach. Był całkowicie pogrążony w ciemności, jakby ktoś wyłączył prąd, i przeszło mi przez głowę, że może nasi ludzie jakoś to załatwili.

Śmigłowce się rozdzieliły. Dash 1 kierował się na punkt między dwoma domami, gdzie drużyna szturmowa miała się spuścić na linach z obu burt. Nie ma przy tym żadnych zabezpieczeń, po prostu łapie się linę dłońmi w rękawicach i zjeżdża na ziemię. Co masywniejsi używają wtedy również stóp. To niebezpieczne, ale pozwala szybko desantować wielu ludzi, jednego za drugim. W tym czasie snajperzy mieli trzymać broń skierowaną na budynki na wypadek oporu. Przelecieliśmy do wyznaczonego miejsca po północnej stronie, aby zostawić ludzi z drużyny osłonowej. Snajperzy, Cheese, Cairo i tłumacz wyskoczyli, a my po chwili zawisnęliśmy nad dachem. Byliśmy gotowi do wysiadki.

Nasz pilot zobaczył tymczasem, jak Dash 1 próbuje zawisu nad dziedzińcem. Spróbował i spadł. Według rzeczoznawców, którzy wychwalali potem umiejętności pilota, wirnik śmigłowca przestał utrzymywać go w powietrzu za sprawą zawirowań. (...)

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ
Robert O'Neill

Robert O'Neill

Getty Images

Samotna, płacząca dziewczynka

My nic nie widzieliśmy. Usłyszeliśmy tylko: „Dash 1, schodzę", choć się nam wydało, że pilot powiedział „odchodzę", co by znaczyło, że dostał ogień z ziemi, więc musi nawrócić i podejść ponownie. Na pewno wiedzieliśmy tylko tyle, że znaleźliśmy się na ziemi, zamiast na dachu, i musimy zrealizować plan rezerwowy. Ćwiczyliśmy taki wariant. Znaliśmy cały kompleks jak własne podwórko. W pobliżu północno-wschodniego narożnika była brama. Rozwalimy ją i wejdziemy. To było tylko kilka kroków od nas. Chwilę potem eksplodował z hukiem siedmiostopowy ładunek C-6 i metalowe wrota odskoczyły jak pokrywa puszki. Tyle że za nimi była solidna ceglana ściana.

– Niedobrze – oznajmił nasz „włamywacz". – Nie ma wejścia.

– Nie, właśnie jest dobrze – powiedziałem. – Skoro zrobili fałszywe drzwi, to znaczy, że on tam jest.

Oznajmiliśmy przez radio, że zamierzamy wysadzić bramę wjazdową.

– Nie trzeba – zaskrzeczało w słuchawkach. – Otworzymy wam.

Co...?

Pomyślałem, że dobra, nieważne, jak się tam dostali. Dowiem się później. Idziemy.

Wrota się otworzyły i pojawił się w nich uniesiony kciuk. Uniwersalny sygnał, że to swoi. Gdy weszliśmy, spojrzałem w lewo. Szliśmy tym podjazdem i wtedy do mnie dotarło, że tak, jesteśmy w środku. To jest dom bin Ladena. Świetna sprawa. Pewnie nie przeżyjemy, ale to historyczna chwila i warto ją smakować.

Usłyszałem strzały. Wyraźne szczekanie AK-47 i stłumiony dźwięk naszych karabinków 5,56 mm. Niektóre strzały rozlegały się blisko, inne trochę dalej, strzelanina musiała zaangażować paru ludzi. Wyszedłszy zza narożnika, zobaczyłem jednego z naszych stojącego już spokojnie przed głównym budynkiem. Walka trwała tylko dwie sekundy. Strzelił w okno, za którym były dwie osoby. Mężczyzna i kobieta. Oboje padli. Wciąż jeszcze ich obserwował, lustrując pomieszczenie z zewnątrz. Na ile się dało. Też widziałem, jak tamci padają.

– Właśnie zabiłem kobietę – powiedział z troską. – Skoczyła przed niego, gdy strzelałem. Będę miał kłopoty?

– Nie martw się tym – odparłem. – Najpierw zadanie.

Tak, pomyślałem. Teraz kobiety też kandydują na męczennice. Chociaż w tym miejscu to pewnie nic dziwnego.

Zabity nie wyglądał na bin Ladena i nie było co dłużej zwlekać. Mieliśmy cały dom do wyczyszczenia. Weszliśmy przez frontowe drzwi do głównego budynku. Kilku moich ludzi było już przed nami – szli korytarzem, sprawdzając pokoje. Niektórzy zostali, by przeszukać oba ciała. To była standardowa procedura i wszyscy wiedzieli, jak to robić. My byliśmy w długim korytarzu z pomieszczeniami po obu stronach i zamkniętymi drzwiami na końcu. W takim miejscu czyści się kolejno pokoje, jak najmniej czasu spędzając w korytarzu. Źli faceci lubią takie miejsca i chociaż Allah nie zawsze jest w pobliżu, aby pokierować kulami, czasem mogą trafić. Ze wszystkich stron dochodziły nas płacze kobiet i dzieci. Jak potem usłyszeliśmy, wraz z bin Ladenem mieszkały trzy z jego czterech żon i łącznie siedemnaścioro dzieci, ale to piętro nie różniło się niczym od wielu znanych nam celów.

Pokoje były cztery. Wszedłem do ostatniego po prawej stronie korytarza. Była tam mała dziewczynka, najwyraźniej przerażona i samotna. Nawet w tak trudniej sytuacji nie mogliśmy jej zignorować. Jeden z chłopaków wziął ją za rękę i poprowadził przez korytarz do innego pokoju, wypełnionego już kobietami i dziećmi, gdzie oddał ją jednej z kobiet. Walczyliśmy i szukaliśmy najbardziej poszukiwanego człowieka na świecie, a on się upewniał, że jakaś dziewczynka będzie bezpieczna. Jeśli w ogóle ktokolwiek mógł być bezpieczny w takich okolicznościach. Potem wrócił do mnie i razem obserwowaliśmy, gdy dwóch naszych zabrało się do tych zamkniętych drzwi. Nie dali rady zwyczajnie, więc założyli ładunki. Drzwi prowadziły na schody i dalej na wyższe piętro, musieliśmy więc poczekać, aż staną otworem. Usłyszałem, że facet za mną mówi coś o katastrofie śmigłowca. Pomyślałem, że pewnie jeden z chinooków z rezerwą został zestrzelony, więc spytałem:

– Czyj śmigłowiec się rozbił? Zespołu rezerwowego?

– Nie, koleś – powiedział mi. – Nasz. Rozbił się na podwórku. Przeszedłeś obok niego.

Cholera, pomyślałem, teraz nigdy się stąd nie wydostaniemy, bo mamy tylko jedną maszynę. Lepiej chodźmy go zabić, zanim wysadzą ten dom. Przez cały czas sprawdzaliśmy sufity, szukając podczepionych bomb. Tak zwykle przygotowywano pułapki mające spowodować zawalenie się budynku. Byliśmy zaskoczeni, że niczego takiego nie znaleźliśmy. Na razie.

Chalid, chodź tutaj

Na półpiętrze między parterem a pierwszym piętrem pojawiła się jakaś męska postać. Widzieliśmy ją przez chwilę, nim znowu się schowała. Facet był uzbrojony w AK-47.

Prowadzący zatrzymał się. Powinien wycofać ludzi i poczekać, aż ktoś załatwi sprawę. Tamten mógł rzucić w nas granatem, co w tych warunkach miałoby fatalne skutki. Ale chwila była osobliwa. Oto dwaj dorośli mężczyźni próbowali się zabić nawzajem. Stali tylko dziesięć cali od siebie, oddzieleni grubym obramowaniem schodów. Łatwo byłoby zapomnieć, że my go widzieliśmy, ale on nas nie. Prowadzący pamiętał to jednak i wpadł na pewien pomysł. Chalid wiedział, że ktoś jest w pobliżu, ale nie był pewien, czy to Amerykanie. Nasz człowiek wypowiedział szeptem zdanie, którego nauczył się przed misją. Powtórzył je dwa razy, w obu znanych synowi bin Ladena językach, po arabsku i w urdu: „Chalid, chodź tutaj".

Chalid usłyszał swoje imię i musiał być bardzo zdezorientowany, bo wystawił głowę i spytał: „Co?". To było jego ostatnie słowo. Prowadzący strzelił mu w twarz. Pocisk wszedł przez podbródek i wyszedł z tyłu głowy. Chalid upadł tam, gdzie stał. Krew spływała z jego głowy i wsiąkała w białe ubranie. Nasi ruszyli po schodach na piętro, ja z tyłu. Po drodze wszyscy przystawali przy Chalidzie. Potem zaczęli czyścić pokoje na górze, tylko prowadzący stanął z bronią wycelowaną w schody wiodące na drugie piętro. W wejściu na górze wisiała zasłona. W pewnym momencie, nim tam dotarłem, strzelił do wysokiej postaci za materią, ale nie wiedział, z jakim skutkiem. Stanąłem za nim i położyłem mu rękę na ramieniu. Było nas tu tylko dwóch, ale trudno.

Mój towarzysz cały czas mierzył w zasłonę. Wciąż trzymałem dłoń na jego ramieniu. Mogłem go zatrzymać lub powiedzieć, żeby ostrożnie ruszał przed siebie.

Trochę za bardzo rozproszyliśmy siły. Poza nami reszta przeszukiwała piętro, a ktokolwiek znajdował się wyżej, świetnie wiedział, że nadchodzimy. Pewnie zakładali tam teraz pasy samobójców, tak jak inni przywódcy Al-Kaidy w przeszłości. Albo i budowali barykady. Nasz plan zakładał, że powinniśmy poczekać na resztę albo posłać Cairo. Jednak nie mieliśmy na to czasu. Mieszkańcy drugiego piętra szykowali się do obrony i jak najszybciej musieliśmy się tam dostać.

Prowadzący dobrze to wiedział. Nie kojarzył, kto za nim stoi, ale odezwał się do mnie cicho:

– Musimy iść. Musimy tam iść.

Wiedziałem, o czym myśli, bo sam myślałem to samo. Że wtedy jakiś samobójca nas załatwi. (...)

Szybko ruszyliśmy po schodach do zasłony i odsunęliśmy ją na bok. Stały za nią dwie kobiety, które coś do nas krzyczały. Prowadzący rzucił się na nie, założywszy, że mogą mieć pasy samobójcze. Razem padli na podłogę. Gdyby doszło do wybuchu, jego ciało pochłonęłoby większość impetu eksplozji i miałbym większą szansę na przeżycie. No i zrobienie tego, po co tu przybyliśmy. Skręciłem w prawo i spojrzałem przez drzwi do pokoju. Osama bin Laden stał przy wejściu u stóp łóżka, wyższy i szczuplejszy, niż się spodziewałem, z krótszą brodą, bardziej siwą niż włosy. Ale to był ten facet, którego twarz widziałem dziesięć, sto tysięcy razy w wiadomościach. Trzymał przed sobą kobietę. W niecałą sekundę wycelowałem w punkt ponad prawym ramieniem kobiety i dwukrotnie nacisnąłem spust. Głowa bin Ladena pękła, a on upadł. Wpakowałem mu jeszcze jedną kulę w głowę. Na wszelki wypadek.

Kobieta to była Amal, najmłodsza z czterech żon bin Ladena. Prawie na mnie upadła. Skierowałem ją na łóżko. Krwawiła jej łydka. Gdy zobaczyła mężczyznę, który wszedł po schodach i wycelował broń w jej męża, skoczyła go zasłonić. Nie wydawała się poważnie ranna, była chyba bardziej zszokowana. Chyba nawet jej nie skrępowaliśmy.

Wtedy po raz pierwszy zauważyłem małego chłopca, najmłodszego syna bin Ladena. Dwuletniego, chwiejącego się na grubych nóżkach w kącie pokoju. Widział wszystko, ale było tak ciemno, on zaś tak młody, że najpewniej nie wiedział, co naprawdę się dzieje. Wyczuł tylko, że coś złego, i płakał. Ten biedny dzieciak nie miał nic wspólnego ze sprawą, a znalazł się w samym jej środku.

Przeniosłem go na łóżko obok kobiety. Teraz w pokoju pojawili się też inni z SEAL. Stałem, jakby mnie mróz zwarzył, i patrzyłem, jak oni robią to, co i ja robiłem setki razy. Któryś z nich do mnie podszedł.

– Wszystko w porządku? – spytał.

Może i było. Czułem się pusty.

– Tak – powiedziałem. – Co teraz robimy?

– Szukamy komputerów – odparł ze śmiechem.

– Jasne – mruknąłem. – Już dobrze. Cholera jasna.

– Tak, właśnie zabiłeś Osamę bin Ladena.

Zeszliśmy na dół i znaleźliśmy coś przypominającego zaimprowizowane biuro ze stanowiskami pracy w trzech różnych pokojach. Nasi robili już to, co zwykle, czyli podnosili pudła komputerów i ciskali nimi o podłogę. Kompy rozpadały się na kawałki i twarde dyski wyskakiwały im z bebechów. Wszystko, co wyglądało na ważne, trafiało do wielkich worków.

„Geronimo, EKIA!"

Schyliłem się, aby zajrzeć pod łóżko, i zobaczyłem jakieś wypchane torby. Wyciągnąłem je i otworzyłem. Były wypełnione czymś, co przypominało liofilizowane i spakowane próżniowo steki.

– Proszę – powiedziałem. – Zapasy prowiantu na wiele dni.

Znaleźliśmy więcej takich toreb, ale nagle ktoś zauważył:

– Czekaj, to nie wołowina. To opium.

Mieli tam setki funtów narkotyku.

Wykonaliśmy główne zadanie, ale poza tym trafiliśmy jeszcze na coś, co wyglądało jak centralny bank danych Al-Kaidy i zasoby ich wywiadu. Uwijaliśmy się, aby upchnąć jak najwięcej z tego do worków i przekazać je ludziom, którzy mieli ponieść to dalej.

W tym momencie wyszliśmy poza trzydziestominutowe okno, które ustaliliśmy jako czas od wejścia do wyjścia bez konfliktu z armią pakistańską. Admirał McRaven powiedział później, że zaczynał się już pocić. Wiedział, że pakistańskie migi zostały już poderwane i polują na nas.

Kiedy wróciłem na górę, jeden facet z grupy rezerwowej, którego zabraliśmy, ponieważ nauczył się arabskiego w Iraku, przesłuchiwał dwie córki bin Ladena. Pytał, kim był ten martwy mężczyzna na podłodze. Z początku kłamały, ale w końcu jedna powiedziała: „To on, to jest szejk Osama".

Prowadzący i dwaj inni faceci zapakowali ciało do worka, ale jeszcze go nie zamknęli. Jeden stał nad nim z aparatem fotograficznym. Chcieliśmy zrobić zdjęcia cyfrowe, aby potwierdzić wynik naszej akcji. Głowa bin Ladena nie była w najlepszym stanie – nad brwiami ziała szeroka szczelina. Melon upuszczony na posadzkę. Pochyliłem się i przycisnąłem części czaszki do siebie, próbując przywrócić jego twarzy rozpoznawalne cechy. Facet z aparatem zrobił cały szereg zdjęć. Musieliśmy przekazać je dowódcy Sił Lądowych, który zapewne miał przesłać je dalej, do Dżalalabadu. Najpierw jednak trzeba było przekazać mu sygnał potwierdzający, że bin Laden nie żyje. Gdy dostał tę wiadomość, a stało się to siedemnaście do osiemnastu minut po naszym lądowaniu, połączył się radiowo z admirałem McRavenem i powiedział: „Dla Boga i ojczyzny, Geronimo, Geronimo, Geronimo, EKIA".

Geronimo było hasłem informującym, że znaleźliśmy bin Ladena, a EKIA oznacza Enemy Killed in Action, wróg zabity w walce. Pomyślałem, że to „dla Boga i ojczyzny" było trochę górnolotne, ale właściwie dlaczego nie miałoby być?

Zaciągnęliśmy zamek worka i cała nasza czwórka wyniosła martwego przywódcę Al-Kaidy na dziedziniec, skąd ruszyliśmy na podjazd. (...)

Tytoń po akcji

Wyciągnęliśmy wszystkich naszych z domu i posłaliśmy faceta z ładunkami i jednego specjalistę do uszkodzonego śmigłowca. Mieli ustawić ładunki z zapalnikami czasowymi i zniszczyć maszynę. Pilot protestował. Mówił, że może da radę wystartować, ale nie chcieliśmy ryzykować. Wezwaliśmy chinooki.

Dash 2, śmigłowiec, którym przyleciałem, wracał już po nas z ustalonego rejonu wyczekiwania nad górami, aby zabrać drużynę z pechowego Dasha 1 i worek z ciałem. Trochę się spóźnił, niecałe dwadzieścia minut, bo musiał zatankować, a góra chciała chyba, aby najważniejszy dowód został wywieziony „niewidzialnym" śmigłowcem. Reszta z nas miała poczekać na chinooka w polu na wschód od zewnętrznego muru.

– Na ile ustawiliście zapalniki? – spytałem ludzi od ładunków wybuchowych.

– Około trzydziestu sekund.

Właśnie wtedy usłyszeliśmy, że nasz śmigłowiec podchodzi już do kompleksu. Był dokładnie nad dziedzińcem.

Musiałem krótko pogadać z pilotem.

– Przerwać podejście! Przerwać podejście!

Pilot gwałtownie wyciągnął i wszedł na krąg. W samą porę. Na dole grzmotnęło tak mocno, że chinook jak nic by oberwał. Uniknęliśmy katastrofy.

Właśnie wtedy spojrzałem na jeden z sąsiednich domów i zauważyłem stojącego tam faceta, który wstukiwał coś w komórkę. Okazało się, że szybko stał się sławny na całym świecie dzięki tweetom, w których relacjonował naszą akcję. Tyle że przypisywał ją pakistańskiej armii.

Śmigłowiec wrócił i weszliśmy do niego. Seal, przy którym usiadłem, zadał mi pytanie, które wszyscy seale zaczęli zadawać innym sealom, ledwie dowiedzieli się o akcji:

– Kto go załatwił?

Właśnie wtedy zaczęło coś do mnie docierać.

– Ja – odpowiedziałem.

Tamten jakby się wyprostował.

– Dziękuję w imieniu mojej rodziny – stwierdził.

Jonny, snajper, którego strzał uratował kapitana Phillipsa (dowódcę amerykańskiego kontenerowca uprowadzonego w 2009 r. przez somalijskich piratów; na kanwie tych wydarzeń powstał film z Tomem Hanksem w roli głównej – red.), siedział po mojej drugiej stronie. Spośród siedmiu miliardów ludzi na tej planecie on jeden mógł naprawdę rozumieć, co czułem. Przypomniał też sobie, jak próbowałem kiedyś w krytycznej chwili uspokoić go kawałkiem tytoniu Copenhagen z mojej puszki.

Teraz odwzajemnił przysługę. Jego puszka pojawiła się przed moimi goglami.

– Poczęstuj się – powiedział. – Teraz już wiesz, jak to jest być pieprzonym bohaterem.

Fragment książki Roberta O'Neilla „Komandos" w przekładzie Radosława Kota, wydanej przez Rebis (Poznań 2018). Tytuł i śródtytuły od redakcji.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95