Parlament Europejski przegłosował wczoraj zmianę zasad tworzenia przez eurodeputowanych grup politycznych. Zwolennicy przekonują, że zmiana ma zapewnić lepsze funkcjonowanie PE i uniemożliwić tworzenie grup „skrajnie prawicowych”.

– Zmniejszy się prawdopodobieństwo utworzenia skrajnie prawicowej grupy politycznej. Jeśli ludzie nie opowiadają się za finansowaniem neofaszystów i ich biur z publicznych pieniędzy, powinni poprzeć tę zmianę – powiedział „Rz” Richard Corbett, eurodeputowany brytyjskiej Partii Pracy, autor zmian.

Obecnie do utworzenia grupy politycznej potrzeba 20 deputowanych z 6 krajów. W nowych przepisach będzie to 25 deputowanych z 7 krajów.

Richard Corbett argumentuje, że Parlament Europejski ma bardzo niski próg tworzenia grup politycznych w porównaniu z parlamentami narodowymi – 2,5 procent posłów wystarcza do stworzenia frakcji dającej prawo do dodatkowych pieniędzy, ale także władzy politycznej. Nawet po zmianie i podniesieniu progu z 20 do 25 posłów próg ten będzie na poziomie nieco ponad 3 procent.

Tylko grupy, a nie pojedynczy posłowie, mają prawo do obsadzania stanowisk w prezydium PE i szefów komisji parlamentarnych. Szefowie grup politycznych uczestniczą też w tzw. konferencji przewodniczących – najważniejszym organie politycznym PE, który decyduje o tematach debat i rezolucji.

Corbett przekonuje, że nie chce uderzyć w eurosceptyków, ale w neofaszystów. Przez kilka miesięcy rzeczywiście w PE istniała grupa Tradycja i Niepodległość złożona z najbardziej skrajnych eurodeputowanych, rozpadła się jednak w wyniku wewnętrznych konfliktów.

Nowe przepisy wejdą w życie w przyszłej kadencji, czyli w czerwcu 2009 roku. Gdyby zastosować je już dziś, to zniknęłyby grupy: Unia na rzecz Europy Narodów (należy do niej PiS) oraz Niepodległość i Demokracja (w tym byli eurodeputowani LPR).

– Niezależnie od tego, w kogo Corbett chciałby uderzyć, jego pomysł jest kwestionowaniem werdyktu wyborców. Nie wierzę w jego argumenty o sprawnym funkcjonowaniu parlamentu. Tak naprawdę celem socjalistów i chadeków jest stworzenie systemu dwupartyjnego – mówi „Rz” Hanne Dahl, duńska eurodeputowana z eurosceptycznego ugrupowania JuniBevaegelsen (Ruch Czerwcowy). Według niej zwolennicy tego rozwiązania zapominają, że Unia składa się z 27 państw członkowskich o różnych kulturach politycznych i tę różnorodność trzeba zaakceptować.

Nie boi się jednak o przyszłość swojej grupy. – Na pewno w przyszłych wyborach uda nam się stworzyć grupę polityczną. Po referendum w Irlandii i wcześniejszych porażkach referendów konstytucyjnych we Francji i Holandii wyborcy mają dosyć brukselskich elit. I częściej poprą takie partie jak nasza – twierdzi Dahl.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Zmian nie obawia się też PiS. – Na razie nasza grupa nie zwiększa liczebności, bo nie jest nam to potrzebne. W nowej kadencji na pewno jednak wypełnimy ostrzejsze limity – przekonuje Adam Bielan, eurodeputowany PiS. Jego grupa, Unia na rzecz Narodów, zagłosowała ostatecznie za raportem Corbetta, gdy dopisano poprawkę zmniejszającą limit członków grupy z 30 do 25.

Przeciw zmianom pryncypialnie opowiedziała się grupa liberalna, mimo że nie ma żadnych problemów z wypełnianiem kryteriów. Andrew Duff, brytyjski liberał, stwierdził, że to pomysł szkodliwy dla demokracji. – W krytycznej i delikatnej fazie integracji mniejszościowe opinie powinny mieć szansę artykulacji – podkreślił.

Parlament Europejski

www.europarl.europa.eu