– Mamy 2 tysiące wyborców – mówi przewodniczący niewielkiej lokalnej komisji wyborczej w Dzierżyńsku, mieście położonym niecałe 40 kilometrów na południowy zachód od Mińska. – Ilu zagłosowało przed terminem? Dokładnie 22,2 procent. Nie, to nie 440 osób. Ponad 500... – ucieka wzrokiem gdzieś w bok.
Tatiana Wanina, opozycyjna kandydatka, denerwuje się coraz bardziej. – W tej komisji nie chcą mi podać dokładnej liczby osób, które głosowały przed terminem. To oznacza, że mogą dosypać trochę głosów kandydatowi władzy – mówi. I decyduje: – Idę do komisji okręgowej, idę do prokuratury!W Dzierżyńsku mieszkańcy mieli wybór: albo pani Tatiana Wanina, działaczka zdelegalizowanej lewicowej Partii Pracy, formalnie określająca się jako bezpartyjna i niepracująca, albo „wojennyj komisar”, czyli szef miejscowego komisariatu wojskowego Oleg Kot.
Starsze kobiety wychodzące z miejscowego kościoła św. Anny i mówiące śpiewną polszczyzną nie mają wątpliwości: oczywiście Kot. Bo jego matka jest katoliczką i „na mszach ją widać”. Ojciec co prawda prawosławny, ale to trudno. Kot jest „na wpół nasz”.
Na mszy tłum, około 300 ludzi. Głównie Polacy. Zresztą przed wojną granica była zaledwie 12 kilometrów dalej, a w latach 1932 – 1937 istniał tu autonomiczny polski rejon, tak zwana Radziecka Dzierżyńszczyzna. Próbowano tu bezskutecznie wychować prawdziwych polskich bolszewików. A że nie wyszło, rejon zlikwidowano, łącznie z większością jego polskich mieszkańców. Przypomina o tym czarny krzyż stojący przy pięknie wyremontowanym kościele.
– Dzierżyńsk, dawny Kojdanów, zawsze był wielonarodowym miastem – mówi wychodząca z komisji wyborczej starsza pani, emerytowana nauczycielka. – Polacy, Żydzi, Tatarzy, Białorusini... Żydów już nie ma, Tatarów zostało niewielu, Polaków też – dodaje. Głosowała na panią Waninę, bo to „osoba nastawiona probiznesowo” i może coś zmieni na lepsze.