Aleksander Milinkiewicz przekonywał wczoraj w Waszyngtonie, że dyktatura na Białorusi nie musi trwać wiecznie. Dlaczego przyjechał aż do Stanów Zjednoczonych? – Bo z Unią Europejską jest prościej. Tymczasem amerykańska polityka ostatnio trochę zmieniła priorytety. Widzimy, że Amerykanie wycofują się, choć może nie całkowicie, ze wsparcia dla społeczeństwa obywatelskiego i wolnych mediów – opowiadał dziennikarzom białoruski opozycjonista. – Rozumiem, że mamy kryzys, ale chcemy przekonać Amerykanów, iż tak wiele już zrobiono dla demokracji na Białorusi, że bardzo ważna jest kontynuacja walki o wolność na Białorusi – powiedział Milinkiewicz polskim dziennikarzom po spotkaniach z przedstawicielami amerykańskiej administracji i Kongresu (m.in. byłym kandydatem na prezydenta USA Johnem McCainem). Zaznaczył, że zmieniają się priorytety amerykańskiej administracji i „Europa przestaje być dla Stanów Zjednoczonych priorytetem”.

Dodał, że dla białoruskiej opozycji ważny jest m.in. rozwój telewizji Biełsat, która ma już oglądalność na poziomie siedmiu procent, wsparcie dla studentów oraz pomoc dla osób represjonowanych za to, że walczą o wolność. I chociaż nie usłyszał w Waszyngtonie konkretnych obietnic, to zauważa przychylność i zrozumienie po stronie Amerykanów. – Nie od razu można wszystko zmienić. Ale spotkania są bardzo ważne. Chodzi nam przede wszystkim o to, żeby Stany Zjednoczone i Unia Europejska mówiły w sprawie Białorusi jednym głosem. Wtedy będziemy mieć dobre wyniki. Chociaż wszystko zależy nie od Unii ani od Stanów, tylko od nas – zaznaczył.

Czy tym razem białoruskiej opozycji uda się wybrać jednego, wspólnego kandydata? – Nie sądzę, by udało nam się mieć jednego kandydata, choć bardzo bym tego chciał – stwierdził Milinkiewicz, podkreślając, że na razie na Białorusi nie ma podstaw do kolorowej rewolucji. Dodał jednak, że nie brałby udziału w wyborach, gdyby nie wierzył w szansę na zwycięstwo. – Trudno powiedzieć, jaka ta szansa jest. Musimy jednak wszystkimi środkami, z pomocą USA i Unii Europejskiej zmuszać białoruskie władze do wprowadzenia naszych przedstawicieli do komisji wyborczych, by mogli brać udział w liczeniu głosów.

Jeżeli to nam się uda, to będą to już na półprawdziwe wybory – dodał. Kandydat na prezydenta ostrzegł jednocześnie, że jeśli władze nie zgodzą się na demokrację przy urnach, to zwolennicy opozycji w dniu wyborów wyjdą na ulice.

Białoruskiemu politykowi towarzyszył m.in. eurodeputowany Krzysztof Lisek z PO. – Jesteśmy tu z historycznego powodu. Polska w 1989 roku uzyskała wielką pomoc od Stanów Zjednoczonych. Dzisiaj my, Polacy przyjeżdżamy tu, aby powiedzieć Amerykanom: jeszcze raz musicie pomóc, bo jest w Europie kraj, który jest niedemokratyczny, w którym rządzi dyktatura – przekonywał Lisek, podkreślając, że Polsce zależy na tym, by Białoruś zbliżała się do struktur europejskich.

– Polska była i jest krajem, który najbardziej wspiera demokrację na Białorusi. Nie boję się tego, że znów będą mówić, iż Milinkiewicz to polski szpieg – zaznaczył białoruski opozycjonista.