Do sekretnych kontaktów między palestyńskim wysłannikiem a negocjatorem izraelskim miało dojść pod koniec 2010 r. i na początku 2011 – ujawnił w poniedziałek dobrze zazwyczaj poinformowany portal The Times of Israel. Powołał się na wypowiedzi palestyńskiego wysłannika Jasera Abeda Rabbo. W jednej z rozmów z Jaserem Abedem Rabbo brał udział oficjalny wróg numer jeden Arabów – premier Beniamin Netanjahu. Wydawało się nawet, że jest skłonny do wznowienia negocjacji pokojowych z Palestyńczykami, których punktem wyjścia byłby powrót do granic Izraela sprzed 1967 r.
Potem jednak kontakty się urwały. Rabbo powiedział portalowi, że po stronie palestyńskiej wiedzieli o nich jedynie prezydent i premier Autonomii Palestyńskiej – Mahmud Abbas i Salam Fajad. Tajne spotkanie z Netanjahu odbyło się w domu izraelskiego negocjatora Icchaka Molcho w Cezarei nad Morzem Śródziemnym. Rozmowa trwała dwie i pół godziny.
– Urodził się pan w Jafie? Obiecuję, że jak się to wszystko skończy, to pozwolę panu tam wrócić i mieszkać – miał powiedzieć palestyńskiemu wysłannikowi Netanjahu.
– W to nie wierzę. Na coś takiego nikt w Izraelu na serio się nie zgodzi – powiedział „Rz" prof. Efraim Inbar, izraelski politolog, dyrektor Centrum Studiów Strategicznych Begin-Sadat.
Dodał, że to, iż doszło do takiego spotkania, jest jak najbardziej prawdopodobne: – Netanjahu jest pragmatyczny. I gotowy do osiągnięcia porozumienia z Palestyńczykami. Jednak, jak podkreślił prof. Inbar, w grę wchodziłyby znaczne korekty granicy z 1967 roku, dotyczące Jerozolimy, osiedli wokół niej, największego miasta żydowskich osadników Ariel i doliny Jordanu.
Również znany politolog palestyński Daud Kuttab uważa, że takie rozmowy mogły się toczyć. – Na wznowienie negocjacji naciska Ameryka, więc pewnie dlatego taka informacja się teraz pojawiła – powiedział „Rz".
Dzień wcześniej ukazała się inna informacja o stosunkach izraelsko-arabskich. Dziennik „Haarec" ujawnił, że Izrael otworzy placówkę dyplomatyczną w jednym z państw Zatoki Perskiej. Nie wiadomo, w którym, ale jest ona przewidziana w planach izraelskiego MSZ na lata 2013–2014. Resort dyplomacji chce powołać 11 placówek, w tym kilka ambasad – m.in. w Albanii i Turkmenistanie, a więc państwach muzułmańskich, ale nie arabskich, i – co ważniejsze – postkomunistycznych, a te nie stosują dyplomatycznego bojkotu Izraela.
Daud Kuttab uważa, że może chodzić o Katar lub Emiraty Arabskie. Efraim Inbar obstawia Oman, który nie leży nad samą Zatoką, ale należy do Rady Współpracy Zatoki Perskiej. – Ta placówka to będzie zapewne sekcja interesów.
Nie ma nic dziwnego w takich planach. Arabowie z tamtego regionu boją się Iranu, widzą, że Obama nie pali się do załatwienia tego problemu, więc pokładają nadzieje w Izraelu. Jest już wiele kontaktów gospodarczych z arabskimi krajami Zatoki. Izraelscy biznesmeni tam jeżdżą, zwykle mają inny paszport, ale nie ukrywają, że są Izraelczykami – podkreślił prof. Inbar.