– Oczywiście, przyjemniej jest, gdy do mnie podchodzą, by uścisnąć rękę, niż gdy odwracają się i spluwają. Ale przywykłem do tego, to nieuniknione – mówił jeszcze dziesięć lat temu o stosunku Rosjan do siebie.

Szczupły, niezbyt wysoki, w za dużych okularach i o cichym głosie przypominał nauczyciela, a nie twardziela, który przeszedł szkołę sowieckich jeszcze łagrów.

Za kraty trafił już na początku lat 70., był bowiem wśród pierwszych, którzy tworzyli dysydencką „Kronikę wydarzeń bieżących".

Ale zdziwienie zakłamaniem sowieckiej rzeczywistości ogarnęło go jeszcze na studiach. Na początku lat 50. studiował biologię i na moskiewskim uniwersytecie natknął się na zwolenników ponurej sławy stalinowskiego „naukowca" (a właściwie szarlatana) Trofima Łysenki. Dzięki niemu w ZSRS zakazano na przykład nauczania genetyki jako „burżuazyjnej nauki", a część naukowców wylądowała w łagrach. Konflikty z jego wielbicielami nie zaprowadziły wtedy samego studenta Kowalowa do więzienia pewnie tylko dlatego, że wraz ze śmiercią Stalina zaczęli tracić wsparcie władz.

Z nawiązką służby odbiły to sobie później. W sumie aż do czasów Gorbaczowa i „pierestrojki" Kowalow albo siedział w łagrach (w Permie), więzieniach, na zesłaniu (na Magadanie), albo miał zakaz przyjazdu do Moskwy. Za to w czasie odwilży jako jeden z niewielu dysydentów postanowił zaangażować się w działalność polityczną. Inni wracali do swych normalnych zawodów, uznając, że wraz z upadkiem komunizmu nadeszła upragniona normalność.

– Zbytnio pasjonowaliśmy się ideą wewnętrznego wyzwolenia, wyzwolenia od dogmatu. Nie zaryzykowaliśmy przejścia do działań praktycznych – w 2005 r. w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" tak opisywał powody odwrócenia się od polityki większości środowiska dysydenckiego. On sam zaryzykował i mu się udało. Został zarówno współtwórcą rosyjskiej konstytucji (napisał jej art. 2 o prawach obywateli), jak i autorem ustawy o „rehabilitacji ofiar represji politycznych". Jednak w połowie lat 90. drogi Kowalowa i ówczesnego prezydenta Borysa Jelcyna rozeszły się z powodu ataku na Czeczenię. Kowalow potępił wojnę na Kaukazie.

– To jest zdrajca ! (...) Piętna nie ma już gdzie na nim postawić! – wrzeszczał o nim w styczniu 1995 r. ówczesny minister obrony Paweł Graczow. I wtedy, gdy krzyczał, i kilka tygodni wcześniej, gdy wydawał rozkaz ataku na stolicę Czeczenii – Grozny, minister był niezbyt trzeźwy. Plan szturmu przygotowano w oparach alkoholu, rozkaz ataku wydano w czasie noworocznej popijawy i efektem stała się krwawa klęska rosyjskiej armii w starciu z czeczeńskim pospolitym ruszeniem. Ale winą za przegraną wojskowi obarczyli (i obarczają do dziś) nie opróżnione półlitrówki, lecz Siergieja Kowalowa.

A były łagiernik i ówczesny ombudsman trafił w sam środek wojny, bo pojechał do Groznego, by wynegocjować wypuszczenie autobusów z cywilnymi uchodźcami. Nikogo oprócz Kowalowa nie interesował los cywilów na terenie ogarniętej wojną Czeczenii – ani wtedy, ani później. Mimo to cały czas zarzucano mu, że „występuje na stronie tych, którzy nienawidzą Rosjan i walczą z nimi, na przykład czeczeńskich bandytów".

Wielką jego przegraną była niemożność oddzielenia w świadomości społecznej pojęć „Rosja" i „patriotyzm" od pojęcia „władza".

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Ale to jemu też Rosja zawdzięcza przyjęcia do Rady Europy w środku wojny w Czeczenii. Falę europejskiej krytyki przeważył wtedy głos rosyjskiego dysydenta, który opowiedział się za „warunkowym przyjęciem" i „wywieraniem nacisku z zewnątrz", by chronić prawa człowieka wewnątrz Rosji.

Mimo iż ciężka choroba uniemożliwiała mu aktywną działalność, do końca pozostał sobą. Był na przykład jednym z niewielu znanych Rosjan, który zawsze i bezwarunkowo uznawał niepodległość Ukrainy i – co ważniejsze – istnienie narodu ukraińskiego odrębnego od rosyjskiego. Miał 91 lat.