W Paryżu do protestu zorganizowanego przez związki zawodowe pracowników kolei dołączyli też pracownicy komunikacji miejskiej. Do strajku przystąpili również pracownicy firm energetycznych i gazowych EdF i GdF. Zapowiedzieli, że odetną prąd w biurach rządzącej we Francji partii Unii na rzecz Ruchu Ludowego (UMP) i przeprowadzą akcje pod kryptonimem "Robin Hood", polegające na przywracaniu prądu w gospodarstwach, których nie stać na płacenie rachunków. Pracownicy najbardziej renomowanego teatru Francji Comedie Francaise i Opery Narodowej odwołali w środę przedstawienia.

W całym kraju kursowało tylko 20-25 proc. pociągów, ale to i tak więcej niż podczas poprzedniego strajku 18 października, kiedy jeździło jedynie 5-10 proc. taboru kolejowego.

Minister pracy Xavier Bertrand ostrzegał francuskich parlamentarzystów, że środa będzie "piekielnym dniem" dla wszystkich podróżujących, a niewykluczone, że strajk zostanie przedłużony.

Premier Francois Fillon grzmiał natomiast, że strajk pozbawi miliony Francuzów ich podstawowych praw - przemieszczania się i prawa do pracy.

Francuzi zdecydowali się przesiąść do samochodów, na rowery lub w miarę możliwości - po prostu zostać w domu. Część zamieszkała w hotelach koło miejsca pracy.

Protestujący sprzeciwiają się ograniczeniom emerytalnym, które zamierza wprowadzić prezydent Nicolas Sarkozy i jego ekipa.

Dzisiejszy strajk będzie częściowo kontynuowany jutro, a sieć państwowych kolei SNCF poinformowała, że "dużych zakłóceń" w ruchu kolejowym można się spodziewać "najprawdopodobniej również w weekend". "Normalnie" będą kursowały w tych dniach pociągi europejskie Eurostar i na linii Thalys.