O tym, co w Japonii, słyszymy w miarę rzadko. Kraj zmaga się z szeregiem problemów. Ekonomiczno-polityczno-nuklearne kłopoty piętrzą się jeden po drugim, ale do polskiego odbiorcy docierają głównie notki o tym, gdzie tym razem pojechał premier Shinzo Abe i z kim się spotkał. Częściej słyszymy o japońskich naukowcach. To stosunkowo wdzięczny temat dla prasy, bo japońscy naukowcy potrafią wymyślić w swoich laboratoriach rzeczy przebijające absurdem dokonania swoich amerykańskich kolegów. A to sprawdzą, jak myszy po transplantacji serca reagują na dźwięki opery, a to opracują alarm przeciwpożarowy, który obudzi nawet śpiących kamiennym snem, dzięki rozpyleniu zapachu wasabi. Do kompletu dołożą jakieś absurdalne przedmioty, które służą kompletnie do niczego, ale ich wynalezienie jest efektem wielu lat pracy sztabu ludzi. Nie wiadomo czasem, czy śmiać się, czy płakać, ale japońskich naukowców bardzo lubią media społecznościowe, bo z ich wynalazków można mieć niezły ubaw.

Częściej Ig Nobel niż Nobel

Międzynarodowe środowisko naukowe też ma duży szacunek do Japończyków. Tamtejsi naukowcy często dostają Ig Noble, czyli nagrody za najbardziej bzdurny i niepotrzebny wynalazek roku. Od początku istnienia tej nagrody, czyli od 1991 roku, 15 razy trafiała ona do japońskich naukowców. Między innymi za wspominane operowe myszy i alarm z wasabi. Dla porównania, prawdziwe Noble dostało jedynie 19 Japończyków. Niby więcej, ale w końcu Nagroda Szwedzkiej Akademii ma o wiele dłuższą historię. Pierwsze Noble przyznano w 1901 roku!

Tajemnica z 773 roku

Jeżeli zatem japońscy naukowcy mówią, że wpadli na jakiś trop, podchodzimy do tej wiadomości sceptycznie. Z dużą dozą nieufności świat powitał doniesienia z listopada 2012 roku, jakie nadeszły z Uniwersytetu w Nagoi. Grupa japońskich naukowców odkryła nietypowe anomalie podczas badania cedrowych słojów. Ponieważ przyrastają one mniej więcej w stałym tempie, a drzewa wchłaniają wszystko, co dzieje się w danym momencie w atmosferze, ze słojów można czytać jak z podręcznika historii. Naukowcom wyszło, że  na Ziemi pojawiło się coś dziwnego, co zostawiło po sobie nietypowo dużo izotopu węgla C14. Miało to miejsce w roku 773.

Nie jest to szczególnie ważna data w dziejach ludzkości. Średniowiecze w Europie, początki panowania Karola Wielkiego, walki z Longobardami, w Japonii cesarz o dziwnie znajomo brzmiącym imieniu K?nin. Z ciekawszych rzeczy Wikipedia podpowiada, że w 773 w Bagdadzie, stolicy ówczesnego kalifatu Abbasydów, wynaleziono koncepcję zera.

Izotop kluczem do zagadki

Japońscy naukowcy przebadali promieniotwórczy izotop i doszli do wniosku, że coś go na Ziemi musiało zostawić. Najprawdopodobniej jakaś kometa, bo ilość tego nietypowego zagęszczenia była stanowczo za duża, żeby stawiać na przypadek. C14 powstaje w górnych warstwach troposfery, gdy promienie kosmiczne trafiają na swojej drodze na atomy azotu. Gdy izotop pojawia się w naszej atmosferze jest wchłaniany do obiegu przez rośliny. Ze względu na swoje właściwości stanowi bardzo dokładny sposób określania wieku warstw gleby, starych tkanek i wykopalisk rozmaitego rodzaju.

W 773 roku pojawiło się według Japończyków C14 tyle, że jednorazowo do atmosfery trzeba byłoby go aż 18 kilogramów. Do tego potrzebna byłaby kometa, bo to właśnie na niej znajdowałoby się wystarczająco dużo amoniaku (związku azotu), który zbombardowany promieniami kosmicznymi wytworzyłby C14. Tyle że kometa zdolna pozostawić po zderzeniu taką masę izotopu musiałaby mieć średnicę rzędu 100 kilometrów. Ślad po takim uderzeniu byłby delikatnie mówiąc – widoczny po dziś dzień.

Autopromocja
CFO Strategy & Innovation Summit 2021

To już IV edycja kongresu dla liderów świata finansów

WEŹ UDZIAŁ

Jak nie kometa, to co?

Jeżeli zatem nie kometa, to może wybuch supernowej? Niestety komputerowe modele mówią, że nie było wtedy żadnej w okolicy. Może zatem emisje słonecznej energii? Według naukowców, Słońcu zdarza się średnio raz na 3000 lat wyemitować porcję takiego promieniowania, które byłoby w stanie stworzyć anomalia w słojach cedru. Ale choć w angielskiej i niemieckiej literaturze z danej epoki można podobno znaleźć fragmenty o czerwonych krzyżach, tarczach i cudownych wężach gorejących na horyzoncie, była to bardziej fantazja dotycząca opisywanych wojen z plemionami Sasów. Do żadnych eksplozji promieniowania na Słońcu nie doszło w ciągu ostatnich 2000 lat. Wiedzielibyśmy o tym, bo wiązałyby się w dużej mierze z masowym wymieraniem gatunków. Japońscy naukowcy znaleźli się w kropce. Zresztą i tak nie było dużej szansy, że świat im uwierzy.

Z Chińczyków nikt się nie śmieje

Temat wrócił z początkiem 2014 roku. Za temat zabrali się Chińczycy, przebadali koralowce z Morza Południowochińskiego i stwierdzili im, że za nagromadzenie izotopu odpowiada kometa. Nie jakaś hipotetyczna, ale konkretna. Doszli nie tylko do konkretnej daty tego wydarzenia - 17 stycznia 773 roku, ale i do historycznych zapisków. Dzięki skrupulatnym notatkom astrologów z dawnej stolicy dynastii Tang, miasta Xi'an (tego od Terakotowej Armii) okazało się, że w atmosferze doszło do spalenia komety z konstelacji Oriona. Chińczycy obliczyli wszystko i przygotowali nawet infografikę. I już nikt z nimi nie polemizował, ani ich nie wyśmiewał. Bo to już nie byli japońscy naukowcy.