Czarna Białostocka wygląda na miasto uśpione. Do niespełna dziesięciotysięcznego miasteczka 20 km na północ od Białegostoku gości przyciąga tylko sława zagłębia bimbrowniczego. – Rzeczywiście, mamy taką opinię. Ludzie chwalą sobie bimber naszych gospodarzy – przyznaje burmistrz Tadeusz Matejko.
Kilka spektakularnych policyjnych akcji sprawiło jednak, że turystom na prawdziwego bimbrownika trafić bardzo trudno. Mieszkańcy są niezwykle ostrożni.
[srodtytul]9 zł za pół litra[/srodtytul]
– Na pewno nie jesteś gliną? – Marcin po raz kolejny chce się upewnić, czy nie ma do czynienia ze stróżem prawa.
Sam bimbru nie pędzi, ale wie, kto się tym zajmuje. I to na poważnie. – Samogonka, jakiej nigdy nie piłeś – zapewnia.
Po chwili znika w bramie jednej z posesji, by kwadrans później wyjść z innego podwórka. – Teraz można ufać tylko swoim – tłumaczy konspirację. W reklamówce ma kilka plastikowych butelek po mineralnej i jedną po occie. 9 zł za pół litra. Lepszego w Czarnej Białostockiej nie znajdę. Płyn rozpala gardło. Intensywny aromat samogonu unosi się w kuchni Marcina.
Kazimierz Antowski, nadleśniczy w Czarnej Białostockiej, przekonuje, że na swoim terenie nigdy nie spotkał się z leśną bimbrownią. – Policja już dawno to ukróciła – zapewnia. Ale zaraz dodaje: – Ja po zakamarkach nie chadzam. Puszcza to tereny ściśle chronione, nawet leśnicy nie zaglądają tam za często.
[srodtytul]Pędzili już za cara[/srodtytul]
Z policyjnych statystyk wynika, że każdego roku na Podlasiu zatrzymuje się kilkudziesięciu bimbrowników. W ostatnich pięciu latach na terenie województwa odnotowano 150 przypadków nielegalnego wyrobu alkoholu, głównie w Puszczy Knyszyńskiej, w okolicach Czarnej Białostockiej i Gródka. Policjanci przyznają, że to wierzchołek góry lodowej.
– Tradycje sięgają czasów carskich, receptura przekazywana jest w rodzinach z pokolenia na pokolenie – mówi Andrzej Baranowski z Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku. Nie ukrywa, że zwalczanie bimbrownictwa nie należy do najłatwiejszych zadań. Dlaczego? – Hermetyczność środowiska producentów, produkcja odbywa się na obszarach niedostępnych. W dodatku zdarza się, że uczestniczą w tym całe leśne osady bądź rodziny – tłumaczy.
Sposobów na bimbrowników jest kilka, ale często o likwidacji linii produkcyjnej decyduje przypadek.
– Zdarza się, np. podczas lotu śmigłowcem, że naszą uwagę zwraca charakterystyczny dym w środku lasu. Bywają donosy – wymienia Baranowski. W Czarnej Białostockiej żartują, że bimbrownictwo na Podlasiu promuje sama policja. – Pilnują jakości, bo likwidują najgorsze bimbrownie – śmieje się burmistrz Matejko. Ale po chwili zastrzega: – Podobno najgorsze, bo ja nie pijam bimbru. W ogóle nie przepadam za wódką.
[srodtytul]Ojciec uczył, ile czekać z fermentacją[/srodtytul]
Rano Marcin prowadzi mnie na lekcję pędzenia samogonki do Ryśka. Bezrobotny 50-latek mówi szybko, trudno zdążyć z notatkami. Popędza i nerwowo instruuje. Stawia warunki: żadnych nazwisk, opisywania drogi, charakterystyki miejsca. Na koniec zastrzega: – Bez zdradzania receptury. Renomę stracę, jak pół Polski to przeczyta.
Jest jeszcze przed południem, ale w lesie półmrok. Przed oczami wyrasta ściana z czarnej, grubej folii. Za nią kotły, piece, skrzynie. Jeszcze niedawno połączone rurkami, zaworami, rynienkami pracowały pełną parą, teraz Rysiek musi zdemontować instalacje i ukryć, bo jest za zimno, żeby mogła pracować. Obok wykopał kanał, którym doprowadził do bimbrowni wodę z pobliskiego strumienia.
– Tu zacier sobie fermentuje – Rysiek pokazuje kilkusetlitrową drewnianą skrzynię. Potem mieszanka ląduje w kotle ogrzewanym przez skonstruowany samodzielnie piec. Opary alkoholu skraplają się do rurki, która schładzana jest w kolejnym kotle wyposażonym w zawór. Stamtąd do wiadra spływa alkohol. – 30 proc., jeszcze nie nadaje się do picia – zastrzega bimbrownik.
Destylację trzeba kilka razy powtórzyć. Im samogon mocniejszy, tym lepszy. Idealny ma 55 – 60 proc.
Rysiek opowiada: – Gówniarz byłem, jak ojciec mnie tu prowadzał. Uczył, jak dobrze wymierzyć wodę, drożdże, ile czekać z fermentacją. Potem sam zacząłem tu przychodzić. Ale aparatura się posypała, trzeba było zrobić nową. Wszystko od podstaw, tylko miejsce to samo.
[srodtytul]Od radnego po policjanta [/srodtytul]
W ciągu roku w leśnej bimbrowni Rysiek produkuje około tysiąca litrów samogonu gotowego do picia. Zaopatruje siebie, rodzinę i przede wszystkim zaufanych znajomych. Na urodziny, imieniny, wesela i pogrzeby. W święta Bożego Narodzenia i na przełomie roku zainteresowanie sięga zenitu. – Drzwi się nie zamykają – mówi Rysiek. – Samogon piją wszyscy. Od radnych po policjantów. Mam odbiorców z całej Polski. Poznań, Szczecin, Wrocław – kogo tu za moim samogonem nie przywiało! Teraz zarobek największy.
Emerytowany policjant z niewielkiej wsi pod Czarną Białostocką nazywa siebie „smakoszem Ryśkowej samogonki”. – Bo policjant też człowiek – mówi.Ostre mrozy i obfite opady śniegu to dla podlaskich bimbrowników czas żniw.
– Produkcja zamiera. Producenci zakazanego trunku zajmują się głównie dystrybucją lub degustacją – mówi Artur Gaweł, kierownik Białostockiego Muzeum Wsi, gdzie już niedługo może powstać nietypowa ekspozycja składająca się z urządzeń z czterech zlikwidowanych w ubiegłym roku leśnych bimbrowni.
Na razie muzeum przechowuje aparaturę, zwiedzający będą mogli ją obejrzeć po decyzji sądów o przekazaniu jej na własność muzeum. – Mamy nadzieję, że nastąpi to jak najszybciej. Taka ekspozycja to świetna promocja podlaskiej tradycji – dodaje Gaweł.
Proboszcz jednej z parafii w okolicach Czarnej Białostockiej: – A co ludzie winni, że tu puszcza dookoła, warunki sprzyjające pędzeniu samogonki. Grzechem byłoby nie skorzystać. Zimno, więc trzeba się ogrzać, dłużej świętować, to i dużo samogonki potrzeba.
Za nielegalną produkcję alkoholu grożą dwa lata więzienia. Ale Rysiek nie boi się wpadki: – Wszyscy się znamy. Jeden bimber pędzi, drugi żonę zdradza, jeszcze inny kradnie drzewo. Jeden wsypie, wszyscy polecą. ?
[i]Imiona niektórych bohaterów zostały na ich prośbę zmienione[/i]