Ałła wraz z dziećmi i matką właśnie przyjechała do małej cichej wsi pod Rzeszowem. Czekał tu na nich dom z kilkoma łóżkami, świeżą pościelą i gorącą herbatą. Uśmiecha się szczęśliwa, że po długiej podróży wreszcie dotarła do spokojnego miejsca. Ale gdy zza uchylonego okna dochodzi dźwięk samolotu odrzutowego, kuli się, a na jej twarzy widać przestrach. – To Ruscy? – pyta niespokojnie.

Dopiero po dłuższej chwili udaje się ją uspokoić i wytłumaczyć, że nad Podkarpaciem latają polskie i amerykańskie samoloty patrolowe. Właśnie po to, by rosyjska armia nie odważyła się tu zbliżyć. – To się nazywa reakcja dezadaptacyjna – wyjaśnia psychoterapeutka Natalia Tymec, Ukrainka mieszkająca w Przemyślu. Od początku wojny jako wolontariuszka pomaga uchodźcom, by doszli do siebie po ciężkich przeżyciach. Fachowo mówiąc: udziela interwencji kryzysowej. – Najlepiej, by interwencja nastąpiła do 48 godzin po ciężkich przeżyciach – zauważa.

Czytaj więcej

Rząd chce, by Ukraińcy sami się utrzymywali z pomocą państwa, a nie wyłącznie dzięki niej

Niestety, większość potrzebujących wsparcia nie dostaje takiej pomocy w ciągu dwóch dni. Zanim dotrą do Polski, mija często znacznie więcej czasu, bo podróżowanie przez zatłoczone ukraińskie drogi nie jest łatwe ani szybkie. A brak leczenia stresu może pozostawić trwałe ślady w psychice nawet na całe życie.

Dźwięk odrzutowca to niejedyna rzecz, która może powodować nerwowe reakcje ludzi, którzy widzieli wojnę. Natalia Tymec zauważa, że uchodźcy mogą się przestraszyć nawet zapachów. – Niedawno byłam świadkiem paniki młodej kobiety, która zobaczyła kibiców odpalających race ku czci swojej ulubionej drużyny. Widok ognia i zapach dymu skojarzyły jej się z tym, co widziała u siebie: śmiercią własnej matki od odłamka pocisku, gdy ostrzelano konwój z uchodźcami – opowiada psychoterapeutka.

Reakcje mogą być nawet ostrzejsze. W ostatnich dniach w Przemyślu zdarzyły się dwa przypadki poronień przez kobiety zestresowane ciężkimi przeżyciami. Inna kobieta, która trafiła do wolontariusza na przemyskim dworcu, była bliska próby samobójczej. I to już po przekroczeniu granicy.

Czytaj więcej

Wciąż jest wiele szkół, w których dzieci uczą się języka rosyjskiego. Nie ma planów zmiany tej sytuacji

Nic więc dziwnego, że w ostatnią niedzielę wiceprezydent Przemyśla Bogusław Świeży zaapelował o pomoc psychologów ochotników. Najlepiej takich, którzy znają ukraiński i rosyjski.

– Znajomość języka jest tu kluczowa – potwierdza dyrektor Podkarpackiego Centrum Zdrowia Psychicznego dr n. med. Maciej Kuligowski. Wyjaśnia, że uchodźcy są daleko od domu, czasem go stracili, rozstali się z rodziną i są w obcym kraju. Kontakt w języku, który znają, jest namiastką domu – mówi dr Kuligowski. Sam zresztą właśnie zatrudnia do swojej przemyskiej przychodni dwoje psychologów z Ukrainy – też uchodźców.

Bywają przypadki znacznie trudniejsze: osób, które już przed wojną miały kłopoty ze zdrowiem psychicznym, a uciekając, nie zabrały nawet leków. – Staramy się umieszczać je w szpitalach. Sytuację komplikuje to, że często nie znamy historii choroby i nie wiemy, jakie leki im podawać – przyznaje dr Kuligowski.

Psychologowie radzą tym, którzy przyjmą uchodźców, by nie dziwili się różnym ich zachowaniom. – Trzeba stworzyć im ciepłą atmosferę, a empatia to najlepszy lek. Nawet gdyby byli zamknięci w sobie i niezbyt chętni do rozmowy, nie oznacza to niewdzięczności za schronienie – tłumaczy Natalia Tymec. I szybko żegna się ze mną, bo jedzie na przejście graniczne w Medyce. By dalej pomagać takim jak Ałła. By już nie bali się samolotów.