Wizy turystyczne na Białoruś, vouchery do hoteli, wynajęte taksówki i lokalizatory trasy na tzw. pinezki, które prowadzą migrantów do polskiej granicy. Wcześniej są oni okradani i bici - „Rzeczpospolita” dotarła do zeznań czterech Syryjczyków, którzy nielegalnie przedostali się do Polski. W prokuraturze ujawnili schemat działania przemytników powiązanych z białoruskimi służbami.

Polsko-białoruską granicę codziennie próbują przekroczyć nielegalni imigranci. Od początku września Straż Graniczna odnotowała ponad 5 tys. takich prób – tylko w minioną sobotę 259, a zatrzymano 18 osób i ich pomocników.

Części imigrantów udaje się dostać na terytorium Polski. Niektórzy przedostają się dalej na zachód, inni wpadają w ręce polskich służb. Tak jak czterej Syryjczycy, jadący busem, których w ubiegłym tygodniu zatrzymał pod Warszawą patrol policji. Autem kierował Ukrainiec.

Czytaj więcej

Tomasz Krzyżak: Odarci z godności, pozbawieni praw

Z Jordanii do Mińska

42-letni Mahmoud A. w 2013 uciekł z Syrii do Jordanii, gdzie dostał status uchodźcy i – podobnie jak inni zatrzymani – mieszkał przez ostatnie osiem lat. Chciał dla siebie i bliskich lepszego życia. Do Mińska na Białorusi przyleciał 11 września samolotem z Ammanu. Na pokładzie było 150 osób. – Mam rodzinę – brata, siostrę w Hamburgu. Jechałem do nich. W Jordanii mam czworo dzieci i żonę – mówił śledczym Mahmoud.

Według jego opowieści „wycieczki" na Białoruś załatwia jordańskie biuro podróży ALFA. Wyjazd kosztuje 3 tys. dolarów, w tym połowa to wiza białoruska, reszta idzie na bilet lotniczy i hotele. Imigranci muszą opłacić też zorganizowane pod przemyt taksówki i łapówkę dla „konsula" za wbicie pieczątek i wiz. – Wszyscy płacili temu panu do rąk własnych 215 dolarów – zeznawali Syryjczycy.

Syryjczycy zeznali, że lecieli na Białoruś, wiedząc, że są tam osoby które organizują przerzut do Europy.

Mahmoud był w dziewięcioosobowej grupie. Po trzech dniach koczowania na lotnisku taksówki przemytników dowiozły ich do hotelu w Mińsku (jeszcze w Jordanii dostali voucher z adresem hotelu), a dzień później pod Grodno. Potem taksówkami (płatne od 100 do 400 dolarów) jechali nocą do granicy z Polską.

Autopromocja
PARKIET CHALLENGE - GRA GIEŁDOWA

Zainwestuj wirtualne 15 000 zł i wygraj atrakcyjne nagrody

Dołącz do gry

Kopniaki w głowę

Z relacji Syryjczyków wynika, że w drodze auta kilkakrotnie zatrzymywali umundurowani funkcjonariusze białoruskich służb. Najpierw koło Grodna podjechał do nich dżip z trzema policjantami w maskach i kominiarkach. Zażądali łapówki – wzięli od grupy tysiąc dolarów.

Potem natykali się co chwila na wojskowe patrole. Jeden z nich pobił Mahmouda. Żołnierzy było sześciu, mieli wojskowy zielony samochód i biały dżip. Według Mahmouda byli ubrani jak komandosi: wojskowe gogle, hełmy i mundury koloru khaki.

Wszyscy Syryjczycy usłyszeli zarzuty nielegalnego przekroczenia granicy i przyznali się.

– Mieli kałasznikowy. W Syrii każdy zna kałasznikowa – tłumaczył śledczym i opowiadał, że jeden z żołnierzy kopnął go w tył głowy, przydusił nogą. Pobił go tak, że „spuchła mu szczęka i twarz". Złamał mu żuchwę w dwóch miejscach i uszkodził skroń. W Polsce przeszedł operację – w skroń wszczepiono mu metalową płytkę.

Ostatni odcinek do granicy pokonali pieszo, naprowadzał ich GPS – na telefon jednej osoby przychodziły tzw. pinezki, które wysyłał Irakijczyk – koordynator przerzutu.

Kiedy przeszli drut kolczasty po stronie białoruskiej, złapali ich kolejni wojskowi.

– Mieli taki typowy radziecki samochód, jakie i my mieliśmy w Syrii – twierdził Mahmoud. – Kazali nam usiąść na ziemi, z rękami do góry. Przeszukali torby, zabrali papierosy i pieniądze. Mówili: „come with us", wskazując, jak iść do Polski – zeznawał mężczyzna i opowiadał, że gdy już przeszli pod polskim drutem kolczastym do kolejnej „pinezki", tam czekał na nich bus i samochód osobowy, którymi mieli dojechać do Frankfurtu.

Cel: Niemcy

Syryjczycy zeznali, że lecieli na Białoruś, wiedząc, że są tam osoby które organizują przerzut do Europy. Dostali namiary do „koordynatora innych Syryjczyków, którzy już są w Niemczech". Koordynatorzy na Białorusi i w Polsce to według ich zeznań Irakijczycy.

Polska prokuratura dociekała, czy migranci wiedzieli, kto ich pobił i czy odróżniają polski od białoruskiego. – To działo się na Białorusi, bo jechaliśmy cały czas z taksówkarzem białoruskim – twierdzili.

Koordynator na Białorusi uprzedził ich, że karta SIM białoruska w pewnym momencie przestanie działać. Wtedy kazał im włożyć do telefonu polską kartę, którą wcześniej od niego dostali.

Czytaj więcej

Sondaż: Polacy chcą dłuższego stanu wyjątkowego

– Stąd wiedzieliśmy, kiedy przekraczamy granicę – twierdzą zatrzymani.

– Od początku każdy z nas wiedział, że jedziemy do Europy Zachodniej, aby tam ubiegać się o status uchodźcy. W planach były Niemcy albo Holandia – przyznał inny Syryjczyk, który chciał zamieszkać w Niemczech u braci i poszukać pracy.

Mahmoud jest po operacji. Nie chce zostać w Polsce. Formalnie może złożyć wniosek o status uchodźcy, ale jeśli tego nie zrobi, zostanie deportowany do Jordanii.

Wszyscy Syryjczycy usłyszeli zarzuty nielegalnego przekroczenia granicy i przyznali się. Ich sprawę przejęła Prokuratura Okręgowa w Warszawie.

W ub. tygodniu „Die Welt" pisał, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy w ośrodku przejściowym dla imigrantów w Eisenhuettenstadt koło Frankfurtu nad Odrą – głównym punkcie przerzutu nielegalnych imigrantów – pojawiło się ok. 400 tzw. wtórnych migrantów, którzy przybyli do Niemiec z Polski, przez Białoruś. Zgodnie z konwencją dublińską zostaną zawróceni do Polski jako tego kraju UE, w którym przekroczyli pierwszą bezpieczną granicę.