Uliczni sprzedawcy, którzy rozkładają w niedozwolonych miejscach swoje kramy, muszą się liczyć z utratą towaru. W Łodzi dotąd nie zabierano artykułów spożywczych, owoców czy warzyw, bo strażnicy nie wiedzieli, co dalej z nimi robić.
Teraz mają zamiar odsprzedawać towar po cenach hurtowych. - Porozumieliśmy się w tej sprawie z sądami, które decydują, co robić z zajętym mieniem. Pozwolono nam go sprzedawać, a uzyskane pieniądze przekazywać do depozytu sądowego na poczet przyszłych kar - tłumaczy Radosław Kluska z łódzkiej Straży Miejskiej.
Formacja znalazła już firmę handlową, która od sierpnia ma być odbiorcą żywności. Umowa została podpisana.
- Zarekwirowany towar trafi bezpośrednio do odbiorcy, nie będzie przywożony do nas - tłumaczy Radosław Kluska. - Odwieziemy go od razu do firmy handlowej.
Jan Bondar z Głównego Inspektoratu Sanitarnego tłumaczy, że jeśli łódzka straż będzie dysponować żywnością, powinna to zgłosić do powiatowego sanepidu, a ten zarejestrować formację jako zakład spożywczy ze wszystkimi tego wymogami.
- A to oznacza, że wymagania wobec niej będą takie same jak np. sklepu spożywczego - mówi Jan Bondar.
- Będziemy o tym rozmawiać z sanepidem - dodaje Kluska.
Jak inne miasta radzą sobie z żywnością od nielegalnych handlarzy? W Warszawie, gdzie w tym roku zlikwidowano 120 takich stoisk, artykuły szybko psujące się zabezpieczają urzędnicy z wydziału działalności gospodarczej. W akcji towarzyszy im straż miejska. - W przypadku rzeczy szybko psujących się handlarz do końca dnia musi udowodnić, że to jest jego towar. Jeśli tego nie zrobi, to takie artykuły trafiają do utylizacji - przyznaje Bartosz Milczarczyk, rzecznik stołecznego ratusza.
Poznań nie ma problemu z dzikimi stoiskami handlowymi. - Został rozwiązany kilkanaście lat temu. U nas handel odbywa się albo na targowiskach, albo na terenach prywatnych. Na terenach miejskich sporadycznie i nie wymaga tak restrykcyjnych środków, jakim jest konfiskata mienia - mówi Przemysław Piwecki z poznańskiej Straży Miejskiej.
We Wrocławiu mundurowi nie zajmują towarów szybko psujących się. - Nie było takiej konieczności, poza tym kupcy stosują się do poleceń strażników - tłumaczy Grzegorz Muchorowski z wrocławskiej Straży Miejskiej. Dodaje, że ostatnio zajęto odzież i obuwie. - Sąd podjął decyzję, co zrobić z tym towarem, i robi to bardzo szybko - dodaje Muchorowski.
Dariusz Dyla, komendant straży z Władysławowa, mówi, że w jego mieście nie spotyka się nielegalnych handlarzy żywnością.
- Takiego zagrożenia nie ma. Jeśli jacyś sprzedawcy się pojawiają, to zwykle oferują perfumy, ręczniki czy odzież. W magazynie mamy właśnie perfumy - mówi komendant Dyla.