Zbliża się moment, gdy rzeczywistość zweryfikuje zarzuty, że celem zmian ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa jest obsadzenie ich przez władzę wykonawczą „swoimi" sędziami. Stosowana dotychczas przez ministra sprawiedliwości praktyka odwoływania i powoływania prezesów sądów może prowadzić do przygnębiającego wniosku, że takich sędziów już teraz rządzący mają.

Wszystko bowiem wskazuje, że powoływanie nowych prezesów sądów na miejsce prezesów przedwcześnie odwołanych jest efektem nieoficjalnych, zakulisowych i owianych aurą tajemnicy zabiegów ministra sprawiedliwości oraz jego urzędników. Zabiegi te mają prowadzić po pierwsze do wyszukania potencjalnych kandydatów na stanowisko prezesa (nie są przecież prowadzone żadne publiczne konkursy, a dokonywane przez Ministerstwo Sprawiedliwości wybory konkretnych sędziów robią wrażenie czysto przypadkowych i merytorycznie wątpliwych), po drugie do uzyskania zgody poszczególnych sędziów na przyjęcie proponowanych stanowisk (ani daty, ani pełna treść i forma, ani sposób przekazywania ofert kierowanych do sędziów nie są przy tym ujawniane, podobnie zresztą jak ewentualny przebieg negocjacji oraz rodzaj użytych przez MS argumentów), a w końcu do uzyskania od upatrzonych sędziów zapewnienia, że do czasu ogłoszenia przez ministra decyzji nie ujawnią owych zabiegów nie tylko przed aktualnymi prezesami, ale nawet przed swoimi najbliższymi współpracownikami. Potwierdzeniem tego jest nie tylko „faksowa" forma przekazywania przez ministerstwo owych decyzji zainteresowanym, ale przede wszystkim ich nagły i zaskakujący dla wszystkich charakter (jedynie wybierani w tym trybie przez władzę wykonawczą sędziowie nie są takimi decyzjami zaskakiwani).

Powoływanie i odwoływanie prezesów sądów w takich okolicznościach każe się zastanawiać, dlaczego obecnie rządzący zdecydowali się na zakulisowe działania, a zwłaszcza na zakulisowe (z pewnością także telefoniczne) kontakty z wybranymi sędziami, skoro tak jednoznacznie krytycznie oceniali (i nadal oceniają) gotowość sędziego Milewskiego (nazywanego „sędzią na telefon") do prowadzenia podobnych kontaktów z uprzednio rządzącymi. Czy sytuacja ta nie świadczy o podwójnych standardach, o swoistej moralności Kalego obecnej władzy wykonawczej?

Trudno zrozumieć, dlaczego obecnie rządzący z jednej strony uważają sędziego, który był gotowy spełniać zakulisowo (telefonicznie) przekazywane oczekiwania poprzedniej władzy, za czarną owcę środowiska sędziowskiego, a z drugiej strony sędziów dziś spełniających oczekiwania władzy (przekazywane w podobny sposób) traktują jako wzór do naśladowania. Jeśli sędzia Milewski zasługiwał na postępowanie dyscyplinarne za samą gotowość służenia władzy wykonawczej, to czy nie należałoby choćby przez moment zastanowić się nad podobną odpowiedzialnością sędziów, którzy obecnie decydują się na podejmowanie i utrzymywanie nieoficjalnych kontaktów z rządzącymi? Czy sędzia „na telefon" może być zły lub dobry w zależności od tego, kto telefonuje?

O tym, czy rządzący obsadzą „swoimi" sędziami KRS i SN, dowiemy się nie tylko z samego faktu powołania sędziów (a w szczególności z faktu objęcia przez sędziów stanowisk w KRS zamiast sędziów, którym wbrew konstytucji skrócono kadencję, czy z faktu objęcia stanowiska pierwszego prezesa SN w miejsce dotychczasowej, której kadencja również wbrew konstytucji została skrócona), ale także (a może nawet przede wszystkim) z okoliczności, które do takiego powołania doprowadzą.

Szczególnie smutne, przygnębiające, a często nawet upokarzające dla sędziów musi być wysłuchiwanie rozważań polityków zastanawiających się, czy wziąć udział w procedurze wyboru sędziów do KRS. Rozważania te (w których sędziowie nie są traktowani podmiotowo, lecz przedmiotowo i czysto instrumentalnie) snują nawet ci, którzy wcześniej głośno sprzeciwiali się zmianom forsowanym w tym zakresie przez większość parlamentarną. Jeden z przedstawicieli Kukiz'15 stwierdził niedawno, że ugrupowanie to ma już „upatrzonego" sędziego – kandydata do KRS.

Niedługo przekonamy się, czy rzeczywiście tak jest. Pozostaje mieć nadzieję (naiwną?), że jeśli już tacy „upatrzeni" przez polityków sędziowie naprawdę istnieją, to jest ich mimo wszystko tylko garstka. ?

Autor jest sędzia Sądu Rejonowego w Gdyni