12-proc. podwyżki wynagrodzeń, zwiększenie liczby etatów oraz koniec z mobbingiem w sądach - takie są podstawowe postulaty pracowników sądów. Liderem protestu jest związek "Ad Rem", który zorganizował przed siedzibą MS tzw. czerwone miasteczko, w którym pikietują pracownicy sądów. Nie mają oni prawa do strajku, więc od wielu z nich poszło na "chorobowe".

Czytaj więcej

Pracownicy sądów masowo idą na zwolnienia. Resort Ziobry nasyła ZUS

Jak podaje RMF FM, w poprzednim tygodniu w proteście udział brały 34 sądy, a teraz ich liczba zwiększyła się o ponad 100 procent.

Rozgłośnia jako przykład podaje Sąd Okręgowy w Łodzi, gdzie zaplanowano dzisiaj 83 rozprawy, ale 15 z nich się nie odbędzie. Zostały odroczone, odwołane albo zdjęte z wokandy.

W wielu sądach stosowany jest także strajk włoski. Koordynatorzy protestu apelują np. do pracowników sądów, by ci przerywali pracę co godzinę na 5 minut i sumiennie przestrzegali przepisów Kodeksu pracy.

O protest pytany był podczas poniedziałkowej konferencji prasowej minister sprawiedliwości, Zbigniew Ziobro. Przypomniał, że jego resort na przestrzeni ostatnich 5 lat doprowadził do podwyżki dla pracowników sądów o ponad 43 proc. Jak przy tym zauważył, w poprzednich 5 latach nie było żadnej podwyżki dla tej grupy.

W opinii szefa MS "wśród pracowników sądów i prokuratur pojawiło się jedno środowisko motywowane politycznie, które prowadzi marginalny protest".

- Ten protest nie przyniesie efektów. Nie będziemy się spotykać z osobami, których działalność jest inspirowana partyjnie - stwierdził Ziobro.

Jest granica roszczeń. W wielu innych zawodowych takich wysokich podwyżek nie było, a musimy ważyć możliwości budżetu

Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości