Reklama

Marek Kutarba: „Polski SAFE 0 proc.”, czyli Karol Nawrocki próbuje zmienić ustrój bez zmiany konstytucji

Ustawa o tzw. polskim SAFE Karola Nawrockiego i Adama Glapińskiego nie jest projektem wzmocnienia obronności – jest projektem wzmocnienia prezydentury, realizowanym za cudze pieniądze i na cudze ryzyko – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.
Adam Glapiński i Karol Nawrocki

Adam Glapiński i Karol Nawrocki

Foto: PAP

Prezydent w sprawie „polskiego SAFE” rozbudził wielkie nadzieje i zaserwował jeszcze większe rozczarowanie. Takim rozczarowaniem jest prezydencka ustawa o Polskim Funduszu Inwestycji Obronnych (PFIO). Projekt, który ma wszelkie znamiona rozwiązania wymyślonego na szybko, a sama ustawa wygląda na napisaną na kolanie.

Reklama
Reklama

„Polski SAFE 0 proc.”. Dzielenie pieniędzy, których tak naprawdę nie ma

Dla samej konstrukcji nowego funduszu kluczowe znaczenie mają cztery jego artykuły. Artykuł 3, który określa skąd będą pochodziły gromadzone w nim środki. Sąsiadujący z nim artykuł 5, który opisuje jedyne nowe źródło tego finansowania, oraz oddalone od nich artykuły 18 i 21. Pierwszy opisuje dość nieoczekiwane źródło finansowania jak na program „SAFE 0 procent” (wskazano w nim instrumenty dłużne), drugi wyjmuje poza kontrolę budżetową środki pochodzące z zysków NBP (przewiduje zmiany w ustawie o finansach publicznych).

Foto: rp.pl/Weronika Porębska

Skąd zatem środki w nowym funduszu? Z czterech źródeł. Z zysku Narodowego Banku Polskiego, który zamiast do budżetu państwa wpłacony byłby na rachunek funduszu. Abstrahując od tego, że NBP od dłuższego czasu żadnych zysków nie ma i wpłata najwcześniej może pojawić się w połowie 2027 r. (krótko przed wyborami parlamentarnymi) – najważniejsze jest to, że nie są to żadne nowe środki. Zmienia się jedynie miejsce ich wpłaty. W ten sposób zysk NBP zostaje wyjęty z budżetu, którym zawiaduje rząd i trafia do funduszu, w którym – o czym za chwilę – decydujące słowo będzie miał prezydent.

Reklama
Reklama

Drugim źródłem wpływów mają być, w pewnym uproszczeniu, zyski wypracowane z lokowania „wolnych" środków funduszu. Innymi słowy, to, czego fundusz nie wyda na wojsko, ma lokować na rynkach finansowych i z lokat czerpać zysk zasilający fundusz. Oczywiście zanim fundusz będzie mógł inwestować „wolne” środki, najpierw musi jakieś mieć.

Najciekawsze jest trzecie źródło, które ustawa opisuje dopiero pod swój koniec – co jest dość wymowne. Źródłem tym mają być zaciągane przez fundusz pożyczki i kredyty oraz emitowane obligacje. Innymi słowy, fundusz zadłużałby się. Spłata odsetek następowałaby ze środków funduszu – czyli, jak należy rozumieć, z wypracowanych zysków i wpłat NBP – a nie jak w przypadku europejskiego SAFE z budżetu państwa.

O czwartym źródle trudno coś powiedzieć. Są to zwyczajnie „inne tytuły” – czyli w praktyce nie wiadomo co.

Wbrew twierdzeniom prezydenta ustawa o PFIO nie pozwala uniknąć kosztów odsetek. Modyfikuje jedynie sposób ich spłaty. A koszty te – z uwagi na uwarunkowania gospodarcze – będą zapewne wyższe niż koszty pożyczek z europejskiego SAFE.

Sposób finansowania to jednak niejedyny element prezydenckiej ustawy, który powinien budzić poważne wątpliwości.

Czytaj więcej

Kowalczyk: Siedem powodów, by wyrzucić nibySAFE Nawrockiego do kosza
Reklama
Reklama

Prezydencki SAFE, czyli krok ku republice prezydenckiej

Przygotowana przez prezydencką administrację ustawa przewiduje, że organami nowego funduszu będą Rada Funduszu – ciało o charakterze głównie opiniodawczym i kreślącym długookresowe strategie – oraz Komitet Sterujący, faktycznie decydujący o wydatkach i zakupach.

W skład każdego z tych organów wchodzić ma po pięć osób: trzy ze strony rządu i dwie ze strony prezydenta (jedna osoba z kancelarii i jedna z zależnego od prezydenta Biura Bezpieczeństwa Narodowego), który osobiście uczestniczyłby w pracach Komitetu Sterującego. Formalnie, w przypadku równej liczby głosów, o wyniku głosowania przesądzałby przewodniczący – w obu przypadkach minister obrony narodowej. Mogłoby się zatem wydawać, że prezydent zaproponował program, po czym oddał jego kontrolę w ręce rządzących. Tak jednak nie jest.

Czytaj więcej

„Polski SAFE 0 proc.”. Szef MON: ta propozycja wykracza poza konstytucyjne uprawnienia prezydenta

Ustawa przewiduje bowiem, że decyzje w obu organach zapadają większością 2/3 głosów. Ten pozornie techniczny zapis okazuje się kluczowy – i trudno oprzeć się wrażeniu, że nieprzypadkowo skonstruowany w sposób nieoczywisty. Na pierwszy rzut oka 2/3 głosów w pięcioosobowym gremium kojarzy się z trzema głosami, którymi dysponuje strona rządowa. To jednak błędne założenie. Matematycznie 2/3 z pięciu to około 3,33, co w praktyce głosowań oznacza wymóg co najmniej czterech głosów. Dysponując zaledwie dwoma przedstawicielami, prezydent uzyskuje tym samym skuteczną większość blokującą – żadna decyzja nie może zapaść bez jego zgody.

To sprytna konstrukcja prawna. Rozszerza ona uprawnienia prezydenckie na obszar będący dotychczas domeną rządu, jednocześnie zdejmując z głowy państwa jakąkolwiek odpowiedzialność za ewentualne błędy w funkcjonowaniu planowanych mechanizmów finansowych. Prezydent zyskuje realny wpływ na kierunki i priorytety wydatków z nowego funduszu, co umożliwia mu – pod pozorem troski o narodowe priorytety – blokowanie decyzji sprzecznych, jego zdaniem, z interesami strategicznymi kluczowych sojuszników, w tym Stanów Zjednoczonych.

Dysponując zaledwie dwoma przedstawicielami w organach nowego Funduszu, prezydent uzyskuje tym samym skuteczną większość blokującą – żadna decyzja nie może zapaść bez jego zgody

Reklama
Reklama

Oczywiście – o ile rząd i NBP „dowiozą” i wygenerują środki, które można byłoby wydatkować. A to, biorąc pod uwagę uwarunkowania makroekonomiczne, wcale nie jest pewne.

Być może właśnie dlatego wszelkie ryzyko finansowe związane z funkcjonowaniem funduszu ustawa przerzuca na rząd, BGK (Bank Gospodarstwa Krajowego, jako operatora funduszu) i NBP. Tym samym ewentualna porażka programu – czyli brak środków w funduszu – obciążałaby przede wszystkim obecną koalicję rządzącą, a nie prezydenta. Trudno byłoby też mieć pretensje do BGK lub NBP, który znalazłby się bez zysków z powodu „nieudolnej polityki gospodarczej rządu” – choć takie uzasadnienie byłoby z oczywistych powodów absurdalne.

Trzeba wyraźnie powiedzieć, że taka konstrukcja to kolejny ruch środowiska politycznego skupionego wokół prezydenta Karola Nawrockiego, zmierzający do przekształcenia polskiej demokracji parlamentarnej w republikę prezydencką – czyli do faktycznej zmiany ustroju państwa, tyle że bez zmiany konstytucji.

Czytaj więcej

Raporty ekonomiczne

Panel Ekonomistów „Rzeczpospolitej”: NBP nie powinien angażować się w polski SAFE 0 proc.

Europejski SAFE bardziej polski niż się wydaje

Na marginesie dyskusji o tzw. polskim SAFE warto odnotować, że krytykowany przez prezydenta i jego otoczenie unijny program ma wyraźnie polski rodowód. Wynika to z dwóch podstawowych faktów. Po pierwsze, jego powstanie było efektem polskiej inicjatywy, a przyjęcie programu w okresie naszej prezydencji w Radzie UE (od 1 stycznia do 30 czerwca 2025 r.) należy uznać za ważny sukces polskiej dyplomacji. Po drugie, Polska ma potencjał, by być jednym z największych beneficjentów SAFE – pod warunkiem skutecznego wykorzystania jego instrumentów i możliwości finansowych na rzecz krajowego przemysłu obronnego.

Reklama
Reklama
Program SAFE

Program SAFE

Foto: Infografika PAP

Środki dostępne w ramach programu mogą stać się impulsem rozwojowym dla polskich przedsiębiorstw zbrojeniowych i przynieść wymierne korzyści dla ich pracowników i społeczności lokalnych – porównywalne z inwestycyjnym znaczeniem Centralnego Okręgu Przemysłowego w okresie II Rzeczypospolitej. W tym kontekście kluczowe jest, by wszystkie instytucje państwa działały spójnie i wspierały efektywne wdrażanie SAFE. Modernizacja i rozbudowa Sił Zbrojnych RP to bowiem nie tylko kwestia bieżącej polityki rządu, lecz przede wszystkim długofalowej strategii wzmacniania bezpieczeństwa i pozycji Polski w NATO i Unii Europejskiej. Im silniejsza jest nasza pozycja militarna, tym pewniejsza staje się suwerenność państwa i tym większa jest jego zdolność do prowadzenia niezależnej, asertywnej polityki – zarówno wobec państw jawnie nam wrogich, jak Rosja, jak i w relacjach z partnerami oraz sojusznikami, w Europie i za Atlantykiem.

Czytaj więcej

Maciej Bukowski: Nie ma mowy o żadnym SAFE zero procent. To bajki

Jeden cel, dwa fundusze i nowe etaty

Po lekturze prezydenckiej ustawy niejasne pozostaje, po co tworzyć nowy fundusz PFIO, skoro z inicjatywy rządów zjednoczonej prawicy (PiS i koalicjantów) w 2022 r. powstał już Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych (FWSZ) – podobnie jak PFIO instrument pozabudżetowy. Mimo zmiany władzy fundusz ten nadal jest wykorzystywany i nic nie wskazuje na to, by obecny rząd zmierzał do jego likwidacji.

Utworzony ustawą o obronie Ojczyzny fundusz finansuje zakupy uzbrojenia i modernizację polskiej armii. W 2023 r. wydał na ten cel około 37 mld zł, w 2024 r. około 46 mld zł, a w 2025 r. około 51,4 mld zł. Fundusz zasilany jest kredytami, obligacjami i wpłatami z budżetu państwa, a jego operatorem jest BGK.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

180 mld zł na obronność pod znakiem zapytania. Czas na SAFE ucieka

Rodzi się zatem pytanie: po co prezydencka ustawa tworzy nowy fundusz o identycznych celach i podobnych metodach finansowania jak istniejący już FWSZ? Dlaczego nie nowelizuje po prostu przepisów regulujących jego funkcjonowanie, dodając np. wpłaty z zysku NBP – bo to chyba jedyna zasadnicza różnica między oboma instrumentami. Na marginesie warto zauważyć, że wypłaty z zysku NBP, o ile tylko występują, stanowią dochód budżetu państwa. Nic nie stoi zatem na przeszkodzie, by już teraz zasilały – jako środki budżetowe – istniejący FWSZ.

Tworzenie funduszu-dublera komplikuje system, powoduje niepotrzebne powielanie struktur, zwiększa koszty administracyjne i rodzi ryzyko nieefektywności. Jest to działanie kontrproduktywne, które w niczym nie służy Wojsku Polskiemu – a na domiar złego uszczupla środki przeznaczone na obronność o koszty operacyjne funkcjonowania nowej struktury.

Z tej perspektywy prezydencka ustawa o PFIO nie jest projektem wzmocnienia obronności – jest projektem wzmocnienia prezydentury, realizowanym za cudze pieniądze, na cudze ryzyko i kosztem już istniejących instrumentów. Prezydent może sobie jednak na takie działanie pozwolić – to bardziej polityczny teatr rozgrywany w perspektywie przyszłorocznych wyborów parlamentarnych niż próba rozwiązania realnego problemu. Karol Nawrocki zdaje sobie bowiem sprawę, że jego projekt ma niewielkie szanse na przejście ścieżki parlamentarnej, a przy okazji podważa wiarygodność rządu, któremu na wdrożeniu europejskiego SAFE również zależy – i to pilnie. Nie tylko ze względu na zaszyte w europejskim SAFE terminy, lecz także dlatego, by pierwsze efekty finansowe programu stały się odczuwalne jeszcze przed przyszłorocznymi wyborami.

Publicystyka
Marek A. Cichocki: SAFE, czyli czy Polacy w ogóle „umieją w wojnę”?
Materiał Promocyjny
PR&Media Days 2026
Materiał Promocyjny
Skala sprzedaży rośnie szybciej niż logistyka – typowe wyzwania firm
Publicystyka
Od wielkiej przyjaźni do wizji zagłady. Zapomniana historia relacji Izraela i Iranu
Publicystyka
Marek A. Cichocki: Czerwone granice międzynarodowej polityki
Publicystyka
Konrad Szymański: Nad SAFE unosi się długi cień Zbigniewa Ziobry
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama