Marek Migalski: Nowego rządu bieg z trzema przeszkodami

Liderzy antypisu mają dylemat: czy pójść do kolejnych wyborów razem?

Publikacja: 22.11.2023 03:00

Liderzy antypisu mają dylemat: czy pójść do kolejnych wyborów razem?

Liderzy antypisu mają dylemat: czy pójść do kolejnych wyborów razem?

Foto: AFP

To oczywiste, że przyszły rząd dzisiejszej opozycji będzie bardziej zróżnicowany ideologicznie, niż był gabinet Mateusza Morawieckiego. I że będzie to stanowić przyczynę napięć w koalicji. Spory, które widzieliśmy przez osiem lat między Prawem i Sprawiedliwością a Suwerenną Polską (o Partii Republikańskiej nie wspominając), miały naturę taktyczną, wynikały z ambicji liderów, interesów politycznych lub walki o możliwość wykorzystywania poszczególnych obszarów państwa. Aksjologii w tym było mało lub raczej nie było jej w ogóle. Wszystkie partie tworzące rządy Zjednoczonej Prawicy miały charakter konserwatywny, autorytarny, antyunijny, antywolnościowy, opresyjny i socjalny. Kłóciły się ze sobą jedynie o taktykę i stanowiska.

Zupełnie inaczej będzie w odniesieniu do gabinetu złożonego z bardzo różniących się od siebie formacji i z bardzo odległych od siebie ideologicznie polityków. W jego skład wchodzić będzie bowiem zarówno chadeckie PSL, jak i skrajnie lewicowa partia Razem.

Frustracja Lewicy

Co więcej, znaczna część tworzących te ugrupowania polityków zdaje się traktować swoje poglądy poważnie, co na pewno nie będzie ułatwiać wypracowywania kompromisów. Widać to już obecnie, gdy działacze i działaczki Lewicy zgłaszają krytyczne uwagi wobec toczącego się procesu tworzenia podstaw personalnych i programowych nowego rządu.

Czytaj więcej

Marek Migalski: Duda zagra przeciw PiS?

Po części wynika to z frustracji związanej z tym, że Lewica przez ostatnie cztery lata zgubiła setki tysięcy wyborców, a jej klub zmniejszył się z 49 posłów w 2019 roku do 26 obecnie, ale po części jest skutkiem naturalnej potrzeby artykulacji swego programu oraz chęci odróżnienia się od koalicjantów.

I z tym właśnie wiąże się problem, który jest tematem tego artykułu. Jest nim wyzwanie stojące przed podmiotami składającymi się na nowy rząd, wynikające z tego, że w ciągu najbliższych niespełna dwóch lat czekają nas aż trzy wybory, do których koalicjanci pójdą raczej osobno niż razem. Chodzi o elekcję samorządową i europejską już wiosną przyszłego roku oraz wybór głowy państwa w 2025 roku, czyli w połowie kadencji nowego gabinetu.

To, co spajało rządy Zjednoczonej Prawicy, to fakt, że przez osiem lat stawała jako jeden blok we wszystkich elekcjach – do Sejmu i Senatu, do samorządu, do Parlamentu Europejskiego oraz w walce o prezydenturę kraju. Jarosław Kaczyński potrafił się porozumieć ze Zbigniewem Ziobrą i razem szli do wszystkich tych wyborów. Spajało to cały obóz i nie tworzyło niepotrzebnych dodatkowych napięć. Na nieszczęście dla dzisiejszej opozycji jest ona w innej sytuacji i rywalizacja w nadchodzących starciach wyborczych może destabilizować nowy gabinet.

Razem czy osobno?

Przed liderami antypisu otwiera się dylemat: czy do wyborów samorządowych, europejskich i prezydenckich stanąć w jednym bloku, czy też osobno. Pierwsze rozwiązanie pozwoli na uniknięcie niepotrzebnych napięć, ale może obniżyć ogólny wynik nowego obozu rządzącego. Drugie może skutkować słabszym wynikiem PiS, ale także zakłóceniem współpracy w koalicji rządzącej i wzrostem wzajemnych niechęci i pretensji.

Nie wiem, jak postąpią szefowie KO, PSL, Polski 2050 i Lewicy, ale może się okazać, że w różnych wyborach zastosują różną taktykę. Najłatwiej chyba byłoby ułożyć jedną listę w walce o Parlament Europejski, czyli powtórzyć manewr z 2019 roku, kiedy to powstała Koalicja Europejska obejmująca wszystkie te podmioty (bez Polski 2050, która – co oczywiste – jeszcze wówczas nie istniała).

Politycy muszą artykułować swój program. A ceną za to wyróżnianie się będą napięcia w nowej koalicji rządzącej. To naturalne i wszyscy powinniśmy się na to przygotować. Zwłaszcza zwolennicy tejże

Problemem jest jednak to, że wynik takiego zjednoczenia może być podobny jak poprzednio. Przypomnijmy, że tak skonstruowana lista poniosła sromotną klęskę w starciu z jedną listą PiS (na której znaleźli się także politycy SP). Tym razem mogłoby być identycznie, co nie byłoby jakąś wielką tragedią dla Polski, ale byłoby ważnym sygnałem dla wyborców PiS, że nie warto się od tej partii odwracać, bowiem otrząsnęła się ona z porażki i znów wygrywa. Obóz antypisu uniknąłby zatem wewnętrznych kłótni, ale za wysoką cenę wzmocnienia swoich rywali.

O wiele trudniej byłoby wyłonić jedną listę dzisiejszej opozycji w wyborach samorządowych oraz prezydenckich. W tych pierwszych to prawie niemożliwe, bo chodzi o dziesiątki tysięcy kandydatów do wszystkich szczebli samorządu, którzy musieliby się „posunąć”, by zrobić miejsca koleżankom i kolegom z innych ugrupowań.

Ponadto wszystkie partie straciłyby szansę na prezentację swoich programów oraz okazję do wprowadzenia swoich ludzi do rad gmin, powiatów, województw. W przypadku PSL to po prostu niemożliwe, bo właśnie w tych wyborach stronnictwo jest najsilniejsze i może pokazać swój potencjał. Nie wydaje się zatem specjalnie prawdopodobne, byśmy wiosną przyszłego roku zobaczyli „Zjednoczoną Koalicję” w wyborach samorządowych.

A elekcja prezydencka? Chyba równie mało prawdopodobny jest w jej przypadku scenariusz wystawienia jednego kandydata.

Nikt dobrowolnie nie odda pola

Musiałby to być przecież przedstawiciel najsilniejszego ugrupowania, a trudno sobie wyobrazić, żeby liderzy Polski 2050 i Lewicy (w mniejszym stopniu PSL, dla którego wybory prezydenckie są najcięższe ze wszystkich) bez walki oddali pole i zrezygnowali z prezentacji swych partii i programów. Tak polityka nie działa, trzeba w niej pokazywać się elektoratowi, zabiegać o jego uwagę, kusić.

Czytaj więcej

Marek Migalski: Sadyzm polityczny – porażka PiS i przestroga dla opozycji

A wszystko to nie miałoby miejsca, gdyby Szymon Hołownia i Włodzimierz Czarzasty pokornie poparli już w pierwszej turze kandydata Koalicji Obywatelskiej, najpewniej Rafała Trzaskowskiego. Znikanie z radarów własnych wyborców musi się kończyć znikaniem w wyborach. Niewidoczne jest niewartościowe. Na tej zasadzie działa sprzedaż aut i proszków do prania. I na tej samej zasadzie opiera się marketing polityczny.

Ale ceną za to wyróżnianie się będą napięcia w nowej koalicji rządzącej. To naturalne i wszyscy powinniśmy się na to przygotować. Zwłaszcza zwolennicy tejże. Polityka nie skończyła się 15 października – kłótnie, wzajemne uszczypliwości, walka o stanowiska i urzędy państwowe także nie. Na nieszczęście dla nowej władzy sekwencja kilku czekających nas w najbliższej przyszłości elekcji potęgować będzie napięcia wewnątrz niej. Takie są prawidła rządzące rywalizacją polityczną i im szybciej wyborcy gabinetu Donalda Tuska to zrozumieją, tym lepiej dla nich. Oraz dla owego gabinetu.

Autor jest politologiem, profesorem Uniwersytetu Śląskiego

To oczywiste, że przyszły rząd dzisiejszej opozycji będzie bardziej zróżnicowany ideologicznie, niż był gabinet Mateusza Morawieckiego. I że będzie to stanowić przyczynę napięć w koalicji. Spory, które widzieliśmy przez osiem lat między Prawem i Sprawiedliwością a Suwerenną Polską (o Partii Republikańskiej nie wspominając), miały naturę taktyczną, wynikały z ambicji liderów, interesów politycznych lub walki o możliwość wykorzystywania poszczególnych obszarów państwa. Aksjologii w tym było mało lub raczej nie było jej w ogóle. Wszystkie partie tworzące rządy Zjednoczonej Prawicy miały charakter konserwatywny, autorytarny, antyunijny, antywolnościowy, opresyjny i socjalny. Kłóciły się ze sobą jedynie o taktykę i stanowiska.

Pozostało 90% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Publicystyka
Maciej Strzembosz: Kto wygrał, kto przegrał wybory samorządowe
Publicystyka
Michał Szułdrzyński: Jarosław Kaczyński izraelskiego ambasadora wyrzuca, czyli jak z rowerami na Placu Czerwonym
Publicystyka
Nizinkiewicz: Tusk przepowiada straszną przyszłość. Niestety, może mieć rację
Publicystyka
Flieger: Historia to nie prowokacja
Materiał Promocyjny
Jak kupić oszczędnościowe obligacje skarbowe? Sposobów jest kilka
Publicystyka
Kubin: Europejski Zielony Ład, czyli triumf idei nad politycznymi realiami