Ta książka drażni. Prowokuje. Z pasją atakuje skanonizowane poglądy i każe je jeszcze raz przemyśleć. Autor „Wojny i pokoju”, wybitny ekonomista Grzegorz W. Kołodko nie byłby sobą, gdyby nie skrzyżował rękawic z dominującymi w Polsce, Europie i całej sferze euroatlantyckiej poglądami na temat wojny. Nie tylko tej, która dziś się dzieje na wschód od nas, ale każdej wojny we współczesnym świecie. To debata erudycyjna, ciekawa, pełna emocji i bez wątpienia pouczająca.

Swoją drogą trudno nie podziwiać autora za to, że próbuje uchwycić historię w chwili, kiedy ta się wydarza. To skomplikowane i wyjątkowo ryzykowne zadanie, bo kolejne zwroty akcji mogą – jeśli nie wywrócić dotychczasową argumentację – to mocno ją nadwątlić. Czy tak jest w wypadku poglądów G.W. Kołodki, czytelnik musi ocenić sam. Najważniejszą rzecz o tej książce wypada powiedzieć na samym wstępie: „Wojna i pokój” G.W. Kołodki nie jest pracą naukową. W jeszcze większym stopniu niż w trylogii (a właściwie, by nie przeoczyć „Świata w matni”, w kolejnych czterech tomach) o „wędrującym świecie” autor porzuca ekonomię i zakłada szaty filozofa społecznego, analityka cywilizacji, może nawet mentora. „Wojna i pokój” nie jest wolna od subiektywnych ocen, indywidualnego punktu widzenia czy wskazówek dla możnych tego świata. Dodajmy, że Kołodko spekulować się nie boi. Jest przekonany, że grając w lidze intelektualnych autorytetów współczesności, ma do tego prawo.

Wojna jest absurdem

Paradoksalnie najbardziej przekonujący jest wtedy, gdy pozostaje w swoim żywiole, czyli na niwie ekonomii. Jego pacyfizm znajduje tu moc argumentów. Wojna ekonomicznie jest bez sensu, zarówno dla narodów, jak i całej ludzkości. Nie tylko rozkłada na łopatki ukraińską gospodarkę (autor cytuje Iwannę Kłympusz-Cyncadze, twierdzącą, że wojna kosztuje Ukrainę 400 mln USD dziennie; w skali roku to 146 mld, o połowę więcej niż ukraiński dochód narodowy), osłabia jej perspektywy rozwoju, demografię, powoduje, że kraj wyjdzie z konfliktu rozbity i zubożony, ale niesie liczne ryzyka dla gospodarki światowej. To kryzys żywnościowy (Rosja i Ukraina to kluczowi dla świata eksporterzy zbóż), surowcowy, poprzerywane łańcuchy dostaw, izolacja krajów i społeczeństw, na koniec dramatyczna inflacja.

Czytaj więcej

Bogusław Chrabota: Putin i śmierć prawdy na poważnie

Nie lepiej jest z Rosją. Wysiłek wojenny kraju skończy się pauperyzacją, odcięciem od nowoczesnych technologii, skansenizacją gospodarki, na koniec jej przeorientowaniem na kooperację z chętnymi do współpracy z Kremlem krajami Azji czy Afryki. Tak więc autor bez wysiłku i skutecznie dowodzi, że w świetle realiów gospodarczych wojna nie ma sensu. Podobnie sankcje. Zdaniem autora „Wojny i pokoju” sankcje zastosowane w skali świata po 1945 roku aż 1100 razy niemal zawsze nie przynosiły oczekiwanych skutków. Wręcz odwrotnie; potrafiły petryfikować reżimy, w które były wymierzone. Zimna kalkulacja każe więc G.W. Kołodce sformułować tezę: „…nie jest warto przyczyniać się sankcjami i retorsjami do wydłużania ukraińskiego kryzysu, zważywszy nie tylko na miejscowe tragedie, lecz również na jego uboczne efekty gdzie indziej, w tym możliwość kryzysów humanitarnych daleko od Ukrainy”.

Pozornie wszystko tu układa się logicznie i jasno. Grzegorz W. Kołodko bez trudu dowodzi, że wojna jest bez sensu; zostaje więc pytanie, skoro tak, to dlaczego do niej doszło? Może w przypadku tej i innych wojen nie chodzi wyłącznie o kategorie logiki i pragmatyzmu. Może o coś więcej? I tu autor zaczyna stąpać po grząskim gruncie. Od razu zastrzegam, G.W. Kołodko nie wpada w żaden relatywizm. Nie ma wątpliwości, kto jest sprawcą tej „nikczemnej”, wywołanej przez Kreml wojny. Kto ponosi winę za zbrodnie i kto powinien ponieść odpowiedzialność. Niemniej momentami – przynajmniej z mojej perspektywy – sytuuje się niebezpiecznie blisko politycznych realistów w typie Kissingera czy Mearsheimera, którzy dowodzą, że Ukraina i świat zachodni nie powinni igrać z imperialną Rosją. Bo każde imperium ma swoje twarde racje, które winny być rozumiane i honorowane zarówno przez państwa satelickie, jak i geopolitycznych konkurentów. Co więcej, to myślenie prowokuje ich do sugestii, by wojnę na Ukrainie skończyć możliwie najszybciej i kosztem ustępstw terytorialnych wobec Kremla. W istocie, łatwo takie tezy wygłaszać w Davos czy z perspektywy katedry uniwersyteckiej w Chicago. Gorzej, gdy o trwaniu czy końcu wojny decyduje zbiorowa emocja kilkudziesięciomilionowego narodu. Tu – mam wrażenie – realiści, a za nimi autor „Wojny i pokoju”, proponują kilka przynajmniej kontrowersyjnych tez. Po pierwsze zakładają, że wojna w Ukrainie to żadna desperacka obrona zagrożonego narodu, tylko tzw. proxy war (wojna zastępcza) między Rosją i Zachodem rozgrywana w jakiś dziwny sposób ponad głowami Ukraińców. Z tej perspektywy ci ostatni ponoszą tylko straty, na koszt różnorakich, w tym głównie amerykańskiego – lobby wojskowych. Jest to z jednej strony trudne do udowodnienia, z drugiej – poniżające dla Ukraińców, gdyż redukuje się ich bohaterską obronę ojczyzny do nieświadomego uczestniczenia w globalnej grze interesów, a ich kraj do bezwolnego obiektu w światowej strategii militarystów.

Czy Rosja jest przewidywalna

Kolejne założenie jest równie nieweryfikowalne. Realiści, a z nimi autor „Wojny i pokoju”, zakładają, że Zachód ma interes w tym, by ta wojna trwała jak najdłużej. Cóż, tu już wchodzimy w sferę publicystyki. Można oczywiście wierzyć w taki scenariusz, można go udowadniać, ale nie ma (G.W. Kołodko w książce nie przedstawia żadnego) dowodu na to, że tak w istocie jest. Innym błędem jest założenie, że Rosja jest normalnym przewidywalnym krajem, który mimo oczywistych ( i uzasadnionych) interesów utrzymania swojej strefy satelickiej nie przejawia chęci ataku na sąsiedzkie kraje: „Ani NATO nie planuje najazdu na Rosję, ani Rosja nie zamierza napadać na inne kraje regionu, zwłaszcza Polski” – pisze Grzegorz W. Kołodko, krytykując rozpędzający się w Europie wyścig zbrojeń. I znów wypadałoby zapytać: skąd autor to wie? Przecież agresja na Ukrainę z perspektywy logiki czy racjonalności też wydaje się absurdalna. A jednak do niej doszło. Ktoś (wiadomo kto) podjął decyzję wbrew interesowi swojego kraju i wbrew rozumowi. Czyżbyśmy mieli jakiś realny dowód, że sytuacja na pewno się nie powtórzy? Takiego dowodu nie ma; a kontrolowana przez Kreml propaganda co rusz serwuje kolejne scenariusze ataku na Polskę czy inne kraje NATO. Tych pytań o autorską ocenę Rosji można zadać więcej. Grzegorz W. Kołodko twierdzi na przykład z pełnym przekonaniem, że sankcje (a i wojna per se) wzmacniają wśród Rosjan poparcie dla Putina, bo na to wskazują… badania opinii publicznej. Cóż, można by powiedzieć z pewną zgryźliwością, że w Korei Północnej reżim Kima popiera według badań 130 procent ankietowanych. W Iranie ajatollahów z pewnością 100 procent. U Kaddafiego było podobnie. Przynajmniej do momentu, kiedy osobiście nie przekonał się, a z nim cały świat, czym jest prawdziwy gniew ludu. Piszę o tych kontrowersyjnych założeniach dlatego, że i u realistów w typie Mearsheimera, i u G.W. Kołodki przekładają się na ultymatywne wnioski. Jednym z nich jest kwestionowanie sensu dozbrajania Ukrainy, które rzekomo tylko przysparza bólu i cierpienia całemu narodowi. Znów wypada spytać: co by się stało z tym narodem, gdyby nie miał czym się bronić? Zapewne wojskowi Putina po przejęciu kontroli nad Kijowem rozdaliby Ukraińcom medale i paszporty, a dzieciom cukierki. Tyle że nikt w to nie wierzy.

Traktat antypsychologiczny

I w tym momencie mam z książką G.W. Kołodki największy problem. Patrzy bowiem na wojnę na wschodzie głównie od strony statystyk, racjonalnych i pewnie post factum słusznych ocen. Nawołuje do jej przerwania, bo ta przynosi tylko szkody. To prawda, tyle że ta wojna to także walka o życie i wolność narodu, którego samego istnienia Kreml nie chce zaakceptować.

Czytaj więcej

Grzegorz Kołodko o Gorbaczowie: Globalny mąż stanu

Porażka w tej wojnie oznaczałaby dla Ukrainy nie tylko utratę niepodległości, ale bez wątpienia również postępujący proces wynarodowiania i niszczenia tkanki społecznej. Raz już tego Moskwa próbowała, z tragicznymi milionami ofiar „hołodomoru” w latach 30. minionego stulecia. Otóż, i tu zdanie może najważniejsze: Rosja to nie tylko ojczyzna Czajkowskiego, Puszkina i Dostojewskiego. Sanktuarium myśli i sztuki zdeponowanej w Galerii Trietiakowskiej i Ermitażu, tylko państwo bandyckie, stosujące najgorsze praktyki terrorystyczne. Jeśli ktoś w Ukrainie tego nie wiedział, to zobaczył po tym, jak Rosjanie odeszli z Buczy czy z Irpienia, Mariupola i Chersonia. Nazwy tych miast i tych miejsc zbrodni w „Wojnie i pokoju” nie padają. A to właśnie Bucza i Irpień dla tej wojny obronnej mają najgłębsze psychologiczne znaczenie. To one dyktują zasady ukraińskiej emocji zbiorowej, która każe bronić się i walczyć ze śmiertelnym zagrożeniem. Jak w tej sytuacji namawiać Kijów do pertraktacji z Rosją? Jak przekonywać do zawarcia rozejmu czy trwałego pokoju? Ten pewnie kiedyś się wydarzy, ale na pewno nie teraz, kiedy Ukraińcy wciąż mają głębokie poczucie strat (w tym terytorialnych) i przekonanie o własnej racji moralnej. Kilka dni temu na łamach „Rz” doradca szefa Kancelarii Prezydenta Ukrainy ds. komunikacji strategicznej w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego i obrony Ołeksij Arestowycz mówił, że: „Ukraińcy zmietliby polityka, który poszedłby na układy z Rosjanami. Biuro prezydenta podpalono by po 20 minutach”.

Przegrana Moskwy jest wyobrażalna

Taka jest psychologia tego narodu. I dlatego ta absurdalna wojna trwa. A pokój, choć racjonalny i konieczny, wciąż jest daleko. Osobiście też wierzę, że jego perspektywa jest nieodległa i po stronie międzynarodowej opinii publicznej trzeba dołożyć wszystkich starań, by doszło do zawieszenia broni, a dalej, do pokojowego współistnienia obu państwowości, ukraińskiej i rosyjskiej. Wtedy wizja G.W. Kołodki o dwóch współegzystujących z sobą blokach państw: euroatlantyckiego bloku liberalnej demokracji i euroazjatyckiego bloku autorytarnego – mogłaby się sprawdzić. Nie można jednak wykluczyć także innego scenariusza. Że przeciągająca się wojna w Ukrainie, osłabiająca Kijów, będzie zarazem finałem pewnego projektu politycznego podjętego jeszcze przez Romanowów, kontynuowanego przez bolszewików i przejętego przez Putina. Znamy ten projekt jako Rosję w jej obecnym kształcie etnicznym i terytorialnym. Niemniej nigdzie, w żadnym dekalogu nie zapisano, że taka Rosja ma trwać w nieskończoność. Imperia padały. Mam wrażenie, że wojna Putina jest ścieżką w przepaść. Bardziej dla Rosji niż dla świata.

„Wojna i pokój” Wydawnictwo Naukowe PWN, s. 272, Warszawa 2022

„Wojna i pokój” Wydawnictwo Naukowe PWN, s. 272, Warszawa 2022