Cytowaliśmy przed chwilą Dominikę Wielowieyską piszącą o tym, jak media (z chwalebnym wyjątkiem niepokornych "Wyborczej" i TVN) wykazywały się służalczością w stosunku do rządu PiS.

W ramach równowagi zacytujmy również innego - byłego już publicystę tej samej gazety,który analizuje obiektywizm dziennikarzy z Czerskiej. Roman Graczyk w felietonie na portalu Interia.pl przedstawia anatomię obiektywnego podejścia do tematu sprawy Mirosława G.

Czytam w "Gazecie Wyborczej" ("IV RP kontratakuje", 8 stycznia) materiał informacyjny (no bo niby jaki zamieszcza się na pierwszej kolumnie u góry, w charakterze "czołówki"?) o wyroku w tej sprawie i o reakcjach nań.

Pierwsze zdanie: "W piątek wyrok w sprawie kardiochirurga Mirosława G. (...) politycy PiS i Solidarnej Polski uznali za swój sukces". Drugie zdanie: "Kamiński, były szef CBA, a dziś poseł PiS, podkreślał, że (...)". Zauważmy: człowiek sądzony za korupcję i inne poważne zarzuty posiada imię, ale już poseł, który w swoim czasie przyczynił się (jako szef CBA) do jego aresztowania, nie posiada imienia. Wprawdzie wielu czytelników wie, że ten Kamiński to Mariusz Kamiński, ale ważne jest co innego. To, że czytelnicy na dzień dobry dostają komunikat: nasz (gazety i jej autorów) stosunek do skazanego chirurga jest inny (lepszy, bardziej wyrozumiały) niż do byłego szefa tajnej służby walczącej z korupcją.

To jednak tylko preludium do prawdziwie profesjonalnie podanej informacji:

Jeszcze teraz, w obliczu wyroku, czytam w "GW": "Jednak z oskarżeń wysuwanych przed laty pod adresem dr. G przez funkcjonariuszy IV RP zostało niewiele (skazanie z 19 na 42 zarzuty)". Czy ktoś potrafi powiedzieć, jaka logika kieruje tym zdaniem? Bo z jednej strony pisze się, że z zarzutów zostało niewiele, a z drugiej podaje się, ile to jest - a liczby te, zarówno bezwzględne, jak i relatywne, mówią coś innego.

Człowieka uznano winnym 19 (słownie: dziewiętnastu) zarzutów. To jest niewiele? Sąd potwierdził prawie połowę zarzutów przedstawionych przez prokuraturę. To niewiele?

- pyta Graczyk. I punktuje raz jeszcze:

Autorzy piszą o ustnym uzasadnieniu wyroku, w którym sędzia Tuleya powiedział, że metody śledcze zastosowane w tej sprawie przypominają metody śledcze z czasów stalinowskich. Zaraz w następnym akapicie czytamy: "Prawica uchwyciła się słowa >>stalinizm

Okazuje się, parafrazując popularne powiedzenie, że "Wyborcza" to nie gazeta. To stan umysłu:

Tego rodzaju dziennikarstwo  (...)daje mu to gotową interpretację. Wielu to lubi, a nawet wielu inteligentów to lubi (na tym właśnie polega współczesna inteligencka kołtuneria) i to po trosze tłumaczy fakt, że tak dramatycznie zideologizowane medium jak "Gazeta Wyborcza" jest przez wielu - wydawałoby się - poważnych ludzi uważane za obiektywne. Ci niby-poważni nie zauważają, że "GW" jest dlatego tak intelektualnie im wygodna, że wprowadza ich w swoisty błogostan, zwalnia z myślenia i daje pewien szczególny komfort przynależności do tej lepszej części Polski: wykształconej, tolerancyjnej, otwartej na świat itp. - znamy to na pamięć