[b]Rz: Rok temu zmarł Michael Jackson. Kim był? Królem popu? Ikoną popkultury?[/b]
Piotr Baron: Na pewno był ikoną lat 80. Można powiedzieć też, że był królem popu, ikoną popkultury, ale przede wszystkim człowiekiem nieszczęśliwym i samotnym. Był nowatorski, ale tłumy fanów zaskarbił sobie także tym, że mimo wielu masek, które zakładał, był w życiu bezradny. Publiczność to wyczuwała i chciała z nim być.
[b]Można go zestawić np. z Elvisem Presleyem?[/b]
Losy Elvisa i Jacksona w jakiś sposób się ze sobą splotły. Pewnie teraz siedzą razem i dyskutują o muzyce w tej największej niebiańskiej orkiestrze. Boję się jednak takich porównań. Wizerunek, który stworzył lub stworzono dla niego, jest niepowtarzalny. Podobnie jak wizerunek Elvisa, Eltona Johna czy Madonny.
[b]Jest jeszcze więcej tych muzycznych ikon?[/b]
Tak wiele, że boję się wymieniać, bo mógłbym kogoś pominąć. Na pewno Bob Dylan, Mick Jagger, niedoceniony za życia Johnny Cash i oczywiście The Beatles. „Yesterday” usłyszałem, kiedy miałem siedem lat, i do tej pory, kiedy słyszę tę piosenkę, widzę mały pokoik swoich rodziców, w którym jako dziecko słucham Beatlesów z kiepskiej jakości radioodbiornika... A wyskok wokalny Marilyn Monroe z
„Happy Birthday, Mr President” spowodował, że i ona stała się ikoną muzyczną.
[b]Dzięki czemu zwykli muzycy stają się ikonami?[/b]
Beztalencia nie mają szans. Zapamiętujemy tych, którzy są prawdziwi, tych, którzy nie zmieniają się z płyty na płytę tylko po to, żeby sprzedać kolejnych 100 tysięcy egzemplarzy. Mick Jagger od wielu lat się nie zmienia, gra soczystego rock and rolla, a na jego koncertach ciągle są tłumy ludzi, bo on nigdy nikogo nie okłamał i zawsze śpiewał to, co myśli.