W polskiej klasie średniej dojrzewa potencjał do buntu. Narasta poczucie, że władza, którą wybrali w 2023 r., przestała działać dla nich. Do części wyborców dociera, że kończy się – jak to określił w kuluarach rozmówca „Rzeczpospolitej” z zaplecza partii Razem – ich model awansu. Pojawia się równolegle lęk przed utratą statusu i kryzysem. Ta zmiana w oglądzie rzeczywistości nie oznacza od razu marszu na ulicę Parkową, gdzie rezyduje premier Donald Tusk. Wystarczy jednak, aby władzę w 2027 r. po wyborach do Sejmu mogła przejąć prawica. I to nie dlatego, że klasa średnia przeniesie swoje poparcie od razu na PiS czy Konfederację. Tylko dlatego, że może ona zostać w domu, rozczarowana sytuacją, kwestiami bytowymi albo aferami takimi jak ta z radnym KO Dawidem Kacprzykiem z zarobkami na poziomie 1,6 mln zł rocznie i kolejnymi informacjami podawanymi przez portal Zero o tym, co działo się w Szpitalu Południowym, gdzie miał on stworzyć politykom KO „salonik VIP”.

Reklama
Reklama

Pewnym zwiastunem nadchodzącego zniechęcenia były już wybory prezydenckie w 2025 r., które dały władzę Karolowi Nawrockiemu. – Nastroje na Jagodnie są tylko jednym elementem, ale ważniejsze jest przede wszystkim to, że w 2025 r. zabrakło głosów od klasy średniej małomiasteczkowej. Nie wielkich miast, ale właśnie małomiasteczkowej klasy średniej, szczególnie na zachodzie Polski. To bardzo wyraźnie widać w podstawowych danych PKW. Istotne jest to, że to nie jest wielki protest, jakaś wielka fala. Ale polskie społeczeństwo jest w dość dziwnym momencie. Po latach nieustannego wzrostu dochodzimy do punktu, w którym w teorii przydałby się kolejny skok rozwojowy. Ale z drugiej strony boimy się utraty dotychczasowego dobrobytu i pozostajemy w zawieszeniu – diagnozuje w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Adam Traczyk, dyrektor More in Common Polska, organizacji badawczej zajmującej się przeciwdziałaniem polaryzacji.

Czytaj więcej

Wiceprezydent Warszawy o zarobkach lekarza Dawida Kacprzyka. Będzie kontrola

Radny KO Dawid Kacprzyk symbolizuje bardzo niekorzystne zjawiska dla polskiej klasy średniej

Najnowszym symbolem tematów mogących irytować wyborców, którzy sami określają się jako klasa średnia, są zarobki byłego już członka KO, radnego i lekarza z Ursusa, 28-letniego Dawida Kacprzyka. Jego dochód w wysokości 1,6 mln rocznie uderza KO tam, gdzie boli obecnie najbardziej. Bije w obraz sytuacji w usługach publicznych, w kwestii dostępu do lekarzy specjalistów, terminów do tychże, symbolizowanych przez SMS-y o terminach za kilka lat i jednocześnie przez poczucie wyczerpywania się modelu prywatnych ubezpieczeń, z których korzysta klasa średnia. Na te niekorzystne zjawiska nakładają się inne sprawy, co jedynie pogarsza sytuację obecnej władzy. Są to negatywne trendy w mieszkalnictwie (m.in. kwestia najmu krótkoterminowego), na rynku pracy i łączący się z nimi nierewaloryzowany drugi próg podatkowy.

– Czuję się okradany, gdy spoglądam na drugi próg podatkowy – słyszymy często te i podobne stwierdzenia od rozmówców spoza Warszawy, którzy identyfikują się z klasą średnią. Aktualnie problemem numer jeden rządzących jest radny Kacprzyk i jego zarobki – co pokazały np. weekendowe dane Res Futury o ruchu w sieci. Ale Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, która sama próbuje wykorzystać dla Polski 2050 ten gniew i demobilizację klasy średniej, powiązała jego zarobki właśnie z drugim progiem podatkowym. „Ten pan od 1,6 mln zapłacił na ryczałcie podatku 14 proc., a nauczyciel, który zarabia średnio, wpada w 32-proc. próg. I potem zdziwienie, że klasa średnia wystawia czerwoną kartkę. Zmieńmy to” – napisała szefowa Polski 2050 na portalu X. Warto przy okazji odnotować, że sam radny do tej pory nie odniósł się do ustaleń portalu Zero. Ale w partii już go nie ma. 

Jagodno zagłosowało na KO, a teraz się wkurza, gdy widzi zarobki radnego Kacprzyka

W 2023 r. rekordowa frekwencja w jednej z wrocławskich komisji wyborczych na Jagodnie, dostawy pizzy i kolejka do godz. 3 w nocy stały się symbolem fali, która w powszechnej świadomości komentatorów doprowadziła do upadku rządu PiS. Później władze Wrocławia postawiły przy budynku tej dawnej komisji – to miejsce odwiedziliśmy pod koniec kwietnia i opisywaliśmy w podcaście, zanim jeszcze mówienie o zawiedzionej klasie średniej stało się modne w Warszawie – coś w rodzaju pomnika, kilka głosujących wrocławskich krasnali z pizzą.

Jagodno jest bliźniaczo podobne do wielu takich osiedli w całej Polsce – krakowskiego Ruczaju czy warszawskiej Białołęki. Wszędzie tam jest poczucie, że ochrona zdrowia jest najważniejszym tematem. Rozmówcy z klasy średniej nie tylko mają swoje potrzeby, bywają też coraz starsi – co wymusza na nich częstsze wizyty u lekarzy, diagnostykę, kontrole itd. Przedstawiciele tej grupy odkrywają także, że prywatny system ubezpieczeń zdrowotnych ma swoje ograniczenia, choć z systemu publicznego nie korzystają wcale lub w ostateczności przez poczucie, że i tak trzeba zapłacić. To widać w danych rosnącego znaczenia prywatnych ubezpieczeń. W 2026 r. rynek prywatnych ubezpieczeń będzie rósł stabilnie. I ma je w Polsce już 6 mln osób

Co tak naprawdę pokazał radny Kacprzyk? I dlaczego KO ta sprawa boli dużo mocniej niż tysiąc kłótni w rządzie, wyciekających do mediów, albo przepychanki na X? Pokazał, jak w praktyce wygląda system publiczny – a Jagodno, Ruczaj i Białołęka widzą to na swoich smartfonach w drodze do pracy czy po dziecko w prywatnym żłobku.

Wyborcy zostają z pytaniem: kto naprawi ten system? I kiedy? Co z zarobkami lekarzy, abstrakcyjnymi dla nich samych, czego symbolem stały się miliony radnego Kacprzyka? Zestawienie to z nagłówkami o rosnących kolejkach do lekarzy specjalistów w systemie publicznym musi budzić wściekłość. – Obawiam się, że to jest nowa historia o ośmiorniczkach, że będzie bardzo mocno rezonować – mówiła w TVN24 Anna-Maria Żukowska, szefowa klubu Lewicy w Sejmie. 

Donald Tusk politycznie zlikwidował Ministerstwo Zdrowia. Teraz mierzy się z konsekwencjami 

Marcin Kierwiński jako szef lokalnych struktur KO przyjął już rezygnację radnego Kacprzyka. Rafał Trzaskowski zlecił audyt w warszawskich szpitalach. Nie ma w tej opowieści jednak Ministerstwa Zdrowia. Nie znaczy to, że nie ma tu wcale ruchów resortu, bo przecież systemowy problem wysokich zarobków lekarzy to nie jest nowa sprawa. Bardzo mocno o sprawie wypowiadał się w środę na konferencji prasowej Donald Tusk, a pomysł uporządkowania zarobków i wprowadzenia limitów już się wielokrotnie w rządzie pojawiał w różnych wersjach w ubiegłym roku, zwłaszcza jesienią, jednak nie wyszedł poza szkice również ze względu na opór środowiska lekarskiego. Pisaliśmy o tym wielokrotnie w „Rzeczpospolitej”. Teraz może się to zmienić.

Czytaj więcej

Donald Tusk o Szpitalu Południowym: Jeśli był salonik VIP, muszą polecieć głowy

Z rozmów „Rzeczpospolitej” z politykami, także z KO, wynika, że decyzja o forsowaniu nowych rozwiązań musi ostatecznie zapaść na Parkowej, czyli u Donalda Tuska, bo szefowa MZ nie jest politykiem i nie ma mocy sprawczej. Taki zresztą od początku był polityczny pomysł. Jolanta Sobierańska-Grenda przyszła do rządu rok temu jako kompetentna menedżerka w ochronie zdrowia. Równolegle Donald Tusk pozbył się z resortu – co czyni go wyjątkiem od reguły – wiceministrów z partii koalicyjnych. Idea wydawała się prosta: brak polityki w resorcie uodporni go na polityczną krytykę.

Jednocześnie takie rozwiązanie sprawia, że wszystko musi ostatecznie oprzeć się na premierze. Próby porządkowania systemu już są. „Rzeczpospolita” pisała o weryfikacji i monitorowaniu zarobków po numerze PESEL. Ale to nie wystarczy, zwłaszcza na tle obecnej afery. Same rekomendacje, projekty – to bardziej pokaz tego, jakie granice ma system stworzony po ubiegłorocznej rekonstrukcji, a nie jego siły. Na to nakłada się inny problem: sama komunikacja MZ, zwłaszcza wypowiedzi w ostatnich miesiącach o tym, że „pacjentom w Polsce jest już lepiej”, uznawane nawet przez naszych rozmówców z KO za przestrzelone. Problem więc nabrzmiewa: wyborcy widzą kryzys systemu, ale jego rdzeń – MZ – nie ma politycznej siły bez premiera, by go komunikować, nie mówiąc o sposobie naprawy. Ostatecznie wszystko musi wylądować na biurku Tuska. – Resort przejdzie w ręce wyłącznie fachowców od zarządzania – mówił Tusk przy rekonstrukcji, ale chyba sam nie przypuszczał co to będzie dziś oznaczać.

Czytaj więcej

Przyjęcia poza kolejką. Politycy KO uprzywilejowani na SOR-ze Szpitala Południowego

Premier zareagował już we wtorek – przyspieszeniem prac nad projektem o monitorowaniu zarobków po numerze PESEL. Projekt już po wybuchu afery niespodziewanie trafił na posiedzenie rządu. – Przyjmiemy dzisiaj projekt ustawy, który umożliwi agencji rządowej orientację, kto, w jakich miejscach, ile zarabia, tak, żeby to zracjonalizować i żeby nie dochodziło do – mam nadzieję, pojedynczych – skandalicznych sytuacji – powiedział we wtorek premier Donald Tusk. Tylko czy to wystarczy? Wszystko wskazuje na to, że to dziś półśrodki. Nie chodzi tylko o jednego radnego z KO. Problem jest w systemie umożliwiającym takie zarobki i percepcji tego systemu przez wyborców. Nie zaskakują sygnały z rządu i koalicji, które mówią o wprowadzeniu limitu zarobków. I być może afera skończy się tym, że na takie rozwiązanie ostatecznie zdecyduje się Donald Tusk – a jej skala sprawi, że opór lekarzy przed tymi rozwiązaniami nie będzie tak silny jak jesienią. Musi to być decyzja premiera. Tak działa ten system.

Zwłaszcza że kolejne dni przynoszą następne informacje ujawniane przez dziennikarzy o tym, jak działał radny Kacprzyk. System przyjmowania pacjentów VIP w szpitalu, gdzie pracował Kacprzyk, opozycja nazwała już „prywatnym SOR-em”. 

Nic więc dziwnego, że w KO – gdy rozmawiamy w kuluarach – sprawa traktowana jest jako poważny kryzys. – Najwyższy czas, by sytuację radykalnie uporządkować – mówił w środę przed posiedzeniem Sejmu Włodzimierz Czarzasty. Lewica już w grudniu ubiegłego roku zaprezentowała kompleksowy pomysł reformy systemu.

Zdrowie jak edukacja. Klasa średnia między młotem a kowadłem 

Diagnoza o tym, że zdrowie jest jednym z ważniejszych tematów dla wyborców – nie tylko dla  klasy średniej – jest już stawiana powszechnie. W końcu nawet na konwencji programowej PiS w Katowicach jesienią 2025 r. o tym, że zdrowie to jeden z kluczowych tematów politycznych, mówił sam Jarosław Kaczyński. – Zdrowie od lat jest wskazywane jako jedno z trzech największych wyzwań Polski. Tylko że przez lata nic z tego nie wynikało. Panowało przekonanie, że to problem, z którym żadna siła polityczna i tak nic nie zrobi. Na zdrowiu nic nie da się wygrać, bo nikt nie wierzy, że można je poprawić  – przyznaje w rozmowie z „Rz” Traczyk. 

Czytaj więcej

Aleksandra Owca: Polityka egoizmu w moim pokoleniu dojechała do ściany

Na dyskusję o zdrowiu nakładają się i inne pytania. – Klasa średnia jest teraz między młotem a kowadłem. Z jednej strony niewydolna służba zdrowia, w której na specjalistę czeka się miesiącami. Z drugiej – poczucie, że trzeba uciekać w prywatne usługi, co kosztuje i jest dodatkową presją. To samo dotyczy prywatnej edukacji. Klasa średnia nakłada na siebie tyle zobowiązań, że żyje w dużej niepewności – dodaje Traczyk. 

A nastroje Polaków – te bieżące, bytowe – były już w tym roku testowane przez geopolitykę. Adam Traczyk zwraca uwagę na sytuację wokół cen paliwa wywołaną wybuchem wojny USA–Iran. – Widać to było w pomiarach optymizmu CBOS. Gdy pojawiło się ryzyko kryzysu paliwowego i wzrostu cen energii przez wojnę USA z Iranem, od razu poruszyły się negatywne emocje. Stąd pewnie bardzo szybka reakcja rządu i zamrożenie cen. Widać, jak bardzo jesteśmy wrażliwi na koszty. 

Pakiet CPN (Ceny Paliwa Niżej) był jak na obecny rząd szybkim krokiem. I został oczywiście uprzedzony przez opozycję z PiS, która przywoływała tarcze z czasów swoich rządów. W przypadku zdrowia PiS ma trudniejsze zadanie, bo zderza się z historiami sprzed lat i własnymi niepowodzeniami. Dla rządu to także dużo trudniejszy temat, bo nie wystarczy tu proste sterowanie cenami.

A polskie Jagodna czekają. Na zmiany w zdrowiu, na drugi próg, na regulację najmu krótkoterminowego. Ta cierpliwość nie jest wieczna. W najgorszym razie Jagodno po prostu nie ustawi się w kolejce – jeśli poczuje, że jest porzucone. Wybierze kanapę, a nie czekanie do godz. 3 w nocy. Wystarczy tylko zapytać Rafała Trzaskowskiego czy byłego prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego, czym się to może skończyć.