Trafiłeś za kratki w czerwcu 2020 r. i wyszedłeś na wolność dopiero po ponad pięciu latach. W grudniu ubiegłego roku za sprawą rozmów Białorusi z USA zostałeś uwolniony i wywieziony na Litwę. Zdążyłeś już się przyzwyczaić do nowej rzeczywistości?
W więzieniu myślałem, że przez trzy dni po uwolnieniu będą mi pomagać, a później będę musiał już radzić sobie sam. Spotkałem się zaś z ogromną falą solidarności. Nie musiałem się martwić tym, jak się odnaleźć w nowym miejscu i jak zapewnić rodzinie warunki. Pomagają mi dziesiątki organizacji białoruskich i międzynarodowych zajmujących się obroną praw człowieka i wspierających byłych więźniów politycznych. W ciągu zaledwie pięciu miesięcy wydano moją książkę, niegdyś na to musiałbym czekać znacznie dłużej.
Psychologicznie też łatwo mi się przyzwyczaić, bo był to już mój czwarty dłuższy pobyt w białoruskim więzieniu. Poza tym Wilno leży najbliżej Białorusi. Stamtąd prowadzi najkrótsza droga powrotna do Mińska. Zdaję sobie sprawę z tego, że w życiu nie ma rzeczy przypadkowych. Bóg dał mi możliwość bycia obecnie w Wilnie, ale też w Warszawie i przygotowywania się do powrotu na Białoruś.
Gdy zostałeś aresztowany, twój syn miał zaledwie dwa latka. Dzisiaj to już ośmioletni chłopiec. Jak mu tłumaczyć dzisiaj swoją ponad pięcioletnią nieobecność?
Tłumaczę, że zostałem schwytany przez złych ludzi, którzy wsadzili mnie za kraty za białoruskość. Tłumaczę, że nasz kraj jest na razie w niewoli, ale musimy go wyzwolić. Miał zaledwie dwa lata, gdy przeprowadzano rewizje w naszym mieszkaniu. Wówczas chodził po pokojach i mówił: „Jesteście bandytami, uderzę was w głowę”. Nie wiedzieli, co mają mu odpowiedzieć. Jest bojowym chłopakiem i mówi po białorusku. Nie trzeba mu dzisiaj już nic tłumaczyć.
Pewnie często słyszy nazwisko Łukaszenki? Jest dla niego antybohaterem?
Uważa go za bandytę. Nawet nauczył się po litewsku „Lukašenka yra banditas”, by tłumaczyć swoim litewskim rówieśnikom.
Czytaj więcej
Aleksander Łukaszenko uwolnił setki więźniów politycznych, w tym Andrzeja Poczobuta, licząc na ocieplenie relacji z Europą. Stany Zjednoczone próbu...
Byłeś więziony w kolonii karnej w Szkłowie. Stamtąd pochodzi Łukaszenko. Jakie tam panują warunki?
Łukaszenko niegdyś pracował tam strażnikiem więziennym. Zdobyte tam doświadczenie od lat pomaga mu zarządzać krajem: nauczył się zastraszać ludzi, grać na ludzkich uczuciach, poniżać i zapędzać do kąta. W więzieniu stworzono stosunkowo niezłe warunki, ale tylko dlatego, by człowiek rozumiał, co może stracić, trafiając do karceru, gdzie zaczyna się prawdziwa męka.
Co masz na myśli, mówiąc o „stosunkowo niezłych warunkach”?
To możliwość obejrzenia telewizora we wspólnym pokoju i zrobienia zakupów w więziennym sklepie. Jeżeli ktoś konfliktuje się z administracją kolonii, takiego człowieka sprowadzają do „najniższego statusu”. Takich ludzi nigdzie nie wpuszczają, na salę sportową czy nawet do więziennej cerkwi. Ale też pozbawiają możliwości spotkań czy otrzymywania paczek.
Doświadczyłeś przemocy fizycznej w więzieniu?
Najpierw wpychano mnie nogami do samochodu, którym przewożono więźniów ze stacji kolejowej do łagru. Gdy przywieziono nas na miejsce, posadzono wszystkich w kałuży, bo padał deszcz. Strażnik więzienny, jak w filmach, podchodził do każdego i krzyczał w twarz: „Czy wiecie, gdzie jesteście? Czego wam brakowało? Co robiliście w 2020 r.?”. Wiedziałem, że robią to po to, by od samego początku zdołować człowieka. Zabierają wszystko, co dla człowieka ma wartość, w tym również listy. Pokazują, że jesteś tam nikim. Nikogo tam nie obchodzi, że jesteś znaną osobą. A po wybuchu wojny w Ukrainie przekraczano już wszystkie możliwe czerwone linie.
Czytaj więcej
Prezydent Francji Emmanuel Macron zadzwonił do białoruskiego przywódcy Aleksandra Łukaszenki. Z kolei liderka białoruskiej opozycji Swiatłana Cicha...
Co to oznacza?
Wrzucano mnie zimą do lodówki, czyli do „szizo” (izolator karny – red.). To taka betonowa skrzynia, nawet całkiem spora. Zamykano mnie tam samego. W dzień otwierano okna. Zamarzałem. To były tortury chłodem. Do tego celowo robią tak, by był przeciąg. Ludzie wracają stamtąd z zapaleniem płuc i chorobami żołądka, bo organizm zaczyna zjadać siebie. Najpierw odczuwają to mięśnie, a następnie niszczeją kości. Po kilku miesiącach w takich warunkach człowiek zostaje kaleką. Przez kilka dni da się wytrzymać i robić pompki w nocy, by się ogrzać. Na czwarty dzień z powodu braku snu opadałem z sił i miałem halucynacje. To była katownia.
Jak ci się udało przetrwać w takich warunkach i nie postradać zmysłów?
Wszystko dzięki Bogu. Nie wyobrażam sobie, z czym mierzą się tam ludzie, którzy nie wierzą w Boga. Ja bym nie wytrzymał. Gdybym nie wierzył i nie wiedział, że samobójstwo jest strasznym grzechem, gdyby nie czekała na mnie moja rodzina, mógłbym targnąć się na swoje życie. Każda noc była trudna, modliłem się do Boga i prosiłem, by stamtąd mnie zabrał, bo to było nie do zniesienia. Po dziesięciu dniach w takich warunkach strażnicy wchodzą i mówią do mnie, że nie przywitałem się z nimi. Zaprzeczyłem. Nieważne, dołożono kolejne dziesięć dni. Stałem i nie rozumiałem, co się ze mną dzieje, mózg już odmawiał współpracy. Nie wiedziałem, gdzie jestem, co tam robię i po co żyję na tym świecie.
Z rosyjskojęzycznymi strażnikami więziennymi rozmawiałeś po białorusku?
Dla nich to cudzy język. Ale zawsze rozmawiałem po białorusku. Mówiono do mnie, bym zaczął „mówić normalnie”, czyli po rosyjsku. Ale zapytałem wówczas, w jakim języku codziennie rano śpiewają w kolonii hymn, bo taki jest wymóg. Wszyscy śpiewają po białorusku, bo innej wersji językowej nie ma. Prawo zezwala na używanie dwóch języków. Ale ci, którzy nie znoszą języka białoruskiego i białoruskości, czepiali się czegoś zupełnie innego. Wyśmiewano mnie i mówiono, że zostałem „zepsuty przez Polaków”. Tłumaczyłem, że pochodzę z Orszy, ale oni nie znają historii i nie wiedzą, kiedy po raz ostatni w tamtych stronach byli Polacy. Język białoruski dla nich jest przejawem protestu i wrogości. To coś, czego oni nie rozumieją.
Czytaj więcej
W momencie, gdy nie będę musiał przebywać w szpitalu czy jakichś zakładach leczniczych, będę gotów powrócić na Białoruś – mówi „Rzeczpospolitej” An...
Twój tata zmarł, gdy byłeś w więzieniu. Nie pozwolono ci uczestniczyć w pogrzebie. Reżim w ten sposób mścił się za twoją wieloletnią działalność w pierwszym szeregu opozycji demokratycznej?
Tak, to taka zemsta. Tatę bardzo kochałem i byłem przez niego kochany. Nie spodziewałem się tego. Odmówiono mi bez tłumaczenia. Nie pomogły nawet prośby zachodnich dyplomatów. Z tego samego powodu zabraniano mi czytania książek czy uczestniczenia w nabożeństwie. Stalinizm nadal panuje w białoruskich łagrach. Kiedyś strażnicy weszli do celi i zauważyli obrazek, który powiesił na ścianie jeden z więźniów. Podarli go. Na mojej plakietce malowali pentagram i myśleli, że mi, jako chrześcijaninowi, sprawią w ten sposób ból.
Podczas protestów po wyborach w 2020 r. byłeś już w więzieniu. Dlaczego rewolucja nie zakończyła się sukcesem? Czego zabrakło?
W pewnym momencie zabrakło odpowiedniego przygotowania. Myślę, że nie byliśmy gotowi do tak wielkich protestów. Wcześniej zakładano, że jeżeli na ulice wyjdzie ponad 100 tys. ludzi, system zacznie się sypać. Ale pod warunkiem, że dojdzie do pęknięcia wewnątrz służb mundurowych i urzędników. My, politycy, powinniśmy byli doprowadzić do tego, ale zostaliśmy odizolowani. Zabrakło więc udziału w tych procesach doświadczonych polityków opozycyjnych. Nie doszło też do wielkich strajków. Ludzie niestety wybrali „wróbla w garści”. Nie doszło do tego, co miało miejsce w Polsce w czasach Solidarności. Zabrakło tej solidarności ze strony robotników. Być może to przesądziło o przebiegu protestów. Teraz jesteśmy na emigracji, powinniśmy wyciągnąć wnioski i przygotować się do wszystkich możliwych scenariuszy. Musimy wypracować plan naszego powrotu na Białoruś.
Czy nie jest za późno? Zależność Białorusi od Rosji po pięciu latach wojny w Ukrainie jest znacznie większa niż była wtedy, w 2020 r..
Łukaszenko zazdrośnie broni swojej władzy na Białorusi. Niezależnie od propagandy mediów rosyjskich i presji ze strony Kremla, Białorusinów nie da się tak łatwo „przerobić”, zwłaszcza w dobie internetu. Owszem, są kolonie letnie wojskowo-patriotyczne, podczas których młodzież uczy się lubić Związek Radziecki i Rosję, ale walkę o umysły tych młodych ludzi w internecie reżim przegrywa. W czasach sowieckich wychowywano mnie na patriotę, człowieka, który jest gotów oddać życie dla ojczyzny. A później się dziwili, dlaczego walczymy o wolną Białoruś.
Ile lat w sumie za rządów Łukaszenki spędziłeś za kratami?
Po raz pierwszy do więzienia trafiłem jeszcze w 1998 r. W sumie w łagrach i aresztach spędziłem już ponad jedenaście lat.
Nie żałujesz straconych lat?
Nie. Nigdy nie chciałem siedzieć w więzieniu. Ale myślę, że to doświadczenie było dla mnie konieczne. Więzienie mnie zahartowało i dało czas przemyśleć wiele rzeczy. To takie laboratorium twórcze. Po każdym wyjściu z więzienia pisałem jedną lub dwie książki. To było potrzebne mi oraz osobom, które mnie wspierały i szły ze mną tą drogą. Uważam, że opozycjoniści, którzy przeszli przez więzienie, są dzisiaj żołnierzami wolnej Białorusi. Dzisiaj już setki tysięcy ludzi na Białorusi wie, jak walczyć z reżimem od wewnątrz. Dzisiaj nie tyle walczymy o terytorium, ile o serca Białorusinów, których świadomość narodowa w ostatnich latach znacząco wzrosła. Gdy zaczynaliśmy, zaledwie 20 proc. Białorusinów rozumiało znaczenie języka białoruskiego i flagi biało-czerwono-białej (historycznej flagi Białorusi wykorzystywanej przez opozycję demokratyczną). Dzisiaj rozumie to już prawie połowa moich rodaków. Rośnie masa krytyczna i nadejdzie moment zapalny.
Białoruś jest jak torfowisko, a my jak partyzanci – na razie schowaliśmy się i siedzimy cicho, ale wyskoczymy w odpowiedniej chwili. Wszystko jest na dobrej drodze, zarówno wewnątrz kraju, jak i poza jego granicami.
Liczysz na to, że nadejdzie moment i otworzy się okno możliwości?
Dzisiaj jest szalona dynamika wydarzeń na świecie: Kuba, Wenezuela, Iran. Wszystko się chwieje. Dla Białorusinów już tym latem może otworzyć się takie okno możliwości.
A może być też tak, że Łukaszenko przekaże władzę starszemu synowi Wiktorowi i zabetonuje sytuację na kolejne lata.
Tak też może być. Nie znamy drogi, którą przyjdzie nam pójść. Ale musimy się przygotowywać, by nie stracić szansy w odpowiednim momencie.
Czytaj więcej
Patrząc na kłopoty irańskiego reżimu, kolejnego z rzędu sojusznika Mińska, Aleksander Łukaszenko próbuje doprowadzić do odwilży w relacjach nie tyl...
Czy białoruska opozycja na emigracji jest w stanie przygotować się do objęcia władzy w kraju? Ostatnio doszło do elektronicznych wyborów do opozycyjnej Rady Koordynacyjnej, udział w których wzięło zaledwie nieco ponad 2 tys. osób. Czy to nie jest demotywujący wynik?
Demotywujący, ale spójrzmy na historię Białorusi. W 1918 r. trzech Białorusinów przyjechało zza linii frontu i namówiło uczestników Zjazdu Wszechbiałoruskiego do ogłoszenia niepodległości Białoruskiej Republiki Ludowej. To byli bracia Anton i Iwan Łuckiewicze oraz Wacłau Łastouski. Z kolei w latach 1988–1989, jeszcze w czasach ZSRR, utworzono Białoruski Front Ludowy, który doprowadził do tego, że Białoruś w latach 1991–1995 była pod biało-czerwono-białą flagą. Dzisiaj powinniśmy się przygotować do trzeciego decydującego starcia. Wszyscy powinniśmy się zjednoczyć dla osiągnięcia tego celu. Albo będziemy razem, albo nas nie będzie.
Wrócisz w namacalnej przyszłości na Białoruś?
Chcę w to wierzyć. Na razie to nie jest możliwe, bo wprost mi powiedziano, że po moim powrocie trafię od razu za kraty.
Z jednej strony Łukaszenko próbuje ocieplić relacje z USA i liczy na poprawę stosunków z UE, ale z drugiej strony grozi Ukrainie i przeprowadza wspólne jądrowe ćwiczenia z Rosją. Jak to rozumiesz?
Łukaszenko zawsze wysyła sprzeczne ze sobą sygnały, ale kieruje je do różnych odbiorców. Z jednej strony to absurd, ale on zakłada, że każdy wybierze odpowiedni dla siebie przekaz. Dużo czytałem o Mussolinim, który rzucał hasłami wykluczającymi się nawzajem. To faszystowski model. Łukaszenko to taki drugi Mussolini. Do niego jest mu najbliżej.
Czytaj więcej
Aleś Bialacki, więziony przez wiele lat obrońca praw człowieka i laureat Pokojowej Nagrody Nobla, otworzył w Polsce biuro jednej z najbardziej znie...
Ale Mussolini źle skończył.
Źle i myślę, że tu też nie będzie dobrego końca. Bóg wszystko widzi, ale wyrządził zbyt dużo zła. Zdeptał Białoruś z błotem, skaleczył zbyt wiele ludzkich losów. Osobiście mu wybaczam wszystko, co wyrządził mi osobiście. Ale radziłbym mu się pokajać. Bo ludzie będą domagać się sprawiedliwości.
Paweł Siewiaryniec (ur. 1976) od początku rządów Aleksandra Łukaszenki działa w białoruskiej opozycji demokratycznej. Był jednym z liderów Białoruskiego Frontu Ludowego oraz współzałożycielem Młodego Frontu i Białoruskiej Chrześcijańskiej Demokracji. Za rządów dyktatora spędził łącznie ponad 11 lat w łagrach i aresztach. W 2020 r. został skazany na siedem lat więzienia. Łukaszenko uwolnił go w grudniu 2025 r. na prośbę USA i wraz z wieloma innymi byłymi więźniami politycznymi wydalił na Litwę.