Dlaczego na patrona elitarnej jednostki wojskowej prezydent Wołodymyr Zełenski wybrał Ukraińską Powstańczą Armię? Bo mógł. Skąd ten wniosek? Od niemal dwóch tygodni polska klasa polityczna miota się w odpowiedzi. Podczas gdy problem nie jest nowy. A będzie – raczej – większy.

Po co Wołodymyr Zełenski to zrobił? To inne pytanie. Prezydentowi Ukrainy nie chodziło o przeszłość, on realizuje bieżące cele polityczne. Dlatego też polityczna, a nie symboliczna, powinna być reakcja Polski. Zamiast odebrania Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego, odpowiedzią może być np. postawienie Ukrainie warunków, jeśli Polska ma się zgodzić na rozszerzenie Unii Europejskiej.

Zresztą Polacy okazują się mądrzejsi od polityków, bo większość z nich, pytana o zdanie na temat relacji polsko-ukraińskich (sondaż Centrum Mieroszewskiego) lub polsko-niemieckich (sondaż Instytutu Zachodniego) zajmuje pragmatyczne postawy, jednocześnie nadając priorytet rozwiązaniu historycznych sporów. I nie ma w tym sprzeczności. Bo inaczej niż mogłoby się wydawać – jeśli tylko śledzi się platformy społecznościowe i media tożsamościowe – ani pochówek ofiar ludobójstwa na Wołyniu, ani reparacje nie polaryzują. Tymczasem horyzont polityków wyznaczają skrajni wyborcy, dlatego reagują emocjonalnie. Jednocześnie jak państwo polityki historycznej właściwie nie prowadzimy, bo podobnie jak zagraniczna, od lat pozostaje ona wyłącznie funkcją wewnętrznej, kierowanej głównie do kolejnych społeczno-politycznych nisz i baniek. 

Nie przestaje mnie nurtować pytanie, w jaki sposób „postępowi intelektualiści" łączą niuansowanie decyzji Wołodymyra Zełenskiego ze straszeniem polskim nacjonalizmem (a nawet faszyzmem)?

Otwieramy skrzynkę i wybieramy właściwe narzędzie. Cieknącego kranu nie naprawimy młotkiem. Również w tym sensie, że polityka historyczna – a swoją drogą jest ona polityką jak każda inna – musi być prowadzona z żelazną konsekwencją, ale i polotem. Zwinna, inteligentna, asertywna – nie histeryczna. Jak dotychczas, jesteśmy jak galareta: trzęsiemy się, ruszeni palcem. Ale przecież najważniejsze, że mamy rację, prawda?

To nie spór o Wołyń decyduje o tym, czy polscy przedsiębiorcy wezmą udział w odbudowie Ukrainy

W relacjach polsko-ukraińskich istnieją dwa mity. Pierwszy z nich to, że spór o Wołyń służy Rosji. To argument, po który chętnie sięgają Ukraińcy. Jest jednak prawdziwy wyłącznie w brzmieniu: nierozwiązany spór o Wołyń służy Rosji. Czy Ukraina – choć rozumiem, że nie jest to dla niej proste – chce go rozwiązać? Wszystkim byłoby nam łatwiej, gdyby tak się stało. Jednocześnie Polska cały czas musi artykułować swoje racje i oczekiwania w sposób zrozumiały dla międzynarodowej grupy odbiorców. Mam wątpliwości, co do tego, czy odebranie Orderu Orła Białego prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu będzie czytelnym komunikatem dla niezorientowanych. 

Drugi mit: Polska nie weźmie udziału w odbudowie Ukrainy, tracąc miliardy złotych, bo niepotrzebnie zajmuje się historią, podczas gdy wszyscy inni są pragmatyczni. W powietrzu zawisło nawet pytanie, czy 25 czerwca w Gdańsku rozpocznie się Konferencja na rzecz Odbudowy Ukrainy.

Przyjrzyjmy się sprawom po kolei. To nie spór o Wołyń decyduje o tym, czy polscy przedsiębiorcy wezmą udział w odbudowie Ukrainy. Abstrahując od tego, że niezgodność trwa już trzy dekady, Polska wypadła z gry zanim powróciła w kolejnej odsłonie. A wszystko dzieje się na poziomie polityki międzynarodowej, w której Polska nie chce uczestniczyć. Mój redakcyjny kolega Marek Kutarba postawił właściwe pytanie: „Rzeczypospolita rośnie w siłę. Dlaczego nie potrafimy tego dostrzec?”. Z kolei dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich Wojciech Konończuk, odnosząc się do opublikowanego w „Plusie Minusie" artykułu związanego z instytucją analityka Krzysztofa Dębca o inspirującym Czechów i Słowaków polskim cudzie gospodarczym, w serwisie społecznościowym X zauważył przytomnie: „Polityka zagraniczna to nie tylko USA, RFN czy Ukraina”. Tymczasem dyplomacja ekonomiczna – o czym w książce „Niedyplomatycznie” (Port, 2026) pisze były ambasador Polski w Tel Awiwie i Waszyngtonie Marek Magierowski – pozostaje obszarem, w którym moglibyśmy być dużo lepsi, niż jesteśmy.

Mylne jest również przekonanie o tym, że polityka historyczna pozostaje bezużyteczna. Powracam do wcześniej cytowanego przeze mnie w „Rzeczpospolitej” tekstu dr Anny Kwiatkowskiej z OSW. W artykule „Niemcy na kozetce, czyli jak analizować i nie zwariować” (fragment dostępnego na stronie instytucji poradnika analitycznego „Uporządkować rzeczywistość”) ekspertka wyjaśniła, że polityka historyczna pomogła Niemcom zbudować pozycję na arenie międzynarodowej: „Potrafiły to (odpowiedzialność za przeszłość – red.) następnie zamienić w moralny kapitał, stanowiący dziś – obok bogactwa – jeden z fundamentów ich roli w Europie. To, że mogą mówić o wartościach i instytucjach z pozycji autorytetu, jest po części efektem ich sukcesu w zarządzaniu pamięcią”. Największym sukcesem Niemców pozostaje przekonanie innych, że polityki historycznej nie uprawiają wcale, podczas gdy robią to na okrągło. 

Czy muszę dodawać, że wymiana „Biznes za ustępstwo w dążeniu do pochowania zmarłych i nazwania ich oprawców” jest cyniczna? Poza tym, trudno robić interesy z kimś, kto się nie szanuje. Dla Ukrainy jesteśmy partnerem śmiesznym, słabym. Rok temu w Kijowie przekonałam się, że nie ma miękkiej gry: na odcinku ukraińskiej polityki historycznej są twarde kadry.

O ile Donald Tusk zmienił kurs, liberalne elity pozostały w tym samym miejscu. Ale zdanie ich przedstawicieli jest nieważne

Choć pomysł, by odebrać Order Orła Białego Wołodymyrowi Zełenskiemu jest nietrafiony, bo nie rozwiązuje żadnego problemu, a na forum międzynarodowym trudno go sprzedać, premier zrozumiał, że musi poprzeć prezydenta, bo Polacy domagają się odpowiedzi. Mogę żałować, że po tym, jak Wołodymyr Zełenski uhonorował UPA, Donald Tusk i Karol Nawrocki nie porozmawiali ze sobą, by wypracować wspólne stanowisko. 

O ile Donald Tusk zmienił kurs, liberalne elity pozostały w tym samym miejscu. Apel Zbigniewa Bujaka, Władysława Frasyniuka, Pawła Kasprzaka, Cezarego Łazarewicza, Piotra Niemczyka, Andrzeja Seweryna i Krzysztofa Skiby jest z epoki, której już nie ma. Kuriozalny w treści, ale irrelewantny. A była to epoka – opartej zresztą o esej Jana Józefa Lipskiego z 1981 r. „Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy” – polityki historycznej Adama Michnika, w której Polaków ich własną historią głównie zawstydzano, co swoją drogą nie ma nic wspólnego z debatą o jej trudnych fragmentach, która sama w sobie jest zasadna. 

„Strona liberalna ma kłopot ze zrozumieniem ważnej zmiany, która zaszła w Polsce. Nie zorientowała się, że mechanizmy zawstydzania, które w latach 90. świetnie działały, już nie działają. Prawica mnóstwo energii zainwestowała, żeby przeprowadzić narodową terapię i skończyć z pedagogiką wstydu. Prawica podeszła do tego serio. Zainwestowała mnóstwo środków w politykę historyczną” – w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim dla portalu Zero.pl mówi dr hab. Przemysław Sadura, prof. UW. „Elity straciły potężne narzędzie – zdolność zawstydzania »niepostępowych« mas. Nie ma już nikogo, kto by się poczuł zawstydzony, gdy moi koledzy liberalno-lewicowi zaczynają pouczać, że ktoś nie umie się wypowiedzieć albo że śmiesznie mówi po angielsku” – kontynuuje socjolog. „Sądzę, że tzw. elity mogą sobie pozwolić na wstyd bardziej abstrakcyjny, na przykład związany z tym, jak Polska jest postrzegana na arenie międzynarodowej, bo mają mniej obaw bardziej przyziemnych. Niestety, czasami może to prowadzić do arogancji (...)” – wyjaśnia w „Tygodniku Powszechnym” (12 listopada 2025 r.) prof. Karolina Krawczyk, badaczka emocji społecznych w języku.

Mogłabym w tym miejscu przywołać opinie, które odkąd w relacjach polsko-ukraińskich nastąpił kolejny już kryzys, pojawiają się w mediach i na platformach społecznościowych – to np. zrównywanie akcji „Wisła” z Wołyniem, albo porównywanie żołnierzy wyklętych do partyzantów UPA, ale one właściwie są nieważne. Stanowią ciekawostkę dla zainteresowanych dyskursem. Podczas gdy mają o tyle znaczenie, jeśli formułuje je np. przedstawiciel rządu lub dominują w mediach publicznych. Choć nie przestaje mnie nurtować pytanie, w jaki sposób „postępowi intelektualiści” łączą niuansowanie decyzji Wołodymyra Zełenskiego ze straszeniem polskim nacjonalizmem (a nawet faszyzmem)? 

Co ma Ukraina, a czego nie ma Polska? Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej

Jurij Poroszenko w „Gazecie Wyborczej” stwierdził, że „Polacy mogliby tę nazwę zaakceptować”, ale nie zrobią tego, bo ich głowy meblują politycy, którzy chcą oprzeć kampanię parlamentarną o antyukraińskie emocje. Kto utrzymuje Ukraińców w takiej iluzji? Myślę, że podobnie jak z Niemcami – wiele zależy od tego, skąd czerpią wiedzę o Polsce. Bo o tym, że Polacy rzekomo „spsieli” są przekonani „postępowi intelektualiści”. Tymczasem przywołane na samym początku badania Centrum Mieroszewskiego pokazały, że zapytani o zdanie Polacy za priorytet w relacjach polsko-ukraińskich uznają doprowadzenie do pochówku wszystkich ofiar Rzezi Wołyńskiej. Matematyka jest królową nauk: w tej grupie muszą być wyborcy różnych opcji.  Przy czym jedno to, czy Ukraińcy (albo Niemcy) chcą zrozumieć Polaków. A drugie – co robimy, aby tak się stało. 

Obserwuję kryzys w relacjach polsko-ukraińskich i jest mi bardzo przykro, gdyż wielokrotnie wyrażałam nadzieję na ferment intelektualny. Pokładałam ją w wydarzeniach takich jak organizowany przez Centrum Mieroszewskiego kongres historyków polskich i ukraińskich. Wciąż uważam, że z takich inicjatyw nie należy rezygnować. Polska musi budować w Ukrainie sprawne instytucje (to się dzieje: Centrum Lemkina oraz filia Centrum Mieroszewskiego). Ideałem byłoby, aby ukraińskie społeczeństwo zrozumiało, że zmierzenie się z historią UPA jest mu po prostu potrzebne. Ale nie mam żadnych złudzeń: pozostaje nieosiągalny. Czy Polska jest gotowa na ukraiński nacjonalizm? Ukraińcy nie zrezygnują z pochowania Stepana Bandery, a Polsce zabraknie orderów do odebrania. Co dalej? 

Polska musi przekonać do swoich racji i wrażliwości międzynarodową opinię publiczną. Po to są właśnie dyplomacja i polityka historyczna oraz soft power. Cel: wygrać serce i umysł międzynarodowej opinii. Przy czym nie ma w Polsce miejsca na postawy antyukraińskie. Korzystając z okazji, protestuję przeciwko nim. 

Co ma Ukraina, a czego nie ma Polska? Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. Pozwalamy sobie na to, aby dysponująca wynoszącym pół miliarda budżetu instytucja pozostawała niesprawna. Prawica jest rozwibrowana: żyje kolejnymi wypowiedziami Michała Bilewicza (bo w ten sposób mobilizuje swój elektorat). Liberałowie nie mają ani chęci, ani pomysłu. Wszystko się sprowadza do deportacji ukraińskiego kłusownika. I suma summarum pozostajemy w bardzo trudnym położeniu, a być może będzie wyłącznie trudniej.