Rozmawialiśmy w marcu 2021 r., kilka dni przed tym, jak do Twojego mieszkania w Grodnie wkroczyły służby Aleksandra Łukaszenki. Wówczas z powodu represji wielu decydowało się na ucieczkę z Białorusi. Dlaczego postanowiłeś zostać?

Chodzi o odpowiedzialność przed Związkiem Polaków na Białorusi (ZPB), odpowiedzialność przed ludźmi. Przez ponad dwadzieścia lat prowadziłem tę organizację, piastując różne stanowiska w ścisłym kierownictwie, a to oznacza, że ponoszę odpowiedzialność za działalność całej naszej wspólnoty. Zarówno ja, jak i Andżelika Borys (szefowa ZPB – red.) mogliśmy łatwo wyjechać. Ale co z pozostałymi Polakami, którzy pozostają na Białorusi? Nie możemy ich porzucić. Byłem w więzieniu, bo przez wiele lat działaliśmy na rzecz przetrwania polskości na Białorusi. I uważam, że jesteśmy częścią historii sukcesu. W 2005 r. naszą organizację całkowicie rozjechano (wówczas reżim m.in. odebrał kilkanaście Domów Polskich – red.), ale mimo to rozbudowaliśmy się do skali, której nigdy wcześniej nie było. W 2020 r. mieliśmy ponad 100 punktów nauczania języka polskiego. I to wszystko dzięki naszym staraniom. Z tym przekazem chcę dotrzeć do Polaków. Bo gdy wychodzę na ulicę, zatrzymują mnie ludzie i mówią: niech pan tylko nie jedzie na Białoruś. Rozumiem to, bo tak wielu ludzi martwiło się o mnie i czuję się niezręcznie w tej sytuacji. Ale proszę zrozumieć, że moja historia jest częścią znacznie większych procesów, które mają miejsce na Białorusi.

Czytaj więcej

Polacy przed sądem białoruskiego dyktatora. Znamy zarzuty

W maju 2021 r. Aleksander Łukaszenko na prośbę ówczesnego prezydenta Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa uwolnił trzy działaczki mniejszości polskiej, które od tamtej pory przebywają już w Polsce. Wówczas dowiedzieliśmy się, że wraz z Andżeliką Borys odmówiliście wyjazdu i pozostaliście w więzieniu. Dlaczego?

Dlatego że w tym samym czasie rodziców z dziećmi wzywano na przesłuchania. Były to dzieci klas maturalnych szkół polskich, dla których organizowaliśmy objazdy miejsc pamięci. Władze uczepiły się tego, że chodziło o miejsca upamiętniające żołnierzy Armii Krajowej. Gdybym wyjechał, jak mógłbym spojrzeć ludziom w oczy? To nie są żarty, te dzieci z rodzicami mogłyby podpaść pod walec represji. Moim obowiązkiem jest stać obok Polaków na Białorusi. Związek Polaków dzisiaj to tysiące ludzi. Kilka tysięcy dzieci nadal uczy się polskiego. Wszyscy mówią o mojej odsiadce, ale chodzi o coś więcej – przetrwanie polskości na Białorusi.

Jest na to jeszcze szansa po tylu latach prześladowań i represji?

Dzisiaj działalność ZPB jest ograniczona czerwonymi liniami ze wszystkich stron i organizacja nie jest w stanie prowadzić działalności na taką skalę jak dotychczas, ale mimo to nadal działa. I są ludzie, którzy czekają na mój powrót. My z Andżeliką Borys byliśmy w więzieniu, ale przecież są ludzie z drugiego szeregu, którzy, mocno ryzykując, nie pozwolili organizacji upaść. I dzięki nim ani na sekundę nie zatrzymywaliśmy działalności. Związek jest tarczą dla setek tysięcy mieszkających na Białorusi Polaków, a my z Andżeliką Borys jesteśmy tarczą dla Związku.

Pracownik administracji pod byle pretekstem jest w stanie wtrącić więźnia do karceru. Czułem się rzeczą, którą mogli przestawiać z miejsca na miejsce.

Andrzej Poczobut, dziennikarz i jeden z liderów Związku Polaków na Białorusi

Czy masz żal do Dzmitra Bubieńczyka, reżimowego sędziego, który skazał Cię na 8 lat łagrów?

Traktuję takich ludzi jako część pewnego mechanizmu. Ten mechanizm nie wywołuje we mnie żadnych emocji. Powiedzmy szczerze, to nie była decyzja tego pojedynczego człowieka. Chcieli mnie zmienić, ale to się nie udało. Nadal sam decyduję o swoim losie.

Na początku rzucano Cię z więzienia do więzienia. Gdzie było najgorzej?

W Nowopołocku. Gdy byłem jeszcze w areszcie śledczym, jeden recydywista powiedział mi tak: tu mamy jeszcze niezłe warunki, bo prawdziwe piekło zacznie się w kolonii karnej. I właśnie tak się stało, gdy trafiłem do łagru. Tam człowiek nie ma żadnych praw – zero. Pracownik administracji pod byle pretekstem jest w stanie wtrącić więźnia do karceru. Czułem się rzeczą, którą mogli przestawiać z miejsca na miejsce. Najgorsze było poczucie całkowitego ubezwłasnowolnienia. Przez dwa lata musiałem żyć przy otwartym oknie, które czasem można było zasłonić ręcznikiem, a czasem nie.

Czytaj więcej

Andrzej Poczobut. Ofiara dla większej sprawy

Ile czasu spędziłeś w samotności?

To było różnie. Nieraz miałem czterech współwięźniów, a nieraz byłem całkowicie sam. Ostatnie pół roku faktycznie spędziłem w całkowitej samotności. Władze próbowały uprzykrzyć mi życie. Wrzucali mnie do różnych celi. Przyszło mi siedzieć nawet z jednym kryminalistą, który w latach 90. stał na czele głośnej grupy przestępczej. Żądano nawet kary śmierci dla niego, ale ostatecznie skazano go na 28 lat. Siedziałem też ze zwykłymi pijakami, którzy za kraty trafili przez kradzież czy jakąś bójkę. Radziłem sobie ze wszystkimi.

W jaki sposób sobie radziłeś? Przecież jesteś z obcego dla nich świata.

Są pewne zasady relacji międzyludzkich. W więzieniu nie można się bać. Często ludzie nie są przygotowani na to, co ich tam spotka. Pamiętam, jak w Żodzino wszedłem do celi, w której było dwanaście osób: niewiele widać przez dym papierosów, wszyscy łysi i w tatuażach. Przedstawiłem się, a jeden z nich powiedział ochrypłym głosem: nareszcie, jak ja na ciebie czekałem. Dla zwykłego człowieka byłoby to niezwykłym przeżyciem. Ale ja nie byłem w więzieniu po raz pierwszy. Powiedziałem: spoko, rozpakuję się i będziemy gadać. Oni muszą poczuć, że wchodząc tam, jesteś na luzie i się nie boisz. A wiele wiedziałem. Bo na początku celowo przerzucano mnie z celi do celi. Co półtorej doby z rzeczami musiałem przechodzić do innej. I to samo w kółko.

Czytaj więcej

Andrzej Poczobut dla „Rzeczpospolitej”: Czułem, że nie jestem sam

Pewnego dnia wrzucono mnie do celi, w której siedział ważny kryminalista współpracujący z administracją więzienia i którego wykorzystywano do wywierania presji na innych skazanych, przeważnie pochodzących z inteligencji. W celi tej był już były białoruski senator Wasilij Markiewicz (oskarżony o korupcję w 2022 r. – red.). Ten kryminalista ryknął coś na mnie, ale odpowiedziałem mu w ten sam sposób. Zobaczył, że się nie boję, i na tym się skończyło. W międzyczasie doszło w więzieniu do sytuacji, w której część nękanych więźniów nie wytrzymała i pobiła tych, którzy współpracowali z administracją. Przyjechała kontrola z Mińska i w konsekwencji więźniów tych porozrzucano po innych zakładach karnych. W ten sposób uwolnili się z Nowopołocka – najgorszego więzienia na Białorusi.

Czy byłeś bity w więzieniu? Doświadczyłeś przemocy fizycznej?

Nigdy do tego nie doszło. W Nowopołocku byłem na celowniku administracji kolonii karnej. W ścisłej czołówce, a raczej byłem tym więźniem „numer jeden”. Wielokrotnie słyszałem od nich, że jestem największym wrogiem.

Wrogiem kogo?

Łukaszenki. Oni to tak zakwalifikowali. Pamiętam, jak na początku w Nowopołocku ustawiono wszystkich „politycznych” w jednym szeregu. Przyjechał major Smirnow, ważna postać z departamentu więziennictwa MSW. Do każdego po kolei podchodził i pytał, za co ten człowiek siedzi. Każdy stojący przede mną przyznał się do winy. Ja zaś przedstawiłem się krótko: żurnalist. Odparł, że na Białorusi dziennikarzy nie wsadzają za kraty. Na to odpowiedziałem: może innych nie wsadzają, ale mnie wsadzono. Po tej rozmowie trafiłem do karceru.

W więzieniu nie można się bać. Często ludzie nie są przygotowani na to, co ich tam spotka. Pamiętam, jak w Żodzino wszedłem do celi, w której było dwanaście osób: niewiele widać przez dym papierosów, wszyscy łysi i w tatuażach.

Andrzej Poczobut, dziennikarz i jeden z liderów Związku Polaków na Białorusi

Czym jest karcer w białoruskim więzieniu?

Spałem na deskach i nie miałem ze sobą żadnych rzeczy poza szczoteczką do zębów, mydłem i papierem toaletowym. Takie prowizoryczne łóżko z desek w dzień jest przypięte do ściany, a na noc odpinane. Noc w karcerze jest gorsza niż dzień. Przez ciągle otwarte okno było tam bardzo zimno. By się rozgrzać, musiałem robić pompki w nocy. Później kładłem się na te deski i jeżeli miałem szczęście, to udawało mi się zasnąć na jakieś 30-40 minut. Znów budziłem się z zimna i znów musiałem robić pompki. Przez to wciąż mam problemy ze snem.

Czy odkąd w maju 2021 r. odmówiłeś opuszczenia więzienia i wyjazdu do Polski, miałeś w kolejnych latach takie propozycje?

Tak i nie chodziło o to, że chciałem pozostać w więzieniu. Nie chciałem opuścić Białorusi. A te propozycje, które dostawałem, były dla mnie zawsze biletem w jedną stronę. Dlatego nie skorzystałem z tych możliwości. Nie chodzi przecież tylko o mój los, lecz o przyszłość mniejszości polskiej na Białorusi. Gdybym myślał tylko o sobie, zostałbym w Polsce i zapomniałbym o wszystkim, ale chodzi o los Polaków na Białorusi. Poświęciłem tej sprawie wiele lat mojego życia, zdobyłem zaufanie wielu ludzi.

W samochodzie był tylko jeden funkcjonariusz bez kominiarki. Powiedział do mnie: jedzie pan na wolność. Zapytałem: do Grodna? Na to odparł: tak, do Grodna, ale przez Polskę. Powiedziałem do nich, że w takim razie nigdzie nie pojadę.

Andrzej Poczobut, dziennikarz i jeden z liderów Związku Polaków na Białorusi

W 2024 r. Andżelika Borys odwiedziła więzienie w Nowopołocku i powiedziała „Rzeczpospolitej”, że przekonała Cię do wyjazdu z Białorusi. Tak było?

Tak było. Powiedziała, że nie może mi wszystkiego powiedzieć, ale że trzeba to zrobić dla ZPB. Nie wiedziałem, jaka jest sytuacja poza murami celi. Czy chciałem wyjeżdżać? Nie. Ale w interesie Związku Polaków byłem gotów to zrobić. Powiedziałem wówczas Andżelice, by przekazała władzom Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, by dobrze się zastanowili i się nie śpieszyli. Bo wiedziałem, że ta decyzja może być bezpowrotna. Na szczęście strona polska usłyszała moje prośby.

Czytaj więcej

Andrzej Poczobut w Polsce. Do jego uwolnienia mogły przyczynić się Chiny

Kiedy dowiedziałeś się o tym, że wychodzisz na wolność?

W dniu uwolnienia. Zbudzono mnie po północy i powiedziano, że jadę do więzienia w Mińsku. Spakowałem rzeczy i trafiłem do samochodu, w którym siedzieli funkcjonariusze KGB w kominiarkach. Gdy wyprowadzano mnie z budynku więzienia, przedstawiciel kolonii karnej zapytał ich, na jakiej podstawie, i poprosił o dokument. Odparli, że żadnych dokumentów nie będzie i że ma napisać to, „co chce”. W samochodzie był tylko jeden funkcjonariusz bez kominiarki. Powiedział do mnie: jedzie pan na wolność. Zapytałem: do Grodna? Na to odparł: tak, do Grodna, ale przez Polskę. Powiedziałem do nich, że w takim razie nigdzie nie pojadę.

W 2021 r. po moim aresztowaniu powiedziano mi wprost: wsio, was już nie ma. I mam satysfakcję z tego, że wciąż jesteśmy.

Andrzej Poczobut, dziennikarz i jeden z liderów Związku Polaków na Białorusi

Ale na szczęście jesteś dzisiaj w Polsce.

Przez całą drogę z więzienia do granicy mnie przekonywali, ale przecież nigdy nie uwierzyłbym KGB. W końcu ściągnęli Andżelikę w towarzystwie człowieka, który powiedział, że jest z administracji prezydenta. Powiedział mi, że zgodnie z decyzją Aleksandra Łukaszenki mogę wrócić bez żadnych przeszkód. Powiedziałem mu, że nie dowierzam, i wtedy powiedział, że nie śmiałby powoływać się na takie nazwisko bez powodu. Powiedział mi też, że to wynik pertraktacji z Amerykanami i pokazał zdjęcie Łukaszenki z przedstawicielem Waszyngtonu Christopherem W. Smithem. Powiedział, że to jest gwarancją mojego prawa do powrotu na Białoruś. Nie byłem pewny też, czy rzeczywiście jestem na granicy. Zażądałem więc, by po drugiej stronie podczas wymiany spotkał mnie człowiek, którego znam osobiście. Zobaczyłem więc Bartka (Wielińskiego – red.) i zrozumiałem, że jestem w Polsce i że to prawdziwa wymiana.

Co czułeś, przekraczając granicę Polski?

Dla mnie ta historia się nie skończy, dopóki nie wjadę na Białoruś. Wtedy będę mógł powiedzieć, że to się udało. Na razie czuję wewnętrzne napięcie i martwię się o to, czy będę mógł powrócić. Nie jestem w stanie przewidzieć, jak to się potoczy. Jeszcze będąc po stronie białoruskiej, zażyczyłem, by możliwość mojego powrotu była częścią pertraktacji, i chciałem to usłyszeć od strony polskiej. Na to powiedziano mi, że usłyszę to po polskiej stronie granicy. W przeciwnym wypadku nie byłoby mnie tutaj. Nie chciałem siedzieć w więzieniu, ale nie chciałem też, by mnie po prostu wypchnięto. Miałem duże wątpliwości co do tego, czy powinienem robić ten krok. Łatwiej mi było odmówić. Przekazywałem też żonie i rodzicom, że jeżeli w mojej sytuacji powiem „nie”, to na pewno się nie pomylę. Ale mówiąc „tak”, mogę się pomylić.

Po pięciu latach męki w kazamatach dyktatora miałeś odwagę i siły stawiać warunki, będąc o krok od wolności?

A lepiej by było, by po tylu latach cierpienia sprowadzono mnie na manowce? To dopiero by mnie zabolało. Bardzo mocno się z tym męczyłem, bo nie ufam KGB niezależnie od tego, co mówią. Gdyby w słoneczny dzień mówili, że świeci słońce, i tak miałbym wątpliwości. Takie mam podejście do tamtejszej rzeczywistości.

Czytaj więcej

Rusłan Szoszyn: Andrzej Poczobut na wolności. Jak dobro zwyciężyło zło

Co podnosiło Cię na duchu za murami więzienia i nie pozwoliło upaść?

Znałem ludzi, którzy siedzieli w łagrach stalinowskich. Ktoś musi zrobić krok do przodu i wyjść z szeregu. Tak się złożyło, że przez te lata działalności Związku Polaków na Białorusi ja obrywałem najbardziej. Zawsze biją w najmocniejszych, by osłabić całą resztę. Nie mam wątpliwości co do tego, że chodziło o zniszczenie naszej organizacji. Po aresztowaniu Andżeliki Borys stanąłem w 2021 r. przed wystraszonymi działaczami ZPB w Grodnie i powiedziałem: Związek był, jest i będzie. I zadeklarowałem, że pójdę do więzienia, ale się nie poddam. Zapewniłem też naszych działaczy, że nikt nie pozostanie sam, jeżeli w kogoś władze uderzą. W 2021 r. po moim aresztowaniu powiedziano mi wprost: wsio, was już nie ma. I mam satysfakcję z tego, że wciąż jesteśmy.

Polska jest pięknym krajem. Niestety ludzie często o tym zapominają i skupiają się na rzeczach, które im się nie podobają. Patrząc na Polskę z zewnątrz, widzę piękny kraj i piękny naród, ciepłe i dobre miejsce na ziemi.

Andrzej Poczobut, dziennikarz i jeden z liderów Związku Polaków na Białorusi

Dlatego mówię, że historia ZPB jest historią sukcesu. Powstają nowe oddziały, a dzieci wciąż uczą się języka polskiego. Prawda jest też taka, że Związek Polaków na Białorusi przez te ostatnie dekady był jedyną demokratyczną organizacją na Białorusi. Mamy w organizacji demokratyczne i niejawne wybory. Wiele organizacji, które nie miały wewnętrznej demokracji, padło pod naciskiem władz. A my przetrwaliśmy. To, w jakim stanie jest nasza organizacja, będę mógł ocenić po powrocie na Białoruś. Ale z moich rozmów z działaczami, którzy są tu, w Polsce, ale też tam, na Białorusi, wynika, że przetrwaliśmy i sami decydujemy o swoim losie.

Jak widzisz swój powrót na Białoruś? Myślisz, że to kwestia dni, tygodni czy miesięcy?

Rozmawiamy w szpitalu. Decyzje tutaj podejmują lekarze. Dzisiaj miałem badania, tragicznie nie jest, ale czekają mnie pewne zabiegi. Lekarz powiedział mi, że muszę doprowadzić moje zdrowie do należytego stanu i poważnie do tego podchodzę. Mam swój wiek i swoje choroby, słucham przede wszystkim lekarzy. W momencie, gdy nie będę musiał przebywać w szpitalu czy jakichś zakładach leczniczych, będę gotów powrócić na Białoruś. Myślałem, że to się uda znacznie szybciej. Polska jest pięknym krajem. Niestety ludzie często o tym zapominają i skupiają się na rzeczach, które im się nie podobają. Patrząc na Polskę z zewnątrz, widzę piękny kraj i piękny naród, ciepłe i dobre miejsce na ziemi.

Ale Twoje serce wciąż pozostaje nad Niemnem?

Oczywiście, że tak. Jestem bardzo przywiązany do Grodna. Jestem Polakiem znad Niemna. Tam są moi rodzice i tam są pochowani moi przodkowie. Rozmawiałem też z naszymi działaczami, którzy czekają na mnie. Czuję wielką odpowiedzialność. Nie ma dzisiaj większej niezależnej organizacji społecznej na Białorusi. Kręgosłup przetrwał, reszta się zregeneruje.

Czytaj więcej

Andżelika Borys dla „Rzeczpospolitej”: Andrzej Poczobut ułaskawiony. Będzie mógł wrócić

Ciągle mówisz o Polakach na Białorusi i ZPB, dla którego poświęciłeś lata życia. A tymczasem Polski tam nie ma już od niemal 87 lat.

Ale Polacy tam są. I mniejszość polska nigdy nie dawała powodu, by powątpiewać w jej lojalność wobec państwa białoruskiego. Mniejszość polska jest lojalna, ale z powodów politycznych jest ciągle atakowana. Cóż, na takiej szerokości geograficznej żyjemy, że Polakom tam nigdy łatwo nie było. Przyzwyczailiśmy się do tego. Należy pamiętać, że Polacy przeżyli w przeszłości Stalina.

A teraz już piąty rok z rzędu trwa wojna Putina.

Wojna jeszcze bardziej zaostrzyła represje. Mam nadzieję, że ta wojna się skończy. Zależy mi na tym, by Związek Polaków odnalazł się w tej nowej rzeczywistości i by w Polsce nie zapomniano o Polakach na Białorusi. To setki tysięcy osób, które radzą sobie w trudnych warunkach.

Totalitarnych.

Uważam, że do totalitaryzmu brakuje pięciu minut, a w tych pięciu minutach mieści się m.in. Związek Polaków. I zależy mi na tym, żeby Związek przetrwał, by te pięć minut wydłużyć do dziesięciu czy piętnastu.

Minister Radosław Sikorski już po raz kolejny wyciągał mnie z więzienia. Mam nadzieję, że więcej takiej potrzeby nie będzie.

Andrzej Poczobut, dziennikarz i jeden z liderów Związku Polaków na Białorusi

W marcu Senat RP drastycznie uciął wsparcie finansowe dla prowadzonych przez ZPB mediów. Co o tym myślisz?

Poruszałem ten temat i zostałem zapewniony, że pochylą się nad tą sprawą jeszcze raz. Te projekty medialne są bardzo ważne, a warunki działalności Polaków na Białorusi są szczególne. W innych państwach mniejszość polska może pozyskiwać wsparcie finansowe na swoje media wewnątrz kraju. Na Białorusi to niemożliwe. Na Białorusi po 2020 r. wszczęto wiele spraw karnych pod zarzutem działalności „ekstremistycznej”. Jeżeli coś dzisiaj jest legalne, to już jutro może być uznane za „ekstremistyczne”. Nikt nie odważy się tego wspierać.

A nie miałeś z tyłu głowy takich myśli, że po tylu latach walki i poświęceń czas przyszedł właśnie na Ciebie, Twoją rodzinę i bliskich? Może najwyższy czas na to, by przekazać tę sztafetę komuś innemu i rozpocząć życie na nowo?

Nie jestem aż tak stary. Trudno będzie to zrozumieć młodym ludziom, którzy nie doświadczyli walki z sowieckim systemem. Osobiście wolałbym skupić się na pracy dziennikarskiej, zajmować się historią i zostawić działalność społeczną. Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł to zrobić. Ale w obecnych warunkach nie mogę porzucić ZPB na pastwę losu.

Czytaj więcej

Rusłan Szoszyn: Piąta rocznica aresztowania Andrzeja Poczobuta. Najcenniejszy więzień Łukaszenki

A co, jeżeli nie dotrzymają obietnicy i np. nie wpuszczą Cię z powrotem na Białoruś?

Mogą tak zrobić. Czytałem wspomnienia gen. Iwana Sierowa, który zajmował się m.in. tematem polskiego podziemia antykomunistycznego. Pisze m.in. o tym, jak ujęty ostatni dowódca Armii Krajowej gen. Leopold Okulicki chodził po celi w Moskwie i mówił sam do siebie: Boże, dlaczego im uwierzyłem?

A trafili w ręce komunistów, bo uwierzyli im i poszli na pertraktacje. To dlatego miałem wątpliwości podczas wymiany. Ale na granicy padły poważne deklaracje i myślę, że zostaną dotrzymane. Zresztą funkcjonariusze KGB mówili do mnie: „znamy cię; jak nie wpuścimy, to przecież nielegalnie przejdziesz przez zieloną granicę”. Zobaczymy, jak to będzie. Na razie odbywam też wiele rozmów z ludźmi w Polsce, od których zależy wsparcie dla Związku Polaków na Białorusi.

Co będziesz robił po powrocie na Białoruś? Masz już jakieś plany?

Muszę zobaczyć rodziców. Zapoznać się z sytuacją w naszej organizacji, odwiedzić oddziały i posłuchać ludzi.

Jesteś bohaterem dla nich.

Jestem ich kolegą i ta więź jest bardzo mocna. Jan Piwnik zginął, walcząc z Niemcami, a Kotwicz (Maciej Kalenkiewicz – red.) zginął, walcząc z Sowietami, ale się nie poddał. To są bohaterowie i o nich należy pamiętać. Związek Polaków na Białorusi dużo robi, by ta pamięć żyła.

Czytaj więcej

Andżelika Borys: Nie wyrzekniemy się polskości

Ostatnio z rąk prezydenta Karola Nawrockiego odebrałeś Order Orła Białego na Zamku Królewskim w Warszawie. Wygłosiłeś przemówienie, w którym powiedziałeś, że wszystkich nas łączy polskość. Przysłuchiwali Ci się politycy z różnych, a wręcz konkurencyjnych opcji. Wiem, że zaogniające się od lat podziały w polskim społeczeństwie zawsze były Ci obce. Jak nie dać się podzielić w dobie wojen i konfliktów?

Wszystko zależy od nas. Nie mam obywatelstwa polskiego, nie głosuję w wyborach i nie muszę wybierać. Związek Polaków na Białorusi od dekad miał poparcie każdego rządu w Warszawie. Ta sprawa wszystkich łączyła, bo jesteśmy ponad podziałami. Zaczynając od rządu SLD w 2005 r. Bardzo ciepło wspominamy ówczesnego ministra spraw zagranicznych Adama Rotfelda i jego twarde, konsekwentne działania. Później był rząd PiS-u i to samo mogę powiedzieć o Annie Fotydze. Wspominamy ją bardzo ciepło. Mieliśmy absolutne wsparcie i pani minister naprawdę była bardzo zaangażowana. Zarówno ministrowi Rotfeldowi, jak i minister Fotydze osobiście mogę tylko podziękować.

To samo dotyczy rządu Platformy Obywatelskiej. Minister Radosław Sikorski już po raz kolejny wyciągał mnie z więzienia. Mam nadzieję, że więcej takiej potrzeby nie będzie. Ale na Białorusi nikt nie jest pewien swojego jutra.