Reprezentujący barwy skrajnej prawicy, starający się o reelekcję Jair Bolsonaro od wielu tygodni powtarzał, że sondaże, które przewidywały jego druzgocącą klęskę, są nieprawdziwe.

W morzu kłamstw, które zwykł wypowiadać, to akurat okazało się prawdą: oddało na niego głos 43,2 proc. Brazylijczyków. Lula zdobył co prawda prawie 5 pkt proc. więcej (48,4 proc.), jednak żaden z czołowych brazylijskich ekspertów nie spodziewał się, że różnica między kandydatami będzie tak niewielka. I choć ten, którego zwykło się nazywać „latynoskim Wałęsą”, pozostaje faworytem, to kraj wchodzi w blisko miesięczny okres najbardziej brutalnej kampanii wyborczej od przywrócenia demokracji w 1988 r.

46,4 proc.

głosów uzyskał Bolsonaro w I turze 4 lata temu

W kampanii i tak żaden z kandydatów nie przedstawił wiarygodnego programu odbudowy kraju. Chodzi raczej o personalne ataki na przeciwnika.

Zwolennicy Bolsonaro wskazują na zarzuty korupcyjne, które ciążyły na Luli i z powodu których spędził dwa lata w więzieniu. Przeciwnicy dotychczasowego prezydenta wskazują na rosnącą biedę w kraju (30 mln osób nie ma wystarczających środków na zakup żywności), zagrożenie dla demokracji czy fatalny bilans walki z pandemią, której ofiarą padło 700 tys. osób.

– To będzie niezwykle zacięta kampania, przede wszystkim dlatego, że skrajna prawica ma znacznie większe poparcie, niż się spodziewano, szczególnie w Sao Paulo – mówi „Rzeczpospolitej” Anthony Boadle, dyrektor oddziału Reutersa w Brasilii.

Czytaj więcej

Lula przed Bolsonaro, ale wybory w Brazylii rozstrzygnie dogrywka

Jeszcze przed pierwszą turą wyborów zginęło trzech zwolenników Luli i jeden jego przeciwnik. Bolsonaro zachęcał tych, którzy go popierają, aby wyszli uzbrojeni na ulice, jeśli okaże się, że przegrał. Zapowiedział też, że to „armia powinna przeliczyć głosy”. I bez uzasadnienia podawał w wątpliwość skuteczność elektronicznego systemu liczenia głosów, który pozwala na publikację wyników już w kilka godzin po zamknięciu urn.