Radzi sobie pani z uwagą światowych mediów?

To bardzo napięte dni, zbyt dużo dziennikarzy chce zrobić ze mną wywiad. Ale mam siły i chciałabym opowiedzieć swoją historię całemu światu. Nie warto się bać. Trzeba otwarcie mówić i być wolnym człowiekiem.

Krytykując białoruskich urzędników sportowych w Tokio, zdawała pani sprawę z tego, że to aż tak odmieni pani życie?

Wtedy nie mogłam przypuszczać, że to wszystko skończy się tak źle. Już 10 minut po moim wpisie [na Instagramie – red.] zadzwonili do mnie z Mińska, powiedziano mi, że mam to usunąć albo będę miała kłopoty. Wtedy myślałam jeszcze, że jak wrócę, to mogą mnie ukarać grzywną, i że nic więcej mi się nie grozi. Niestety się myliłam.

Kto do pani dzwonił z Mińska?

Starsza trenerka sprintu. Myślę, że się przestraszyła.

A w którym momencie uznała pani ostatecznie, że nie wolno wrócić na Białoruś?

Gdy szłam już w towarzystwie innych ludzi do samochodu z rzeczami i wyjeżdżałam z wioski olimpijskiej, zadzwoniła do mnie babcia. Powiedziała, że nie mogę wrócić na Białoruś. Już kilka dni później wyjaśniła, że pewne osoby ją uprzedziły, że nie mogę pojawić się w kraju i że nic dobrego mnie nie czeka.

I do kogo się pani zwróciła w tej sytuacji?

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej

Zadzwoniłam do Aleksandra Opejkina, dyrektora wykonawczego Białoruskiej Fundacji Solidarności Sportowej (wspiera represjonowanych białoruskich sportowców – red.). Mają stronę w internecie, każdy może ich znaleźć.

Ale zamiast do Warszawy, poleciała pani najpierw do Wiednia. Czemu?

Dowiedziałam się o tym w ostatniej chwili. Polskie MSZ podjęło taką decyzję ze względu na moje bezpieczeństwo. Byłam w towarzystwie polskich konsulów. Wiele osób wiedziało o moim locie, tłumy dziennikarzy były na lotnisku w Tokio i około stu osób zebrało się w Warszawie.

W Tokio zastanawiała się pani nad wyjazdem z Japonii do Niemiec lub Austrii. Podawała to agencja Reuters. Tak było?

Myślałam o Austrii, ponieważ mam tam trenera. Pracujemy z nim od dwóch lat. To się działo w nocy, wysłaliśmy listy z prośbami o pomoc do kilku krajów, w tym również do Polski. Polska odezwała się najszybciej ze wszystkich i zaproponowała pomoc. Skontaktowałam się z rodzicami i dopytywałam, gdzie mam lecieć. Rodzice powiedzieli, że lepiej wybrać Polskę, bo jest blisko Białorusi i mogą tu do mnie przyjechać. Podobała mi się Polska, byliśmy tu wielokrotnie na zawodach. Przyjechaliśmy też tutaj w podróż poślubną z mężem. Każdy nam pomagał i wskazywał drogę, przekonaliśmy się wtedy, że mieszkają tu bardzo życzliwi ludzie. Wspaniałe państwo, a nasze narody są podobne. Język białoruski jest podobny do polskiego. Możliwe, że ciągnęło mnie akurat do Polski, stąd mój wybór.

Które kraje były jeszcze na liście możliwych punktów docelowych oprócz Niemiec, Polski i Austrii?

Czesi również proponowali wsparcie.

Ale nie tak szybko jak Polska?

Nie. Nie tak szybko. Polska zareagowała najszybciej.

Zastanawia się pani nad udziałem w następnych igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 2024 roku? I czy wchodzi w grę występ w barwach innego państwa?

Oczywiście, że planuję kontynuować sportową karierę, i mam nadzieję, że będę mogła to robić tu, w Polsce. Ministerstwo Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu oferuje pomoc i ma złożyć mi w przyszłym tygodniu konkretne propozycje. Decyzję podejmę samodzielnie, ale jeżeli będą w stanie mi pomóc, będę bardzo wdzięczna. Jestem bardzo wdzięczna polskiemu MSZ, które pomogło mi tu dotrzeć z Tokio i zadbało o moje bezpieczeństwo. Jestem wdzięczna władzom w Polsce, które zbudziły się w środku nocy i bardzo szybko podejmowały decyzje. Bardzo szybko wydały wizę humanitarną i pozwoliły zostać na dwa dni na terenie ambasady. Polscy konsulowie towarzyszyli mi w podróży. Już nawet nie wiem, jak mogę się za to odwdzięczyć.

Pobiegłaby pani pod polską flagą?

Nie wykluczam tego. Jeżeli to tylko będzie możliwe.

Kiedy pani zamierza podjąć decyzję?

W przyszłym tygodniu spotykam się z przedstawicielami Ministerstwa Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu. Problem polega na tym, że zmiana obywatelstwa wymaga odbycia w mojej dyscyplinie sportu tak zwanej kwarantanny. Trzyletniej. Będziemy się dowiadywali, co możemy zrobić w tej sytuacji. Jeżeli powiem, że chcę reprezentować Polskę, to nie znaczy, że jutro będę biegła pod polską flagą. To bardzo skomplikowany i długi proces.

Urzędujący od 1994 roku na Białorusi Aleksander Łukaszenko mówił ostatnio, że sportowcy mają za dobrze, że państwo im daje mieszkania i wysokie zarobki. Tak jest?

Nie mogę mówić o wszystkich sportowcach. Osobiście byłam w sportowej ekipie MSW (sportowcy na Białorusi często zatrudniani są przy resortach siłowych – red.). Później trafiłam do reprezentacji. Przywiozłam srebrny medal z igrzysk europejskich w 2019 roku i dostałam jeszcze stypendium. Ale najwięcej zarabiało się na kontraktach z firmami komercyjnymi, miałam umowę z Nike.

Jak mocno różnią się pensje sportowców od pensji przeciętnych Białorusinów?

Miesięcznie zarabiałam równowartość 300 dolarów, stypendium było nieco ponad dwa razy wyższe, ale jest przyznawane tylko na pół roku lub rok. Reszta to zysk z kontraktów komercyjnych. Pensji starczało na trzy tygodnie, więc musiałam dorabiać jako trener przez internet. Mieliśmy z mężem własny projekt związany z fitnessem, bo potrzebowaliśmy więcej środków, by uczestniczyć w zawodach i kupować np. odpowiednie jedzenie.

W dzieciństwie marzyła pani o sporcie?

Weszłam w sport bardzo późno, miałam prawie piętnaście lat. Przedtem miałam problemy zdrowotne, na jedno ucho prawie nie słyszałam. Leżałam w szpitalach, przeszłam wiele operacji. Bardzo dobrze uczyłam się w szkole, uczestniczyłam w szkolnych olimpiadach z języka rosyjskiego i matematyki. Rodzice myśleli, że zostanę lekarzem, ale chciałam zostać dziennikarzem. Jednak po ostatniej operacji odzyskałam słuch i wróciłam na zajęcia z WF. Gdy przybiegłam najlepiej, nauczyciel zaproponował udział w zawodach. Dostałam propozycję uczenia się w szkole rezerw olimpijskich. I tak się zaczęło.

Jak zmieniła się Białoruś przez rok po ostatnich wyborach prezydenckich?

Państwo się zmieniło, a zwłaszcza relacje międzyludzkie. Ludzie są bardziej otwarci, pomagają sobie nawzajem. Jesteśmy bardzo pokojowym narodem, który jest gotów pomagać innym. Również starałam się pomagać, zbieraliśmy środki, by pomóc znajomym opłacić mandaty.

Rok temu wypchnięto z Białorusi Swiatłanę Cichanouską, rywalkę Łukaszenki. Kim jest dla sportowców na Białorusi, kim jest dla pani? Macie bardzo podobne nazwiska.

Nazwiska są prawie jednakowe. Ale zawsze byłam daleka od polityki i nie zastanawiałam się nigdy, jakie to ma dla mnie znaczenie. Zajmowałam się sportem, wykonywałam swoją pracę i starałam się nie angażować w to, czego nie rozumiem.

Będąc już w Warszawie, nie żałuje pani tego, co się stało w Tokio, tej krytyki urzędników sportowych?

Nie żałuję. Miałam jednak takie myśli, że mogłabym to zrobić nieco mniej emocjonalnie. Gdyby nie poniosły mnie emocje, możliwe, że nie doprowadziłoby to do takich skutków. Ale teraz to już trudno gdybać.

Sporo sportowców doświadczyło na Białorusi represji. Wielu musiało opuścić kraj. Jak na to patrzyła reszta sportowców?

Wszyscy byli zszokowani. Zawsze mówi się, że sport jest poza polityką, ale jakoś sport trafia w centrum skandali politycznych.

Te represje miały być przestrogą dla innych sportowców?

Myślę, że to jedna z przyczyn, dlaczego wielu nadal boi się mówić otwarcie. Sportowcy, którzy podpisali wtedy list otwarty w sprawie wyborów i przeciwko przemocy, trafiali na przesłuchania.

Pani nie podpisała?

Nie. Opowiedziałam się przeciwko przemocy, ale nie podpisywałam listu.

Przed wylotem do Tokio Łukaszenko spotykał się w swoim pałacu ze sportowcami. Była tam pani?

Nie. Zostałam zaproszona, ale po prostu nie poszłam.

Wygrała pani z urzędnikami, którzy odmienili pani życie?

To nie jest gra. Wygnali mnie z wioski olimpijskiej, pozbawili mnie prawa udziału w igrzyskach olimpijskich. Zostali jednak za to ukarani [przez MKOl – red.] i wysłani na Białoruś.

Odebrali pani ojczyznę.

Niestety tak.