Klub Ruchu Palikota do wtorkowego wieczora jako jedyny nie podjął decyzji, czy poprzeć wniosek NSZZ "S" o referendum emerytalne. Gdyby zdecydował się zagłosować za inicjatywą związkowców, to wówczas koalicja PO – PSL przeszłaby pierwszy poważny test, czy chwiejna większość, którą dysponuje (trzy głosy ponad wymaganą bezwzględną większość), jest jeszcze w stanie przeprowadzać w Sejmie ważne dla rządu sprawy.
Ruch Palikota postanowił wykorzystać sytuację. W kuluarowych rozmowach politycy tej partii sugerują, że poparcie dla referendum jest możliwe, choć jednocześnie sam Janusz Palikot zapowiada głosowanie za podwyższeniem wieku emerytalnego. Domaga się jednak rozmowy z Donaldem Tuskiem, i to przed piątkowym głosowaniem w sprawie referendum.
– Oczekuję, iż dojdzie do spotkania premiera ze mną, z klubem i uzgodnienia ewentualnego poparcia lub nie dla wydłużenia wieku emerytalnego – mówił dziennikarzom w Sejmie.
Najwyraźniej więc chce potrzymać premiera w niepewności w sprawie głosowania nad referendum.
– Mamy problem z referendum – tłumaczył w rozmowie z "Rz" Andrzej Rozenek. – Z jednej strony pytanie, które postawili związkowcy, jest głupie, a z drugiej trudno zlekceważyć półtora miliona podpisów od obywateli.
Zapewne skończy się jednak na tym, że Ruch Palikota wstrzyma się od głosu w tej sprawie, co będzie równoznaczne z głosowaniem przeciw. Wtedy wniosek o referendum wspierany przez PiS, SLD i Solidarną Polskę upadnie.
Mimo to partie rządzące, PO i PSL, które spierają się o kształt reformy emerytalnej, chciałyby dogadać się w tej sprawie przed piątkiem. Według nieoficjalnych informacji do kompromisu może dojść nawet dziś. Co prawda Krzysztof Kosiński, rzecznik PSL, przyznaje "Rz", że nie ma w kalendarzu zapisanych spotkań wicepremiera Waldemara Pawlaka z premierem Tuskiem, ale dodaje, że w każdej chwili może się to zmienić. – Nam się nie spieszy, najważniejsze jest dla nas, aby projekt zyskał akceptację społeczną – zastrzegł Kosiński.
Bo szybkie osiągnięcie kompromisu w sprawie reformy emerytalnej leży przede wszystkim w interesie PO, która po raz pierwszy od pięciu lat znalazła się pod masowym ostrzałem wszystkich innych partii politycznych ze współkoalicjantem włącznie, związkowców i opinii publicznej.
Pozostałe partie na przeciąganiu sytuacji politycznego konfliktu zdobywają punkty u wyborców. Pojawiają się u boku protestujących związkowców – jak Jarosław Kaczyński z PiS czy Leszek Miller z SLD – lub walczą o złagodzenie zaprojektowanej przez Tuska reformy – jak PSL.
Rafał Chwedoruk, politolog z UW, podkreśla, że wszystkie poważne media popierają podwyższenie wieku emerytalnego. – Za to mamy do czynienia z innym zjawiskiem – opozycja po raz pierwszy od lat ma po swojej stronie większość wyborców – mówi.
Zdaniem Chwedoruka taka sytuacja miała miejsce w 2005 roku, gdy Donald Tusk, walcząc o prezydenturę, miał po swojej stronie media, ale nie wyborców, bo tych zdobył Lech Kaczyński dzięki poparciu Samoobrony i milczeniu SLD.
Politolog dodaje, że liderzy PO wykazali się ogromną dalekowzrocznością, bo nie reagowali, gdy pod bokiem wyrastał im Ruch Palikota.
– Gdyby nie to ugrupowanie, już byłaby mowa o powołaniu rządu fachowców z poparciem opozycji, a tak PO może bezpiecznie rządzić, mając w odwodzie poparcie Ruchu Palikota – konkluduje Chwedoruk.
Nieustający wiec przed Kancelarią Premiera
Miasteczko emerytalne NSZZ "Solidarność" żyje 24 godziny na dobę. W dzień przed Kancelarią Premiera pikietuje kilkuset związkowców, w nocy niemal setka. – Próbowaliśmy spać, ale było tak potwornie zimno, że się nie dało – opowiada Władysław, stoczniowiec z Gdańska. By się rozgrzać, chodzili więc wzdłuż namiotów. Na chodniku ustawili też prowizoryczne grille, na których piekli kiełbaski, ale też się przy nich grzali. Rano dołączyły do nich kobiety i dzieci z transparentami: "Do wiadomości PO. Siedzicie na tyłkach, w krzesła pierdzicie. Nie wiecie, czym jest prawdziwe życie" czy "Musimy dłużej pracować, żeby Tusk mógł balować". Protestujący chętnie korzystają z gadżetów. Wczoraj przynieśli kukły Donalda Tuska i Jacka Rostowskiego oraz trumnę.
Starają się też robić jak najwięcej hałasu. Gwiżdżą, trąbią, włączają syreny. Co kilkanaście minut przemawia jeden z liderów. – To jest nieustający wiec – mówią protestujący.
Jak mieszkańcy stolicy reagują na protest? W jednym z przejeżdżających Alejami Ujazdowskimi samochodzie otwiera się okno i młody mężczyzna krzyczy w kierunku miasteczka: "Lenie, weźcie się do roboty!". Jednak większość reakcji jest pozytywna. Przechodnie podchodzą i rozmawiają. – Najciekawsze rozmowy były w nocy – opowiada Karol Guzikiewicz ze Stoczni Gdańskiej.
Miasteczko chętnie odwiedzają też politycy. Byli przedstawiciele PiS i Solidarnej Polski. Wczoraj pojawił się lider SLD Leszek Miller, który deklarował, że Sojusz będzie głosował za referendum emerytalnym. W środę miasteczko przenosi się przed Sejm. Zostanie tam co najmniej do piątku, kiedy posłowie będą rozpatrywać wniosek "S" w sprawie referendum. – Kto wie, może zostaniemy na dłużej. Łatwo nie odpuścimy – deklarują związkowcy.
Jarosław Stróżyk