Z tego artykułu dowiesz się:
- Co wiadomo o sprawie Marcina J., policjanta podejrzanego o gwałt?
- Jakie czynności zostały podjęte po ujawnieniu domniemanego gwałtu?
- Jakie zależności i wątpliwości dotyczące postępowania funkcjonariuszy są istotne w analizie tego zdarzenia?
W sprawie gwałtu na 22-letniej policjantce, którego sprawcą ma być dowódca Kompanii Warszawskiego Oddziału Prewencji Policji (OPP), wychodzą na jaw coraz to nowe fakty. Jak ten, że Marcin J. został przebadany alkomatem dopiero o godz. 8.15, czyli pięć godzin po zdarzeniu. Dlaczego czekano z tym tak długo? Policja nie podała przekonującego wyjaśnienia. Według oficjalnej wersji podejrzany był „pod nadzorem” dowództwa OPP. Jednak w tym „nadzorze” była luka, bo domniemany gwałciciel po zdarzeniu opuścił komendę i udał się do domu. Tam musieli po niego jechać funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych Policji.
Jak pisała „Rzeczpospolita”, policjanci z prewencji są w czołówce funkcjonariuszy popełniających przestępstwa.
Gwałt w Piasecznie. Dramat za zamkniętymi drzwiami i zastanawiające działania policji po jego ujawnieniu
Dwanaście godzin – tyle upłynęło od zdarzenia do aresztowania podejrzanego o gwałt, co szef MSWiA Marcin Kierwiński uznał za krótki czas. Te 12 godzin jest jednak bardzo istotne. Chronologia działań, jakie w tym czasie podjęto, przedstawia się niepokojąco.
Dramat rozegrał się w sobotę, 3 stycznia o godz. 3.30 na terenie stołecznej jednostki OPP w Piasecznie – sprawę pierwsza ujawniła TV Republika. Według jej relacji Marcin J. urządził alkoholową imprezę z udziałem innych policjantów. Do pokoju ściągnął młodą stażystkę, wyprosił znajomych, zamknął drzwi i zgwałcił kobietę. Słysząc jej krzyki, inni policjanci z kompanii zaczęli się dobijać do drzwi, aż J. je otworzył.