Reklama

Dlaczego PiS nie potrafi budzić współczucia?

Kiedy byłem małym chłopcem, brałem stronę Indian. Biegałem, hałasując, z leszczynowym łukiem w jednej, strzałami wystruganymi z nadrzecznych olszyn w drugiej ręce, ze źle skrywaną wyższością spoglądając na tych, którym przypadła rola białych
Paweł Lisicki

Paweł Lisicki

Foto: Fotorzepa

Wiedziałem, że czerwonoskórzy Apacze, Siuksowie czy Mohikanie są słabsi, że biali odebrali im ziemię, godność, zamknęli w rezerwatach, okradli z wolności. Byłem, naturalnie, po stronie ofiar. Pomagać słabszym, wspierać przegranych, bronić skrzywdzonych – o to przecież chodziło.

Współczucie, śmiem twierdzić, to też najsilniejszy sentyment polityczny. I choć pierwsi zwolennicy demokracji liberalnej wychwalali głównie jej racjonalność, podkreślali, że wymiana argumentów, starcie racji, zderzenie opinii pozwala odkrywać wspólny interes, doświadczenie uczy czego innego. W demokracji wygrywają emocje. Nie rozum, nie chłodne ratio, nie kalkulacja, ale uczucia. Ba, im bardziej współczesna polityka demokratyczna zostaje wydana na łup mediów, im bardziej zależy od widzimisię telewizyjnych gwiazd, od tego, jak się wypadnie przed widzami, od kaprysu publiczności, tym element uczuciowości jest ważniejszy. Kto zatem może, stara się odgrywać rolę ofiary. Zabawne, jak niekiedy w stroju pokrzywdzonych występuje establishment, jak silne, zorganizowane i dzierżące władzę grupy przybierają pozory słabszych. Kto zdobywa współczucie, zdobywa władzę i przywileje.

Zabookuj najlepsze treści na wakacje!

Skorzystaj z promocji wakacyjnej i zyskaj dodatkowe drukowane magazyny: Nauka i Historia.

Twoje rzetelne i obiektywne źródło najważniejszych informacji z Polski i ze świata.

Promocja dotyczy subskrypcji RP.PL na rok.

Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama