Miejsce

:



Masaka, około 20 km od Kigali, sierociniec św. Agaty działający pod patronatem Agathy Habyarimana, ówczesnej żony prezydenta Rwandy, kierowany przez siostry pallotynki



Czas

:



10 kwietnia 1994 r., Niedziela Miłosierdzia Bożego, czwarty dzień masakr, w wyniku których zginie około 800 tysięcy ludzi z plemienia Tutsi. Zabiją ich rodacy z plemienia Hutu. Rzeź w Rwandzie uzyska miano najszybszego, najbardziej metodycznie przeprowadzonego ludobójstwa w historii.



Osoby

:



Siostra Edyta Budynek

– kierująca sierocińcem



Siostra Rafała Raś

– pierwsza polska misjonarka w Rwandzie, w 1994 opiekunka kandydatek do zgromadzenia

 

Siostra Edyta Budynek

– Już w piątek na teren sierocińca wtargnął oddział żołnierzy ówczesnej armii i grupa młodych chłopców z maczetami. Chcieli rabować, niszczyć, ale przede wszystkim chcieli znaleźć personel  sierocińca z plemienia Tutsi.

Mieliśmy setkę dzieci pod opieką i około 30 osób personelu. Nigdy nie zastanawiałam się, które z tych osób są Tutsi, które Hutu, ale oni  nawzajem doskonale się odróżniali. Nawet dzieci i niemowlęta odróżniali. U nas były różne dzieci, głównie ofiary wojny, która trwała od 1990 roku. (Rebelianci Tutsi z Patriotycznego Frontu Rwandy (FPR) stacjonujący w Ugandzie atakowali północ kraju, około 1992 roku opanowali prawie całe dwa województwa na północy i Hutu z tamtych terenów masowo uciekali przed nimi w głąb Rwandy. Kilkaset tysięcy Hutu znalazło się wówczas w obozach dla uchodźców – D.R.) Myśmy jeździły do tych obozów i brałyśmy do siebie dzieci sieroty, ofiary tej wojny. One były strasznie zmaltretowane, zagłodzone, każdego dnia kilka umierało już po przyjeździe do nas.

Rzezie Tutsi w Masace zaczęły się już pierwszej nocy, 6 kwietnia, po zestrzeleniu samolotu z prezydentem Habyarimaną na pokładzie. To był jakby sygnał do rozpoczęcia masakry na Tutsich. W parafii, 3 kilometry od nas – tam również pracowali polscy księża pallotyni – 7 kwietnia doszło do okropnej masakry, w trakcie której zginęły setki ludzi.

Siostra Rafała Raś

– Z naszego ośrodka widać było jak spada ten płonący samolot z prezydentem. I niemal natychmiast wojskowi zaczęli przeszukiwać teren, bo byli przekonani, że to gdzieś koło nas odpalono rakiety, które strąciły samolot. Ludziom powiedziano, żeby kryli się w parafii. Uciekali z kozami, z jakimiś tobołkami, całymi rodzinami – przez cały czwartek gromadzili się w parafii. Od 1990 roku zawsze jak zaczynały się walki, to ludzie uciekali do kościoła, bo myśleli, że tam będą bezpieczni. Ale tym razem to była zasadzka, zwołano ich tam, żeby zabić. W nocy na teren parafii weszli członkowie band (Interahamwe – bojówki Hutu mordujące Tutsi po 6 kwietnia – D.R.). Wszystkich podzielili na grupy Tutsi i Hutu. Tutsich zaczęli po prostu mordować. Cięli ich maczetami, ci, którym udało się ocaleć, uciekali w popłochu, również do naszego ośrodka. Księża w parafii ukrywali Tutsi, gdzie tylko było możliwe, w swoich pokojach, nawet w toaletach. Była tam dziewczynka, leżała pod zwłokami matki, ks. Adam Pacuła schował ją w swoim pokoju. Miała może ze trzy latka. Sama siebie nazywała Fifi. Dziecko widziało, co się dzieje, i strasznie krzyczało. Potem podczas ewakuacji ks. Adam  zawinął Fifi  w marynarkę, zakrył jej usta, bo ona darła się wniebogłosy i jakoś udało się tę dziewczynkę wywieźć.

Ta rzeź zakończyła się w nocy. W sobotę grzebali zabitych. Spychali ich do dołów, masowych grobów. Nie wiem, ile osób wówczas zabili, ale to były setki, może nawet więcej. Potem nad całą okolicą unosiły się sępy, bo czuły trupy.

Siostra Edyta

– Przyjmowałyśmy ofiary w naszym sierocińcu i w ośrodku zdrowia. Pamiętam takie dwie sześcioletnie bliźniaczki z Masaki, które do nas uciekły, jedno niemowlę, które siostra przyniosła, zdjęła z pleców zabitej matki. Wszędzie w ośrodku i szpitalu leżeli ludzie: na materacach, na podłodze, gdzie się dało.

Gdy w piątek 8 kwietnia przyszli do nas na misję, wyszłam, żeby z nimi rozmawiać. Najpierw domagali się pieniędzy, potem wydania personelu Tutsi. Szarpali mnie, krzyczeli i w tym czasie zadzwonił mi w kieszeni telefon. To jeszcze nie były komórki, mieliśmy taki telefon bezprzewodowy w sierocińcu i ten telefon zadzwonił. Okazało się, że to byli nasi przyjaciele z Francji, rodzina ludzi, którzy wcześniej zaadoptowali dwójkę dzieci rwandyjskich z naszego sierocińca. Odebrałam i zaczęłam rozmawiać, ale wojskowy wyrwał mi telefon i wsadził sobie do kieszeni. Tylko nie wyłączył go – pewnie myślał, że to krótkofalówka, a nie telefon – i w ten sposób ci ludzie z Francji mogli usłyszeć co się dzieje, kiedy nas szarpano i bito. I oni zaalarmowali władze w Paryżu, a potem ambasadę Francji. Gdyby nie oni, pies z kulawą nogą nie dowiedziałby się, co się u nas dzieje. Tymczasem ci nasi znajomi podnieśli alarm i już od soboty wiedzieliśmy, że być może przyjadą po nas Francuzi, by nas ewakuować.

Ale w piątek tego jeszcze nie wiedziałam. Jedna grupa bandytów poszła od razu do biura i zabrała pieniądze. Druga grasowała na terenie sierocińca, szukając Tutsi. Znaleźli kilka dziewcząt, które u nas pracowały. Zebrali je w grupie i zaczęli je rąbać maczetami po nogach, tak żeby nie mogły uciekać.

W tej grupie była jedna pielęgniarka Tutsi, która za kilka dni miała wyjść za wojskowego, podporucznika z plemienia Hutu. On mieszkał blisko sierocińca, ktoś mu doniósł, co się dzieje. Wpadł do sierocińca, a gdy zobaczył, że chcą porąbać maczetami jego przyszłą żonę, wyjął pistolet, strzelił kilka razy w powietrze i opanował sytuację. Był najstarszy stopniem wśród nich i przestraszyli się go chyba. Zaczął  legitymować żołnierzy, a ja dostrzegłam, że jednemu z nich wystaje z kieszeni antenka telefonu. Skorzystałam z okazji, podeszłam do niego i wyciągnęłam mu aparat z kieszeni, on chyba nawet tego nie zauważył, zresztą oni wszyscy byli pijani albo pod wpływem narkotyków, zachowywali się jak w amoku. Ale dzięki temu podporucznikowi udało się jakoś opanować sytuację, w trakcie tej pierwszej akcji nie zabili  nikogo, tylko poranili te nasze pracowniczki.

To było siedem dziewczyn, leżały twarzami do ziemi, miały poranione nogi, były przerażone, płakały. Mówiłam bandytom, że to są dziewczyny, które pomagają dzieciom, od lat u nas pracują, że nie wolno ich zabijać. Jeden przystawił mi karabin do piersi i byłam pewna, że mnie zastrzeli... Ale nie strzelił. Po chwili ustąpili, wyglądało na to, że nie zabiją ich, przynajmniej nie zabiją teraz.

Wiedziałam jednak, że oni wrócą, żeby skończyć to, co zaczęli, to była kwestia czasu. Sobota w sierocińcu była w miarę spokojna, ale straszne rzeczy działy się w niedzielę. Te poranione dziewczyny zabraliśmy do szpitala, ale ktoś musiał donieść – Hutu przyszli tam i je wszystkie zabili. To było okropne przeżycie, bo nic im nie mogliśmy pomóc, byłyśmy kompletnie bezradne...

Siostra Rafała

– Weszli do wspólnoty. Jak już podobijali rannych w szpitalu, kazali mi wydać dziewczyny kandydatki do zgromadzenia.  Był wśród nich taki Augustyn, ja go znałam, przychodził do nas czasem po wsparcie. Ja mu mówię: Augustyn, co ty robisz? A on przystawił mi karabin do szyi i kazał wyszukiwać dziewczyny  schowane w ośrodku. Mówił, że skoro byłam wychowawczynią Tutsi, to i mnie zabiją. I tak mnie prowadzili od drzwi do drzwi, otwierałam im te drzwi, ale nie zaprowadziłam ich w miejsca, gdzie były schowane dziewczyny. Nie mogłam tego zrobić. To są moje dzieci – mówię – i ich wam nie oddam. On mnie popchnął i już wycelował we mnie, ale nie strzelił. Znaleźli sami dwie dziewczyny. Prosiłam: Oddajcie nam chociaż ciała do pochówku, ale jeden z nich odpowiedział: Jak chcesz, to możemy cię granatem wysadzić razem z nimi.

Siostra Edyta

– To była Niedziela Miłosierdzia Bożego. Od samego rana dostawałam telefony z Francji, żebyśmy były gotowe, bo za chwilę wojsko francuskie może przybyć i nas ewakuować. Ja im mówiłam od razu: czy jesteście świadomi, ile nas jest, że to jest setka dzieci, kilkadziesiąt osób personelu, księża z parafii, to było razem ponad 150 osób. Wiemy, wiemy – odpowiadali, przyjadą po was autokary.

O 15 przyjechali – czterema dżipami. My miałyśmy dwa samochody, mikrobus, karetkę, ale nie dało się do nich wszystkich zmieścić. Na naszym terenie stacjonowała taka ogromna prywatna wywrotka do przewozu piasku. Kazałam odszukać kierowcę, znaleźliśmy go szybko, część sióstr pobiegła pakować najpotrzebniejsze rzeczy dla niemowląt – mleko w proszku i pieluszki, inna grupa pojechała zawiadomić księży na parafii, że wojsko już jest, i byliśmy wszyscy gotowi do ewakuacji. Jakoś cudem zapakowaliśmy się w te wszystkie samochody i ruszyliśmy.

Siostra Rafała

– Gdy wyjeżdżaliśmy z misji, to ludzie stali przy drodze. Niemiłosiernie płakali, błagali, żeby ich zabrać, ale nie mogliśmy. W pewnej chwili ktoś wrzucił nam do tej wywrotki niemowlę. Wpadło nagle między nas jak piłka. Matkę zabili w czasie masakry, niemowlę zostało. I ten chłopczyk uciekł z nami. Dałyśmy mu imię Józef, uratował się, został adoptowany we Francji.

Drogę na lotnisko oddalone o sześć kilometrów pokonywaliśmy chyba ze trzy godziny – wszędzie były patrole, wszędzie paliły się domy. To był teren walk, FPR chciał opanować lotnisko, wojsko go broniło, ciągle coś wybuchało. Przy drodze leżeli zabici ludzie, wielu skrwawionych, posiekanych maczetami. Widziałam zesztywniałe ręce wyciągnięte z różańcem. Czasem ktoś jeszcze jęczał. To był koszmar.

Siostra Edyta

– Dojeżdżamy na lotnisko, podchodzi do mnie wojskowy francuski i pyta, gdzie chcemy jechać. A ja nie mam pojęcia, gdzie my chcemy jechać, byłam pewna, że to oni będą wiedzieć, gdzie nas ewakuują. Po chwili przychodzi, mówi, że przerzucą nas do Bangi w Republice Środkowoafrykańskiej, i daje mi trzy arkusze z listą 25 osób na każdym, żebym wypełniła, kto ma lecieć. Ja mówię: Nas jest 150 osób i wszystkie muszą lecieć, ja nie zostawię tutaj dzieci ani personelu, bo to jest porzucenie ich na pewną śmierć.  Te dzieci strasznie płakały, my byliśmy umęczeni i teraz jeszcze to. Powiedziałam pracownikom, jaka jest sytuacja, ludzie wpadli w panikę, zaczęli płakać, krzyczeć, wiedzieli, że jeśli stąd nie wyjadą, to natychmiast po wyjściu z lotniska zostaną zabici. Tutsi czy Hutu wszystko jedno – tych z Hutu zabiliby za to, że chcieli uciec.

Francuzi popatrzyli na nas przez chwilę, potem jakiś wojskowy stuka mnie w ramię i mówi: Niech siostra wypełni te pozostałe arkusze, wszyscy polecicie. To uzupełnianie danych trwało kilka godzin, bo Francuzi chcieli mieć pełną dokumentację, nazwiska dzieci, wiedzieć czy mają rodziny, ale w końcu około 9 wieczorem zapakowaliśmy się wszyscy do tego samolotu transportowego – najpierw rozładowano z niego broń, nawet czołgi, a potem my weszliśmy na pokład. Ułożyłyśmy dzieci na hamakach, resztę wzięliśmy na kolana, na plecy i jakoś poleciałyśmy.

W Bangi znaleźliśmy się o północy, następnego dnia polecieliśmy wszyscy do Francji. Lądujemy w Paryżu, a tam 4 stopnie ciepła, to był 12 kwietnia, nasze dzieci są prawie nagie, głodne, bo już mleko się skończyło. Na szczęście pozwolili nam wziąć koce z samolotu, potem Czerwony Krzyż dowiózł ubranie, choć i tak wiele dzieci się pochorowało – a z lotniska zostaliśmy przetransportowani do ośrodka dla uchodźców w Creteil. Tam byliśmy przez pięć tygodni, a potem władze znalazły dla nas wspaniałe miejsce w pałacu w Olivet pod Orleanem. To była wtedy we Francji ogromna sprawa, zajmowały się nami media, ludzie nas wspierali, mieliśmy wspaniałą opiekę. I tam w Olivet zostaliśmy do końca, czyli do lipca 1996 roku, kiedy dzieci wróciły do Rwandy.

Wróciła ponad połowa. Reszta została we Francji, zostały adoptowane. Te, które wróciły, dzięki nam mają również „honorowych rodziców", którzy w ramach tzw. adopcji na odległość wspierają je do dziś. Przeżyły wszystkie.

*

Siostra Edyta Budynek nigdy nie wróciła do Rwandy. Władze odmówiły jej wizy wjazdowej, gdy chciała wrócić do sierocińca ze swoimi dziećmi. Dziś , podobnie jak siostra Rafała Raś pracuje na misji w N'Kol Avolo w Kamerunie. Wszyscy rwandyjscy pracownicy sierocińca św. Agaty uratowani przez polskie pallotynki pozostali we Francji, bojąc się o swoje bezpieczeństwo w ojczyźnie, poprosili o azyl. Po wojnie nowe władze rwandyjskie oddały pallotynkom ośrodek zdrowia i ośrodek misyjny, ale nie zgodziły się na kontynuowanie przez nie pracy w sierocińcu.  Dla obecnych władz Rwandy ewakuacja sierocińca św. Agaty w Masace jest przykładem bezprawnego i szkodliwego zaangażowania Francji w ludobójstwo dokonane w Rwandzie w 1994 roku. W?raporcie opublikowanym w listopadzie 2007 r. - u szczytu napięcia politycznego między Rwandą a Francją - pallotynki oskarżane są o udzielanie pomocy osobom odpowiedzialnym za masakry w Masace i współpracę z nimi przy ustalaniu list ewakuowanych.

Raport „Niezależnej Narodowej Komisji ds. Dowodów na Uwikłanie Francji w Ludobójstwie w Rwandzie w 1994 roku ":

(...) Sierociniec św. Agaty – instytucja, której patronowała żona ówczesnej głowy państwa, a kierowana przez siostry pallotynki, miała za zadanie opiekę nad sierotami, dziećmi poległych żołnierzy armii rwandyjskiej. Kierująca sierocińcem siostra Edyta, pochodzenia polskiego (tak w oryg. – DR), zajmowała się znajdowaniem dla rwandyjskich dzieci rodzin zastępczych w Europie, zwłaszcza we Francji. Siostra Edyta została ewakuowana przez Francuzów w 1994 roku i nigdy później nie chciała wrócić do Rwandy.

Według świadków w sierocińcu panowała dyskryminacja personelu, zarówno Tutsi, jak i tych Hutu, którzy zachowywali dystans wobec ideologii ekstremistycznych. (...)

O ile nie można mieć za złe Francji ewakuacji sierot w tym trudnym okresie, o tyle kontekst polityczny i społeczny, który ewakuacji towarzyszył, sprawia, że nie powinna ona być w tamtych warunkach priorytetem. (...) Fakt, że zdecydowano się na ewakuację placówki, której patronem była Agatha Habyarimana, z pewnością wyrastał z kontekstu politycznego i społecznego, którego naczelnym elementem był ekstremizm Hutu. (...)

Dariusz Rosiak

Siostra Rafała

- To wszystko kłamstwa polityków. Chodzi o to, żeby dołożyć cierpienia Kościołowi. Oskarżanie misjonarzy o współudział w ludobójstwie to wyrządzanie ogrośmnej krzywdy ludziom, którzy sami przeżyli piekło. Nie rozumiem oskarżeń o dyskryminację, nigdy nie dobierałyśmy pracowników pod względem kryteriów plemiennych, bo nie ma dla nas znaczenia, czy ktoś jest Hutu czy Tutsi. Ja miałam wśród kandydatek do zgromadzenia nawet Pigmejkę z plemienia Batwa. Podczas ewakuacji nikt nie narzucał nam, kto ma jechać, a kto ma zostać, listy spisywałyśmy same, wyjechali wszyscy, których mogłyśmy zabrać. Rwanda ma swoje polityczne rozgrywki z Francją i my padamy tego ofiarą.

Siostra Edyta

– Zarzuty o bezczynność, a nawet współudział misjonarzy w ludobójstwie formułują zwykle ludzie, którzy nie mają pojęcia, o czym mówią, bo nigdy nie znaleźli się w tak dramatycznych okolicznościach. Wie pan, kierowca tej ciężarówki, który nas zawiózł na lotnisko, nie został z nami ewakuowany, Francuzi się nie zgodzili. Mówili, że ma dalej wozić ludzi. Trzy dni po przybyciu do Paryża dowiedziałam się, że wracając wtedy z lotniska do domu, najechał na minę i wyleciał w powietrze. To jest ogromna tragedia, której być może trzeba było zapobiec, ale jak?

– Czy czuje się siostra bohaterką?

– Odczuwam radość, że mogliśmy uratować tyle dzieci i dorosłych. Ale czy to było bohaterstwo? Gdy wylądowaliśmy w Bangi, spotkałam się z tamtejszym ambasadorem francuskim, zaczynamy przeglądać te papiery i on mówi: Zaraz, zaraz, a dlaczego wy w ogóle zostaliście ewakuowani? Przecież siostry są Polkami i Rwandyjkami, pracownicy są Rwandyjczykami, my nie wywozimy z Rwandy obcokrajowców, tylko Francuzów. Dla mnie to był cud, że udało nam się stamtąd uciec i ocalić od śmierci tyle osób. To była Niedziela Miłosierdzia Bożego i jestem pewna, że gdyby nie Boże Miłosierdzie, to mnie by tu z panem nie było. To dzięki modlitwie, mocy Boga mogłam być tak naiwna, żeby stanąć przed lufą nabitego karabinu i zasłaniać własnym ciałem innego człowieka. Gdyby nie wiara i modlitwa, nic byśmy nie zdziałały.