Marek Migalski w artykule „Rewolucja obskurantyzmu" narzekał, że rosną w siłę politycy – ale też zwykli ludzie – którzy wierzą w gusła, odrzucają teorię ewolucji czy sprzeciwiają się szczepionkom. Jego zdaniem wszystkiemu winien jest internet, który doprowadził do tego, że każdy dziś może głosić dowolnie absurdalne tezy i zdobywać popularność, kiedyś zaś istniały elity, które pewnych poglądów nie dopuszczały do mainstreamu.

Nie, nie zamierzam bronić antyszczepionkowców, kreacjonistów ani innych irracjonalistów. Jednak znacznie bardziej niż oburzanie się na to, że „ciemne masy" odrzucają racjonalizm, interesuje mnie, dlaczego do tego doszło i czy przypadkiem nie są temu winne właśnie owe elity. Tym bardziej że z tekstu Migalskiego – ciekawego publicysty – aż bije typowo elitarystyczna niechęć do „prostackich i głupich" mas, które nie chcą słuchać elit.

Migalski staje bowiem na stanowisku niemal scjentystycznego racjonalizmu – wiary nie tylko w to, że jedynym źródłem pewnej wiedzy jest racjonalna nauka, ale też w to, że jesteśmy w stanie poznać cały świat za pomocą rozumu. Problem w tym, że nie jesteśmy, i to z kilku powodów.

Po pierwsze, nauki dziś są niezwykle sprofesjonalizowane. Poszczególni specjaliści posiadają szczegółową wiedzę na temat bardzo ograniczonego wycinka rzeczywistości. Nie tylko w fizyce, która szuka zasad funkcjonowania wszechświata, nie istnieje ogólna teoria wszystkiego, ale nie ma też teorii łączącej pozostałe nauki. Po drugie, ludzki umysł przy poznawaniu świata w skali makro, a szczególnie w skali nano – tam, gdzie dochodzi do wielkich albo bardzo małych wielkości – pokazuje swoje ograniczenia. Teorie, którymi wyjaśniamy świat, polegają na tym, że umiemy sobie coś wyobrazić. Ale niektórych bardzo skomplikowanych zjawisk po prostu wyobrazić sobie nie możemy.

Najważniejszy jest jednak trzeci powód: scjentyzm sam jest wiarą. Przekonanie, że jedynym źródłem pewnej wiedzy, nieopartej na żadnych dogmatach, jest nauka, samo w sobie jest pewnym dogmatem. I opiera się na wierze. I zaufaniu. Zaufaniu do tych, którzy są specjalistami w swoich dziedzinach. Z profesjonalizacji i podziału nauk wynika fakt, że przeciętny człowiek musi po prostu wierzyć na słowo, iż naukowcy mają rację. Stają się oni swego rodzaju kapłanami odprawiającymi tajemne, niezrozumiałe dla postronnych obrzędy, których efekty są dane nam do wierzenia. I tu dochodzimy do najważniejszego problemu. Migalski ma rację, pisząc, że problemem jest to, iż dziś elity nie narzucają swojej wiedzy masom i stąd rodzą się wątpliwości co do tego, co naukowe.

Tyle tylko, że to duża część tych elit jest temu winna. Jeśli elity, w tym wielu ekonomistów, nie potrafiły przewidzieć kryzysu finansowego, który uderzył w setki milionów ludzi na całym świecie, to jak dalej można wierzyć, że elity mają jakąś szczególną wiedzę? Jeśli ekonomiczni celebryci przekonywali Polaków do kredytów we frankach szwajcarskich, twierdząc, że złoty będzie się zawsze umacniał, a potem w wyniku kryzysu raty kredytów poszybowały o setki czy tysiące złotych miesięcznie, jak można mieć dalej zaufanie do elit? Jeśli najwybitniejsi politolodzy i specjaliści przekonywali, że brexit jest niemożliwy, a Donald Trump nigdy nie wygra wyborów prezydenckich, jak dalej można wierzyć w ich nadzwyczajne kompetencje?

To nie zwykli ludzie są winni temu, że mamy dziś do czynienia z potężnym kryzysem autorytetów i elit, ale same autorytety i elity. Czy one rozliczyły się ze swoich błędów i nietrafnych prognoz? Czy wyciągnęły wnioski z przemian ostatnich lat, również z tego, jak internet zdemokratyzował debatę publiczną? Wydaje się, że nie. A pełen pogardy do ciemnego ludu tekst doktora Migalskiego tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że ta lekcja nie została jeszcze odrobiona.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95