Bauman jest jednym z najczęściej czytanych i komentowanych polskich socjologów. Jego książki (a jest ich ponad 50) dostępne są w niemal wszystkich księgarniach, nawet tych, w których półka z dziełami socjologicznymi kończy się właśnie na nim. Wydają go wydawnictwa świeckie, ale i katolickie. Jezuickie WAM we wprowadzeniu (pióra byłego jezuity Stanisława Obirka) do „Pracy, konsumpcjonizmu i nowych ubogich” porównuje socjologa do Jana Pawła II, a jego rozważania określa mianem „głosu świeckiego proroka”, który demaskuje mechanizmy niszczące ludzką godność.

Podobne opinie o Baumanie prezentują także publicyści „Gazety Wyborczej”, dla których socjolog jest „przewodnikiem” i „nauczycielem”, a także jednym z najwybitniejszych autorytetów współczesności.

Zachwytów tych nie przerwała nawet informacja o tym, że Bauman nie tylko był oficerem Korpusu Bezpieczeństwa Narodowego (doszedł do stopnia majora), ale i agentem Informacji Wojskowej o pseudonimie Semjon. Fakt, że otrzymał Krzyż Walecznych za udział w walkach, w których schwytano „wielką ilość bandytów” (czyli Polaków walczących o niezależność od Związku Sowieckiego), też nie powstrzymał piewców autorytetu profesora. Plamą na nieskazitelnej postawie Baumana nie stał się zresztą nawet wywiad dla brytyjskiego „Guardiana”, w którym socjolog przyznał się do współpracy z Informacją Wojskową i służby w KBW, a walkę z patriotycznym podziemiem porównuje do walki z terroryzmem.

A wszystko dlatego, że Bauman bez cienia zażenowania przedstawił swoją służbę w przestępczej organizacji utworzonej na wzór NKWD i służącej wyłącznie zniewoleniu Polaków jako prostą konsekwencję swoich lewicowych i prospołecznych poglądów. Obecne zaś badania dotyczące jego przeszłości to skutek tego, że w Polsce rządzi prawica, której nie w smak są jego od zawsze lewicowe poglądy. – Nigdy nie ukrywałem, że jestem socjalistą. Byłem lewicowcem, jestem lewicowcem i umrę lewicowcem. Przez zdyskredytowanie mnie oni [czyli bracia Kaczyńscy – przyp. autora] mogą zdyskredytować lewicę w Polsce – tłumaczył Bauman brytyjskiej dziennikarce.

Moralność u Baumana ogranicza się w dużym stopniu do kwestii społecznych. A ich rozwiązanie niemal nigdy nie jest zależne od jednostki, a niemal zawsze od państwa lub instytucji

A przecież, jak zastrzegał w omawianym już tekście socjolog, nie było nic dziwnego ani tym bardziej niemoralnego w tym, że młody chłopak zdecydował się na służbę w aparacie represji skierowanym przeciwko Polakom. – Jeśli spojrzeć na ówczesne spektrum polityczne, to partia komunistyczna proponowała najlepsze rozwiązania – przekonywał Bauman. A w wywiadzie rzece „O pożytkach z wątpliwości” z Keithem Testerem uzupełniał: „Wydźwignięcie kraju z biedy i wielowiekowego niedorozwoju było ekscytującym wyzwaniem. Nowe władze zaś oczekiwały o wiele więcej: położenia kresu dyskryminacji, niskim antagonizmom i pospolitej nienawiści między ludźmi duszącymi się w kraju, w którym było za mało pracy, żeby egzystencji ludzi nadać sens, i za mało chleba, żeby utrzymać ich przy życiu. Obietnica zapewnienia równości i godnej pracy dla wszystkich w zupełności wystarczyła, by 19-latkowi, który ledwie co wyszedł z lasu, zawrócić w głowie”.

Ów zawrót głowy trwał jednak wystarczająco długo, by oszołomiony wyjściem z lasu chłopak mógł dostrzec, co naprawdę dzieje się w Polsce. A okazji do tego nie brakowało. Podporucznik, porucznik, kapitan i wreszcie major Bauman brał bowiem aktywny udział w życiu społecznym i naukowym. Pacyfikował „bandy”, w mundurze i z pistoletem u pasa zajmował się przywracaniem porządku wśród „zbuntowanych filozofów i socjologów” z Uniwersytetu Warszawskiego oraz oczywiście pisał pamflety (służyć miały indoktrynacji żołnierzy zajmujących się niszczeniem podziemia, jak sam wspomina, było to „nudne”). Miał więc wiedzę, o której niewielu mogło marzyć. A jednak „zawrót głowy trwał” aż do roku 1953, gdy dziesięć dni po śmierci Stalina major Bauman został wydalony ze służby.

Od tego momentu, przynajmniej według własnych wspomnień, młody socjolog miał się stawać coraz bardziej rewizjonistą zmuszonym do „obrony” badań empirycznych przed „nieustannymi atakami władz partyjnych”. I choć trudno dyskutować z faktami, a te rzeczywiście były takie, że stopniowo władze partyjne spoglądały na Baumana coraz mniej życzliwym wzrokiem, trudno też zapominać o tym, że wspierał własnym autorytetem brutalne ataki na prof. Stanisława Ossowskiego. Niespełna kilka lat później doświadczył na własnej skórze, jak działa komunistyczny aparat naukowy, którego funkcjonariusze doprowadzili do jego usunięcia z kraju w trakcie antysemickiej, wewnątrzpartyjnej czystki roku 1968.

Od tego momentu Bauman pracował już na Zachodzie. Jednak, mimo iż od jakiegoś czasu był już marksistowskim dysydentem, a później odważnym krytykiem reżimów totalitarnych i obrońcą „Solidarności”, pozostał wierny podstawowym ideom wyniesionym z lektury Marksa. „To z Marksa zaczerpnąłem, lub stworzyłem pod jego wpływem, ramy poznawczo-wartościujące, jakim, mam nadzieję, nadal hołduję: obrzydzenie dla wszelkich form społecznie uwarunkowanej niesprawiedliwości, pasja obnażania kłamstw, w jakie opakowuje się odpowiedzialność za ludzką niewolę, czyniąc ją niewidoczną, oraz umiejętność wyczuwania pisma nosem, ilekroć ludzkiej wolności usiłuje się nałożyć wędzidło albo taką próbę usprawiedliwić” – stwierdza Bauman w „O pożytkach z wątpliwości”, jakby nie dostrzegając, że Marks pozostał ślepy na wędzidło ludzkiej wolności, jakim stała się jego własna ideologia.

Pomijając jednak tę drobną złośliwość – trudno nie dostrzec, że w kwestiach moralnych Bauman rzeczywiście pozostaje wierny intuicjom marksowskim. Moralność przez niego promowana ogranicza się w znaczącym stopniu do kwestii społecznych. A ich rozwiązanie niemal nigdy nie jest zależne od jednostki, a niemal zawsze od społeczeństwa, państwa lub instytucji. Problemu biedy, wykluczenia, ubóstwa nie mogą rozwiązać jednostki poprzez własną działalność i dobrowolne ofiary. Jedynym wyjściem jest zawsze reforma społeczna, wielki (lub niewielki) projekt, którego Bauman nie waha się określać „utopią”.

„Na globalizującej się planecie tylko solidarna ludzkość może podejmować i rozwiązywać (…) problemy” – stwierdził socjolog w wydanych ostatnio po polsku wykładach dla Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu. I choć globalizacja jest faktem – to trudno nie dostrzec, że za taką opinią kryje się wniosek, że jednostka niewiele może, że jej decyzje są w istocie drugo- lub trzeciorzędne, a istotne pozostają wyłącznie działania ponadpaństwowych instytucji politycznych (zazwyczaj zresztą raczej wyobrażonych i zaplanowanych niż realnych). Problem z taką opinią polega tylko na tym, że jest ona empirycznie weryfikowalna. I to, trzeba powiedzieć, negatywnie. Jak dotąd więcej dla ubogich zrobiły lokalne Kościoły i wspólnoty religijne, a także prywatne instytucje pozarządowe niż nawet najpotężniejsze organizacje ponadpaństwowe. Dla konkretnych ubogich, a nie dla abstrakcyjnej walki z ubóstwem, więcej zrobili misjonarze katoliccy i protestanccy niż Naomi Klein i jej antykonsumpcjonistyczna krucjata pod hasłem „No Logo” czy rozważania socjologów spotykających się na wielkich zlotach zwolenników powszechnego rządu rozwiązującego powszechne problemy.

Parafrazując więc Baumana, trzeba powiedzieć, że globalne problemy rozwiązywać można jedynie lokalnie albo, jeszcze konkretniej, problemy ludzi rozwiązywać można tylko „twarzą w twarz”, w pobliżu konkretnego człowieka i jego konkretnego problemu. Zwrócili na to uwagę amerykańscy neokonserwatyści, budując program współczującego konserwatyzmu, w którym istotniejszą od państwa rolę odgrywają organizacje społeczne i wspólnoty wyznaniowe.

Tyle że do takich „naturalnych”, a przynajmniej tradycyjnych wspólnot Bauman nie ma specjalnego zaufania. Płynność nowoczesności oraz konsumpcyjny styl życia sprawiły bowiem, że wszelkie wspólnoty (także rodzina czy konkretniej małżeństwo) nabrały immanentnej cechy nietrwałości. Nietrwała, jak wszelkie związki międzyludzkie, jest także wspólnota narodowa czy przynajmniej państwowa. Jeśli więc coś może je zastąpić w roli spoiwa – to tym czymś jest tylko utopia państwa socjalnego. „Państwo socjalne jest najbardziej współczesnym ucieleśnieniem idei wspólnoty; instytucjonalnym wcieleniem tej idei w jej nowoczesnej formie: abstrakcyjnej całości społecznej utkanej z sieci wzajemnych zależności, zaangażowania i solidarności” – wskazuje Bauman w „Szansach etyki w zglobalizowanym świecie”.

Nie oznacza to, że socjolog pozostaje ślepy na dostrzegalny kryzys państwa socjalnego. Przeciwnie, przedstawia nawet jego niezwykle trafną diagnozę, wskazując, że pomoc socjalna dla ubogich straciła rację bytu, odkąd przekształcili się oni w „podklasę”, która nie tylko nie ma szans na podjęcie normalnej pracy, ale nawet nie wyraża ku temu najmniejszych chęci. Pomoc socjalna, która miała być pomocą w powrocie do normalności, stała się zatem stylem życia. A z tym trudno się pogodzić pracującym obywatelom.

Ten niezwykle trafnie opisany proces zmiany postawy pensjonariuszy systemów opieki społecznej nie skłania jednak Baumana do rezygnacji z niego. Zamiast tego proponuje socjolog radykalną reformę społeczną polegającą na oddzieleniu prawa do „indywidualnego dochodu” od „faktycznej zdolności zarabiania pieniędzy”. Oznacza to ni mniej, ni więcej uznanie, że człowiek ma prawo do pensji niezależnie od tego, czy chce pracować, czy też nie. „Podstawą do uprawnienia jest samo istnienie jednostki” – stwierdza Bauman w „Pracy, konsumpcjonizmie i nowych ubogich”.

Do wniosku tego dochodzi w całkowicie demagogiczny sposób. Zaczyna od przedstawienia sytuacji wykluczenia nowych ubogich z życia społecznego (całkowicie przy tym i świadomie ignorując problem ich własnej odpowiedzialności za taki stan); dalej dowodzi, że odpowiedzią państwa na ich obecność staje się coraz bardziej represyjny system bezpieczeństwa, który zsyła ich do gett lub nawet do więzień i odczłowiecza, by zakończyć wnioskiem, że współczesne próby obrony społeczności przed jednostkami całkowicie do niej niedostosowanymi przypominają nazizm.

„Nie jesteśmy jeszcze całkiem tak – jeszcze nie” – zastrzega wprawdzie Bauman, ale zaraz dodaje: „Ale na ścianie widnieje napis. Nie lekceważmy go jako jeszcze jednego proroctwa, o którym zazwyczaj zapomina się na długo przed jego sprawdzeniem”. A stąd już tylko krok do stwierdzenia, że jedyną ucieczką przed grożącą ludzkości powtórką z Holokaustu jest radykalny projekt społeczny niszczący związki między pracą i życiem oraz fundującą społeczność zasadę sprawiedliwości (zwyczajnej, a nie społecznej).

Wehikułem służącym do tej radykalnej przemiany natury ludzkiej ma się stać „wspólnota ogólnoludzka”. A jej głównym stwórcą odważna Europa, która podejmie projekt powszechnego pokoju i dialogu. Projekt ten opierać się ma, zdaniem Baumana, na wspólnocie wartości: tolerancji, humanizmu i braterstwa, czyli rewolucji. Instytucje europejskie powinny także przyjąć jako swój styl myślenia i działania „nowy kosmopolityzm”, który, cytując Roberta Fine, Bauman ujmuje w sposób następujący: „jest to sposób myślenia, który deklaruje swój sprzeciw wobec wszelkich form nacjonalizmu i fundamentalizmu religijnego, a także ekonomicznych mechanizmów globalnego kapitalizmu”.

Co ma zastąpić religię, naród i kapitalizm? Jak to już zostało powiedziane – państwo opiekuńcze. To jego ideologia ma rozwiązać wszystkie problemy globalizującego się świata. „Państwo opiekuńcze było inkubatorem pokojowych form rozwiązywania konfliktów lub (…) pracownią, w której projektowano narzędzia do uśmierzania i poskramiania konfliktów poprzez ich „instytucjonalizację”. (…) Zamiast represji i wykluczenia – konsekwentny wysiłek na rzecz „stworzenia odpowiednich warunków życia” ofiarom niesprawiedliwości poprzez bardziej godziwy sposób podziału »możliwości« (…) Sztukę tę, przez wiele lat ćwiczoną i doskonaloną w Europie, można dziś wykorzystać do uporządkowania i ucywilizowania globalnej ziemi niczyjej” – stwierdza Bauman w „Europie – niedokończonej przygodzie”.

Nietrudno zauważyć, że uwagi te skierowane są tyleż w kierunku nowych rozwiązań, ile przeciwko Stanom Zjednoczonym. W kolejnych swoich publikacjach (i tu również pozostaje nieuleczalnie lewicowy) Bauman skupia się na krytyce amerykańskiej polityki (tak zresztą wewnętrznej, jak i zewnętrznej). Ma być ona nie tylko nieskuteczna, szkodliwa, niszcząca pokój, ale także represyjna i budząca najgorsze upiory współczesności. „Ameryka może się stać główną przyczyną nieszczęścia, któremu nikt nie zdoła zapobiec” – stwierdza Bauman i zarzuca Stanom Zjednoczonym jednostronne postrzeganie ziemi jako miejsca „nieustannego konfliktu”. „Postawa si vis pacem, para bellum jest zaraźliwa i łatwo nabiera wymiaru globalnego. Napędza ogólnoświatowy wyścig zbrojeń i grozi przekształceniem każdego przypadku niezaspokojonych żądań lub cierpienia w casus belli” – dodaje.

Dlatego Europa powinna się stać głównym miejscem sprzeciwu wobec amerykańskiej polityki. Ma się ona stać laboratorium, w którym kształtować się będą narzędzia „kantowskiego powszechnego zjednoczenia ludzkości”. Jednym słowem Europa ma zostać miejscem, w którym sprawdzane będą nowe projekty rekonstrukcji ludzkości tym tylko różniące się od swoich ideologicznych poprzedników, że niezawierające w sobie wizji „końca historii”, pełnego spełnienia, a będące jedynie „niedokończonym projektem”, „wizją bez zwieńczenia”.

Problem polega tylko na tym, że jak na razie to właśnie Stany Zjednoczone prowadzą politykę zgodną z ideologią, która – choć nie bez porażek, kłopotów i moralnych dwuznaczności – realnie zmienia świat. Europa natomiast produkuje masy papieru, rozważań intelektualistów i pojękiwań moralistów, które nie zmieniają niczego. A jej wojska są już tak „dialogiczne”, że gdy przychodzi im bronić cywilów przed atakami, rzucają broń i uciekają do koszar.

Tyle pozytywne, ideologiczne propozycje Baumana. Wszystkie one nie odbierają jednak znaczenia opisowi rzeczywistości prezentowanemu w tekstach polskiego socjologa. Jego analizy płynnej nowoczesności, jej wpływu na życie rodzinne, przyjaźń czy nawet spoistość państw (post) narodowych zachowują swoją wartość pomimo ideologicznych pomysłów reformy społecznej. Tak konserwatysta, jak i katolik czy liberał może i powinien się wczytać w analizy życia społecznego i wpływu na nie konsumpcjonizmu. Przypomnienie, że współczesna cywilizacja promuje związki płytkie i bez zobowiązań, wykazanie, jak bardzo zmieniła się nowoczesność w ostatnich latach i jak bardzo zmienić się muszą w związku z tym programy polityczne i projekty światopoglądowe – pozostaje bez wątpienia darem, jaki Bauman może ofiarować wszystkim.

Nie zmienia to jednak faktu, że jego książki swoim czytelnikom (szczególnie tym o nielewicowych poglądach) przypominać mogą Dr. Jekylla i Mr. Hyde’a. Z jednej bowiem strony oferują głęboką analizę współczesności przydatną do własnych rozważań, z drugiej zaś przedstawiają propozycję reformy świata, której skutkiem byłyby instytucje jeszcze bardziej zniewalające i niszczące naturalne wspólnoty, niż te, które obecnie istnieją.