Drogi Carlo Maria Martini
stosownie do pierwotnej propozycji tego pisma znów mamy okazję do naszej cokwartalnej rozmowy. Celem tej wymiany listów jest zakreślenie obszaru dyskusji wspólnego dla laików i katolików (przy czym Pan, przypominam, występuje jako człowiek kultury i wierzący, nie zaś w szatach księcia Kościoła). Zastanawiam się jednak, czy powinniśmy poszukiwać jedynie punktów wspólnych. Czy warto, byśmy pytali się nawzajem, co myślimy o karze śmierci i ludobójstwie, skoro okaże się niezawodnie, że w kwestii pewnych wartości panuje między nami głęboka zgoda? Jeśli mamy wieść dialog, to musi on obejmować również obszary, na których nie ma zgody. Ale to nie wszystko; jeśli na przykład laik nie wierzy w „rzeczywistą obecność", katolik zaś – co naturalne – i owszem, to fakt ten nie oznacza wzajemnego niezrozumienia, lecz po prostu szacunek dla przekonań partnera. Punkt krytyczny tkwi tam, gdzie z rozbieżności mogą rodzić się konflikty i nieporozumienia głębsze, mogące odbijać się na płaszczyźnie politycznej i społecznej.
Kiedy dochodzi do konfrontacji problemów takiej wagi, trzeba wyłożyć karty na stół, aby zapobiec nieporozumieniom; ten, kto zadaje pytanie, powinien wyjaśnić, z jakiego stanowiska je zadaje i czego oczekuje od rozmówcy. Oto więc pierwsza sprawa, którą wyjaśniam: nigdy mi się nie zdarzyło, abym kobiecie twierdzącej, że zaszła w ciążę przy moim udziale, doradzał aborcję czy też akceptował jej decyzję spędzenia płodu. Gdyby coś takiego mi się przytrafiło, zrobiłbym wszystko w celu przekonania jej, żeby urodziła to dziecko niezależnie od ceny, jaką oboje musielibyśmy za to zapłacić. Zrobiłbym tak dlatego, że narodziny dziecka uważam za rzecz cudowną, za cud przyrodniczy, który powinniśmy zaakceptować. A jednak nie ważyłbym się narzucać tego mojego stanowiska etycznego (mojej postawy uczuciowej, mego wyrozumowanego przekonania) komukolwiek. Uważam, że w życiu kobiety zdarzają się chwile straszliwe (wszyscy wiemy o nich bardzo mało, toteż nie chcę wdawać się tu w żadną klasyfikację, w żadną kazuistykę), kiedy ma ona prawo suwerennie decydować o swoim ciele, o swoich uczuciach i o swojej przyszłości.
Niemniej przeto inni będą się odwoływać do praw życia. Jeśli w imię prawa do życia nie możemy się zgodzić, aby ktokolwiek zabijał bliźniego, ba, nawet samego siebie (nie zamierzam wikłać się w roztrząsanie kwestii granic obrony koniecznej), to również nie możemy pozwolić na zagradzanie drogi rozpoczętemu już życiu.
Tu wyjaśnijmy drugą sprawę: byłoby z mojej strony złośliwością, gdybym z tego miejsca nakłaniał Pana do wyrażenia swojej opinii bądź do przypomnienia nam nauczania Kościoła. Prosiłbym raczej o skomentowanie przedłożonych przeze mnie refleksji i o naświetlenie ich z punktu widzenia aktualnej doktryny. Sztandar Życia, gdy już powiewa, musi poruszyć wszystkie serca; powiedziałbym nawet, że najbardziej ze wszystkich – serca niewierzących, owszem, najmocniej przywiązanych do swej „wiary" ateistów, gdyż oni właśnie, niewierzący w żadną instancję nadprzyrodzoną, w idei Życia i w odczuciu Życia odnajdują jedyną wartość, jedyne możliwe źródło etyki. Nie ma atoli pojęcia bardziej ulotnego i niepochwytnego, bardziej fuzzy, jak powiadają współcześni logicy. Jak wiedzieli już starożytni, za życie uznaje się nie tylko wszelki przejaw duszy rozumnej, lecz również zmysłowej i wegetatywnej. Co więcej, są dziś ludzie (sami się mienią „radykalnymi ekologistami"), wedle których życiem obdarzona jest sama Matka Ziemia razem ze swymi górami i wulkanami, do tego stopnia, że zadają oni sobie pytanie, czy rodzaj ludzki nie powinien zniknąć, aby planeta (której on zagraża) mogła przetrwać. Są wegetarianie rezygnujący z poszanowania życia roślinnego na rzecz ochrony zwierzęcego; są asceci orientalni osłaniający usta, aby nie połykać i nie niszczyć niewidocznych mikroorganizmów.