Rafał A. Ziemkiewicz: Elita o prawdę nie pyta

Autorytety nie potrzebują Cenckiewicza i Gontarczyka, aby wiedzieć, kim był TW „Bolek”. I dlatego rezygnując z pozorów rzetelności, zaatakowały ich tak wściekle

Publikacja: 31.05.2008 00:13

Rafał A. Ziemkiewicz: Elita o prawdę nie pyta

Foto: Fotorzepa, Seweryn Sołtys

List intelektualistów i polityków z obozu dawnej Unii Demokratycznej, atakujący IPN oraz autorów przygotowywanej dopiero książki zbierającej źródła do sprawy tajnego współpracownika SB o pseudonimie Bolek, przywodzi na myśl stary kawał o milicjancie aresztującym obywatela, który powiedział, że „rząd jest do d…”. „Ależ panie władzo”, tłumaczy się zatrzymywany, „przecież ja tak o amerykańskim rządzie, nie o naszym”. Na co milicjant: „Co mi tu, obywatelu, będziecie gadać! Wszyscy dobrze wiedzą, który rząd jest do d…!”.

Odpowiedź na pytanie, jak tak wielkie autorytety mogą w równie bezwzględny sposób atakować książkę, której nikt jeszcze nie miał okazji przeczytać, jest równie prosta, jak rozumowanie owego milicjanta: autorytety nie potrzebują Cenckiewicza i Gontarczyka, aby wiedzieć, kim był TW „Bolek”. Sygnatariusze tego żałosnego listu nie potrzebują sprawdzać, na jakie dokumenty powołują się historycy IPN, ani recenzować ich pracy. Wiedzą, że napiszą oni prawdę. I dlatego właśnie, rezygnując z bodaj pozorów rzetelności, zaatakowali ich tak wściekle. Z przygwożdżeniem oszczerstwa środowisko mające w ręku tak potężne media poradziłoby sobie łatwo. Prawdę może tylko próbować zakrzyczeć i zatupać, póki czas, to znaczy, zanim zostaną upublicznione dowody.

Piotr Semka przypomniał w swoim artykule, jak Adam Michnik publicznie przywołał do porządku Lecha Wałęsę podczas dyskusji o sprawie Güntera Grassa, przypominając mu, że sam ma w młodości epizod nie mniej wstydliwy niż służba niemieckiego pisarza w SS. Nie jest to przykład jedyny. Na łamy prasy w tekstach znaczących autorów docierała nieraz aluzyjna obrona Wałęsy, utrzymana w duchu: przy takich zasługach nie można czynić mu wyrzutu za to, co w chwili słabości podpisał przestraszony robotnik.Pisał tak niedawno w „Gazecie Wyborczej” o. Maciej Zięba: „jeżeli nawet uwikłał się wówczas w jakąś formę kontaktów z SB, o czym napomyka w »Drogach nadziei«, to można to zrozumieć i wybaczyć u młodego osamotnionego robotnika szantażowanego przez wszechmocną machinę tajnej policji”. Co najmniej dwa razy wspominał o sprawie niemal otwartym tekstem Jacek Kuroń (w „Gwiezdnym Czasie” oraz „Spoko”).

Staranna kwerenda przyniosłaby więcej takich napomknień, pochodzących bynajmniej nie od Walentynowicz, Gwiazdy i Wyszkowskiego, ale z rdzenia salonu. Owe półsłówka i aluzje nie brały się znikąd; w półprywatnych rozmowach często usłyszeć można było ubolewanie, że Lechu niepotrzebnie zabrnął w krętactwa, że mógł wyjaśnić tę zamierzchłą, i, jak się w środowisku zawsze twierdziło, pozbawioną znaczenia sprawę, wtedy, gdy cieszył się nieograniczonym zaufaniem Polaków.

Bardziej zresztą od dokumentów, które historycy odnaleźli w zakamarkach archiwów, gdzie przetrwały w zapomnieniu prezydenturę Wałęsy, wymowny jest los tych, które leżały na głównych półkach.

To one najprawdopodobniej stanowiły zgubę Adama Hodysza, w czasach PRL oficera SB współpracującego z „Solidarnością”, skazanego za to i uwięzionego, którego Wałęsa usunął z funkcji szefa gdańskiej delegatury UOP z haniebnym uzasadnieniem: „raz zdradził, może zdradzić znowu”. W środowisku dziennikarskim panuje graniczące z pewnością przekonanie, że Hodysz przeciwstawiał się niezgodnemu z prawem przekazaniu archiwaliów Wałęsie. Jego następcy (notabene, obsadził wówczas Wałęsa gdański UOP esbekami, którzy za czasów PRL go rozpracowywali) tego typu oporów nie mieli – teczka „Bolka”, zdaniem osób zajmujących się tą sprawą, została zabrana z archiwów przez Mieczysława Wachowskiego i zaginęła. To właśnie brak jej oryginalnej zawartości (pozostały jedynie kopie) zadecydował o wydaniu przez sąd lustracyjny w 2000 roku wyroku, na który bezustannie powołuje się dziś Wałęsa.

Dodajmy, że orzeczenie to, którego zdaniem obrońców Wałęsy nikt już nigdy nie ma prawa weryfikować, zapadło na podstawie tej samej ustawy, która kazała sądowi uwolnić od zarzutu kłamstwa lustracyjnego Mariana Jurczyka, mimo iż zachowało się jego zobowiązanie do współpracy, donosy oraz pokwitowania wypłacanych za nie pieniędzy. Warto o tym przypomnieć, ponieważ argument „Wałęsa był już lustrowany i oczyszczony prawomocnym wyrokiem sądu” usłyszymy zapewne jeszcze nieraz, podobnie jak rytualne pokpiwania „to co, niby agent obalił komunizm?”.

Co szczególnie zabawne, ci sami, którym wydaje się to wystarczającą odpowiedzią na wyniki badań historyków, chętnie dla walki z lustracją przywołują Jacka Kuronia, mającego zwyczaj informacje o domniemanych agentach w KOR kwitować historią, jak to Swierdłow po rewolucji dowiedział się z archiwów, iż cała jego komórka partii bolszewickiej, co do jednej osoby, składała się z agentów Ochrany; no i patrzcie, miał studzić Kuroń co zapalczywszych, pomimo to carat obalili.

[wyimek]Sygnatariusze listu w obronie Wałęsy nie potrzebują sprawdzać, na jakie dokumenty powołują się historycy IPN, ani recenzować ich pracy. Wiedzą, że napiszą oni prawdę[/wyimek]

Niekonsekwencja? Niejedyna. Tak się złożyło, że na pierwszej stronie tej samej „Gazety Wyborczej”, w której opublikowano prowałęsowski list, znalazło się płomienne wezwanie do rządu Tuska, aby skuteczniej rozliczał PiS, albowiem trzeba mieć pewność, że nikt już nigdy nie będzie mógł „w taki sposób nadużywać władzy”. Nadużycia władzy przez PiS pozostają w sferze niepopartych dowodami ani nawet przekonującymi przesłankami oskarżeń; jak na razie, mimo starań dwóch sejmowych komisji i całego zespołu prokuratorów jedynym, jakie udało się udowodnić, było udostępnianie przez ministra służbowego laptopa przyjaciółce.

[srodtytul]Nieważne co, ale w jakiej gazecie[/srodtytul]

Natomiast w historii „Bolka”, trzeba to podkreślić, mniej porażające od papierów z początku lat 70. są właśnie oczywiste nadużycia władzy, których dla „wyprostowania” historii dopuszczał się Wałęsa jako prezydent. Wydaje się, że środowisko, które tak czułe się okazało na domniemane nadużywanie służb przez Kaczyńskiego i Ziobrę, powinno mieć w tej sprawie jednoznaczną opinię. Ale jak zwykle okazuje się, że dla „autorytetów”, kiedy Kali kraść krowy, to być dobrze.

Nie przesądzając co do meritum sprawy – skojarzenie Wałęsy z „Bolkiem” jest od wielu lat dla środowiska, które tak ostro zaatakowało Cenckiewicza i Gontarczyka, równie oczywiste, jak dla zmarginalizowanych w latach 80. przez grupę Wałęsy współzałożycieli WZZ i „Solidarności”. Motorem zaangażowania owego środowiska po stronie Wałęsy nie jest więc przekonanie, że ktoś chce na bohatera rzucić oszczerstwo – ale przekonanie, że prawda, którą znają i z którą potrafili się uporać wtajemniczeni, absolutnie nie może się stać własnością ogółu. Półgębkiem przyznają to sami sygnatariusze listu, wyjaśniając, że chodzi im o ochronę narodowego symbolu, że jest to kwestia naszego prestiżu w świecie etc. Nie nazywając prawdy prawdą, piętrzą oni argumenty mające uzasadnić, dlaczego Polacy na prawdę nie zasługują, dlaczego lepiej od niej przysłuży im się mit, sfałszowany, ale za to krzepiący.

W ataku na Cenckiewicza i Gontarczyka bezprecedensowe jest tylko to, że „autorytety” nie raczyły zaczekać do chwili ukazania się książki. Ale sam sposób działania środowiska jest doskonale znany.

Podobnie było np. podczas kampanii „w obronie czci Jacka Kuronia”, o tyle groteskowej, iż owej czci nikt Kuroniowi nie ujmował. Fragmenty protokołów przesłuchań, podczas których Kuroń za pośrednictwem płk. Lesiaka namawiał reżim stanu wojennego do pokojowego wyjścia z sytuacji, w czym zresztą najwyraźniej został wysłuchany, równie dobrze mogłyby się ukazać w „Gazecie Wyborczej” wraz z laudacją jej redaktora naczelnego – i cała histeria wybuchła dlatego, że ukazały się zupełnie gdzie indziej, bez błogosławieństwa środowiska, które uważa się za jedynego dysponenta historycznej prawdy.

Analogicznie, nie przeszkadzało temu środowisku, kiedy to właśnie na łamach „Wyborczej” dziennikarki tej gazety rzucały na Zbigniewa Herberta potwarz, jakoby współpracował z SB, a znana reżyserka, odwołując się do tej potwarzy, „dekonstruowała” go stwierdzeniem, że „nie był wcale taki niezłomny”. Natomiast to samo oskarżenie powtórzone w piśmie nieautoryzowanym przez salon wzbudziło furię; na długie lata pełna zgrozy fraza „podnoszą rękę nawet na Kuronia i Herberta!” weszła do podręcznego zasobu mądrości każdego „autoryteta”.

W tym samym zasobie mieści się też stwierdzenie, że „kwestionowanie autorytetów” to coś, co zagraża demokracji i powinno być potępione oraz udaremnione z całą surowością. I tu dochodzimy do sedna całej sprawy. W obecnej kampanii nie chodzi o Wałęsę (tak jak w poprzedniej nie chodziło o Kuronia), ale o to, że ktoś próbuje naruszyć monopol „autorytetów” na prawdę i słuszność.

Michnik miał prawo mówić o wstydliwych epizodach z młodości Wałęsy, ale Cenckiewiczowi z Gontarczykiem od badania życiorysów wara! Do czego to musi doprowadzić – dziś pozwoli się im badać akta „Bolka”, jutro gotowi spytać o działalność Bronisława Geremka przed 1968 r., a pojutrze o to, co w 1990 roku robił sam Michnik w archiwach bezpieki. Systemat arbitralnie orzeczonych „prawd”, w które prości Polacy mają dla własnego dobra niewzruszenie wierzyć, zostanie w ten sposób skutecznie podważony, co dla „autorytetów” oznacza koniec świata. I, jeśli przyjąć, że chodzi o ich świat – słusznie.

Środowisko, uważające się za elitę Polaków, sprawę osądziło w swoim gronie, i w jego przekonaniu jest ona na wieki zamknięta. W wersji dla maluczkich: Wałęsa jest czysty jak łza. W wersji dla aspirujących: tak, miał chwilę upadku, ale zmazał winy i nie należy o tym mówić, by nie gorszyć maluczkich. Problematyczność owego wyroku w tym, iż został wydany nie na podstawie prawdy, ale pod konkretne, polityczne potrzeby.

Tymczasem przyznanie, iż „chwila słabości” rzeczywiście miała miejsce, zwłaszcza w świetle późniejszej gorączkowej aktywności mającej służyć jej ukryciu, w oczywisty sposób skłania do zadania pytań, czy w istocie słabość ograniczyła się tylko do „podpisania czegoś”, czy może stało się coś gorszego, i czy epizod z początku lat 70. rzeczywiście nie miał żadnych następstw, na przykład nieformalnych nacisków w okresie ustrojowej transformacji?

[srodtytul]Polacy zasłużyli na lepszą elitę[/srodtytul]

Źle by się stało, gdyby list „autorytetów” został szybko zapomniany albo uznany tylko za fragment debaty o przeszłości Wałęsy i o książce IPN. Ten list nic nie mówi ani o książce, ani o Wałęsie i jego przeszłości – mówi natomiast wiele o sytuacji Polski, w której „autorytety” stały się swoistą sitwą, jak wiele innych sitw zazdrośnie pilnującą swojej pozycji, w imię przekonania, że naród autorytetów bezwzględnie potrzebuje. Z tym ostatnim nie zgodzić się nie sposób. Ale naród nie potrzebuje autorytetów, których tytułem do wyrokowania w ważnych dla narodu kwestiach jest to, że nawzajem za swą wyższość ręczą. Nawet jeśli wśród uwiarygodniających tę elitę są osoby, których dawne tytuły do chwały pozostają niekwestionowane, albowiem używając ich w taki sposób, sami podważają swoją wiarygodność.

We wspomnianym już artykule o. Zięba rozgrzesza aluzyjnie Wałęsę nie tylko jako „młodego robotnika”, ale także i jako prezydenta, dopuszczającego się nadużyć, argumentując, że prezydentura ta przypadła na czasy, gdy rozmaite nadużycia były powszechne. Można sobie wyobrazić, jak silna jest w tym środowisku presja relatywizmu, skoro podobnego argumentu użył publicznie nawet katolicki kapłan!

Choć może nie jest to przypadkiem, podobnie jak włączenie się do chóru odmawiającego Polakom prawa do prawdy niektórych biskupów. Środowiska, z których rekrutują się sygnatariusze listu, postępują identycznie jak – niestety – hierarchowie, za sprawą których polski Kościół stał się Kościołem Paetza i Wielgusa, a nie księdza Isakowicza-Zaleskiego.

Tymczasem, podobnie jak nie da się zbudować trwałego autorytetu Kościoła na tuszowaniu skandali, przenoszeniu sprawców do innych parafii i zakrzykiwaniu ofiar, tak samo nie da się budować elity narodu na „brudnej wspólnocie” ludzi, którzy nawzajem dają sobie alibi i zgodnie idą w zaparte, aby uniemożliwić komukolwiek dochodzenie prawdy o czymkolwiek. Polacy naprawdę zasługują na lepszą elitę, niż ta, która była w stanie wydać z siebie coś takiego, jak ów list.

List intelektualistów i polityków z obozu dawnej Unii Demokratycznej, atakujący IPN oraz autorów przygotowywanej dopiero książki zbierającej źródła do sprawy tajnego współpracownika SB o pseudonimie Bolek, przywodzi na myśl stary kawał o milicjancie aresztującym obywatela, który powiedział, że „rząd jest do d…”. „Ależ panie władzo”, tłumaczy się zatrzymywany, „przecież ja tak o amerykańskim rządzie, nie o naszym”. Na co milicjant: „Co mi tu, obywatelu, będziecie gadać! Wszyscy dobrze wiedzą, który rząd jest do d…!”.

Pozostało 96% artykułu
Plus Minus
„Ilustrownik. Przewodnik po sztuce malarskiej": Złoto na palecie, czerń na płótnie
https://track.adform.net/adfserve/?bn=77855207;1x1inv=1;srctype=3;gdpr=${gdpr};gdpr_consent=${gdpr_consent_50};ord=[timestamp]
Plus Minus
„Indiana Jones and the Great Circle”: Indiana Jones wiecznie młody
Plus Minus
„Lekcja gry na pianinie”: Duchy zmarłych przodków
Plus Minus
„Odwilż”: Handel ludźmi nad Odrą
Materiał Promocyjny
Bank Pekao wchodzi w świat gamingu ze swoją planszą w Fortnite
Plus Minus
Gość "Plusa Minusa" poleca. Artur Urbanowicz: Eksperyment się nie udał