Czytaj więcej

"Rzeczpospolita" o przejściu Roberta Lewandowskiego do Barcelony

Robert Lewandowski potrzebował trzech minut na strzelenie pierwszej bramki dla Barcelony na Camp Nou. Jak taka sytuacja wpływa na piłkarza?

Nie mogło być lepiej. Robert jest w szczególnej sytuacji, bo od niego bez przerwy od kilku lat dużo się wymaga. Kiedy zdarzył mu się jakiś mecz bez gola dla Bayernu, to już mógł przeczytać, że coś jest z nim nie tak. Kiedy nie zdobywał bramek dla Barcelony na Florydzie, to zastanawiano się, czy dobrze zrobił, idąc do tego klubu.

Dobrze zrobił?

Mówiłem od dawna, że nie ma powodów do niepokoju, ponieważ każdy zawodnik, nawet najlepszy, musi najpierw poznać nową drużynę, możliwości jej graczy, czyli swoich partnerów, zobaczyć na treningu, co potrafią, jakie mają predyspozycje, żeby lepiej z nimi współpracować. To wymaga czasu. W dodatku warunki i okoliczności meczów na Florydzie były bardziej propagandowe niż sportowe. Robert odpalił w najlepszym z możliwych momentów. Ludzie przyszli na Camp Nou, żeby zobaczyć jak strzela, i już wiedzą, że nie można się spóźniać, ani wychodzić przed 90. minutą, bo on potrafi zdobyć bramkę w każdym momencie.

Myśli pan, że coś takiego jak presja na Lewandowskiego już nie działa? Wiedział, czego kibice od niego oczekują, i im to dał?

To jest wielkość piłkarza, Robert udowadnia to od wielu lat i ciężko na to pracuje. Im więcej potrafisz, tym jesteś pewniejszy w zawodach nawet o najwyższe stawki. On grał najpierw przy wypełnionych regularnie ponad 80 tysiącami widzów trybunach w Dortmundzie, potem na Allianz Arenie, która sama w sobie poraża rywali Bayernu, ale zawodnikom tego klubu narzuca wyjątkowe obowiązki. Na niego to nie działało. W Lidze Mistrzów i reprezentacji Polski poznał wszystkie najważniejsze stadiony Europy i prawie na każdym zaznaczył swoją obecność. To czego on się ma obawiać? Sądzę, że chodzą mu po głowie jakieś ambitne myśli, w rodzaju: na Camp Nou gwiazdami byli najlepsi piłkarze świata od ponad pół wieku. Dlaczego mam nie być kolejną? Stać mnie na to.

Pan pamięta swój debiut w Atletico Madryt?

Pamiętam, ale nie wiem, czy to w ogóle można porównywać. Przeszedłem wprawdzie drogę podobną do tej, jaką pokonuje Robert, ale jednak nieco inną. Kiedy grałem w Legii, zwykle rozmawiało ze mną dwóch–trzech znanych mi osobiście dziennikarzy, którzy zresztą zadawali na ogół takie same pytania. Potem wsiadałem w fiata 126p i jechałem do domu w bloku na Targówku. O żadnym stresie nie mogło być mowy. Zaczął się, kiedy Legia sprzedała mnie do Galatasaray. Na lotnisku w Stambule czekało na mnie 10 tysięcy kibiców, a pytaniami i aparatami atakowało mnie kilkudziesięciu dziennikarzy i fotoreporterów.

Co się wtedy czuje? Strach, presję czy satysfakcję? Jak sobie warszawiak z Mirkowa, Gwardii, Ursusa, Targówka i Łazienkowskiej radzi w takiej sytuacji?

No właśnie nie daje sobie w kaszę dmuchać. A Lewy to skąd jest? Poza tym ja też miałem poczucie swojej wartości. Po meczach Legii z Barceloną, kiedy sędzia nie uznał mi prawidłowej bramki na Camp Nou, wiem, że interesował się mną trener Johan Cruyff. Ostatecznie to nie Barcelona złożyła propozycję transferu, tylko Espanyol. Ale Centralny Ośrodek Sportu, bo taka instytucja zajmowała się wtedy wyjazdami sportowców za granicę, postawił cenę zaporową 4 milionów dolarów, i do transferu nie doszło. Szkoda, bo byłbym w Barcelonie 30 lat przed Lewym. Tylko na innym stadionie.

Czytaj więcej

Piłkarzy trzeba uwieść. Xavi z misją odbudowy Barcelony

Czy to prawda, że mógł pan wtedy zostać zawodnikiem Arsenalu, ale odrzucił pan ofertę?

Arsenal złożył propozycję, ale zażądał przyjazdu na testy do Londynu. Uznałem, że skoro chcą mnie kupić, to niech przyjadą do Warszawy i oglądają mnie na Łazienkowskiej. Oni nie przyjechali, ja nie pojechałem i tak zostałem graczem Galatasaray.

Był początek roku 1991 i my wtedy w Polsce uznaliśmy, że to nie jest dobry kierunek dla wybitnie utalentowanego polskiego piłkarza. Warto było?

Bardzo warto. Turcy wtedy mocno stawiali na rozwój futbolu, spotkałem się tam ze znanymi piłkarzami i trenerami, a przede wszystkim przyzwyczaiłem do gier na gorących stadionach, w obecności czasami blisko 100 tysięcy ludzi. Więc kiedy kupiła mnie Osasuna Pampeluna, to jej ładny, ale tylko 20-tysięczny stadion wydawał mi się mały. O stresie nie mogło być mowy.

Miał pan wtedy wsparcie Jana Urbana. Robert Lewandowski nie ma obok siebie nikogo takiego...

Ale on ma zupełnie inną pozycję, bo przychodzi do wielkiego klubu nie jako aspirant, tylko gwiazda mająca przywrócić Barcelonie blask. Nawet w takim miejscu, gdzie przypadkowych zawodników nie ma, widać, jakim autorytetem się cieszy. Ma prawo odezwać się w szatni, kiedy strzela lub podaje, jak w niedawnym meczu z meksykańskim zespołem UNAM, to partnerzy gratulują mu z respektem. Pedri czy Ansu Fati, którzy mają po 19 lat, dobrze wiedzą, ile mogą się od Roberta nauczyć.

Ale już taki Pierre-Emerick Aubameyang zapewne zdaje sobie sprawę, że Lewandowski może osłabiać jego pozycję. Myśli pan, że Robert znajdzie w Barcelonie kogoś takiego, jak Thomas Mueller, Joshua Kimmich czy Serge Gnabry, kto będzie obsługiwał go podaniami, jak oni czynili to w Bayernie?

Grają dla wspólnego celu, więc nie sądzę, żeby w meczu ligowym piłkarz myślał o tym, że temu poda, a temu nie. To w takich spotkaniach, jakie teraz oglądamy, jeszcze towarzyskich, rozgrywanych przez wszystkie hiszpańskie kluby tradycyjnie tydzień przed rozpoczęciem sezonu, wielu, zwłaszcza młodych zawodników, chce błysnąć indywidualnymi akcjami, techniką, by zyskać zwolenników wśród kibiców. Potem to już będzie wyglądało inaczej.

I nie ma pan obaw, że Lewandowski może nie dać sobie rady? Zlatanowi Ibrahimoviciowi w Barcelonie się nie powiodło.

Co do Roberta – nie mam żadnych obaw. Wybrał najlepszą moim zdaniem ligę świata i do niej pasuje. Wiem, że bardzo dobrze ogląda się Premier League, ale uważam, że La Liga jest najlepsza, ponieważ ze względu na obecność piłkarzy z Hiszpanii i Ameryki Południowej stoi na najwyższym poziomie technicznym. Żonglowanie piłką na pokazach jest dla kibiców i fotoreporterów, on to robi świetnie, ale przede wszystkim ma technikę użytkową, która pozwala mu na pełnej szybkości piłkę przyjąć, podać, minąć przeciwnika lub oddać strzał. A to nie każdy potrafi.

W Polsce na pewno nie...

Kiedyś było inaczej. Kiedy w roku 1989 Legia grała z Barceloną, nikt z nas, z Leszkiem Piszem na czele, nie odstawał od Katalończyków pod względem techniki. A jeden nawet ich przewyższał. To był Staszek Terlecki. Oni nie mogli się napatrzeć, jak Staszek podaje piłkę zewnętrzną częścią buta, precyzyjnie na kilkadziesiąt metrów. Przegraliśmy dwumecz jedną bramką i dość pechowo. Wspomniał pan o Janku Urbanie. W moim debiucie ligowym w Osasunie graliśmy z Jankiem w ataku. Ja mu podałem piłkę na głowę, on strzelił, wygraliśmy z Albacete 3:0. Dwaj Polacy w lidze hiszpańskiej. Od razu o nas rozpisywała się prasa. Potem on wbił trzy bramki Realowi na Estadio Bernabeu.

A pan dwie Barcelonie na Vicente Calderon.

No, fakt. Barcelona przyjechała do Madrytu z Romario, Ronaldem Koemanem, Michaelem Laudrupem, trenerem Johanem Cruyffem na ławce i prowadziła do przerwy 3:0. Trochę się zagotowaliśmy w szatni, bo paru grajków u nas było: Diego Simeone, Rosjanin Igor Dobrowolski, trzech reprezentantów Hiszpanii – Kiko, Manolo i Caminero. No i tak jakoś wyszło, że strzeliłem dwie bramki, potem przebiegłem z piłką pół boiska, mijając paru rywali po drodze, podałem do Caminero, a on strzelił na 4:3. Od tamtej pory klub przysyła mi życzenia świąteczne i zaproszenia na ważne mecze. Bo to jest część hiszpańskiej kultury piłkarskiej, której Robert będzie teraz doświadczał. Hiszpanie takich widowiskowych zawodników uwielbiają. Wszystko przed Robertem.