Jeśli przychodzi nowy selekcjoner, który na pierwszej konferencji prasowej mówi, że wybrał już bramkarza, to odbiór tych słów jest jednoznaczny: Paulo Sousa postawił na Wojciecha Szczęsnego.

Żadne nazwiska nie padły, jednak wkrótce przypuszczenia się sprawdziły. Od kiedy Sousa jest selekcjonerem, w siedmiu z ośmiu meczów wystąpił Szczęsny. Młodszy od Fabiańskiego o pięć lat, grający w lepszym klubie z ligi znanej Sousie. Ale czy rzeczywiście lepszy? Trudno powiedzieć. Obydwaj są bardzo dobrzy.

Droga przez mękę

Fabiański zagrał tylko w jednym towarzyskim meczu, a ponieważ po Euro trener pozostał na stanowisku, bramkarz dobrze wiedział, że dla niego oznacza to ławkę rezerwowych. W wieku 36 lat to już nie dla niego. Niech siedzą młodsi, dopóki nie awansują w hierarchii.

Taka pozycja była wyróżnieniem, kiedy na mundialu w Niemczech, wraz z Tomaszem Kuszczakiem, a na Euro w Austrii z Wojciechem Kowalewskim patrzyli, jak broni lepszy od nich Artur Boruc. Ale to było 15 lat temu, w czasie których Fabiański rozegrał w reprezentacji

56 meczów.

Przeszedł drogę upokorzeń. Chłopak z Kostrzyna nad Odrą, syn taksówkarza i celniczki zaczynał w wieku 14 lat w Polonii Słubice. Z opinią talentu trafił najlepiej, jak mógł: do szkoły piłkarskiej w Szamotułach, gdzie trenerem bramkarzy był Andrzej Dawidziuk, jeden z najlepszych polskich specjalistów w tej dziedzinie. Na początek kilkunastoletniemu Łukaszowi zafundowano zwiedzanie Polski powiatowej. Bronił barw klubów w Drezdenku, Brodnicy, Gnieźnie, wreszcie w wieku 19 lat znalazł się w Lechu. Bez szans na grę w lidze, więc oddano go do Legii.

Tu trafił na innego wielkiego trenera: Krzysztofa Dowhania, przez którego ręce przeszło kilku reprezentacyjnych bramkarzy. Fabiański wykonywał jego polecenia i patrzył, co robi Artur Boruc. Kiedy Boruc przeszedł do Celticu Glasgow, Fabiański włożył wreszcie koszulkę z numerem 1. Po roku został mistrzem Polski i najlepszym bramkarzem ekstraklasy, a po dwóch był już w Arsenalu.

Sprzyjał mu trener Arsene Wenger, ale nie mógł liczyć na życzliwość pierwszego bramkarza, Niemca Jensa Lehmanna. W Londynie przeżył upokorzenia, krytykę prasy, wspominającej o jego „dziurawych rękach", pierwszą, przegraną rywalizację ze Szczęsnym. Ale też zdobył Puchar Anglii.

Nie chciał spędzać czasu na ławce, więc latem 2014 roku, po wygaśnięciu umowy z Arsenalem przyjął ofertę Swansea City. Tak zaczynało się jego drugie życie. Zdobył pozycję najlepszego gracza sezonu w Swansea i wyjątkową sympatię kibiców. Nawet kiedy drużyna spadła z ligi i wiadomo było, że Fabiański, jako najlepszy zawodnik odejdzie, jej kibice śpiewali: „Mamy dużego Polaka w naszej bramce".

Autopromocja
SZKOLENIE

Pozyskiwanie sponsorów przez instytucje nauki, kultury i sportu

WEŹ UDZIAŁ

Mydlane bańki

Był rok 2018. Fabiański wyjechał na mundial do Rosji, podpisał umowę z West Ham, ale uznał, że trzeba się jakoś kulturalnie pożegnać. Napisał więc do Swansea i jego kibiców odręczny list w archaicznym stylu, zeskanował i umieścił internecie. Uznał, że tak wypada.

To działo się dokładnie w tym samym czasie, kiedy na kilkadziesiąt godzin przed pierwszym meczem z Senegalem trener Adam Nawałka poinformował Fabiańskiego, że wprawdzie dobrze pracował, ale przegrał rywalizację ze Szczęsnym i na mundialu będzie tylko rezerwowym.

A kiedy Polacy przegrali dwa mecze, w których Szczęsny nie był opoką, w trzecim, „o honor" z Japonią, jednak wpuścił go na boisko. Spełnił marzenie Fabiańskiego o grze na mistrzostwach świata, ale na pewno nie zaspokoił uzasadnionych ambicji. Ale przynajmniej Fabiański został jedynym spośród dziewięciu bramkarzy reprezentacji Polski na mundialach, który nie puścił gola.

W West Ham podtrzymał opinię jednego z najlepszych bramkarzy Premier League. Grał w słynnym klubie, którego domem jest Stadion Olimpijski, gdzie na każdy mecz przychodzi średnio ponad 60 tysięcy kibiców. I gdzie po każdej strzelonej przez WHU bramce, przy dźwiękach klubowego hymnu z roku 1918 „I'am Forever Blowing Bubbles" wypuszcza się z maszyn kolorowe bańki mydlane. Utrzymuje się na wysokim poziomie od 14 lat. Rozegrał w Premier League najwięcej meczów z polskich bramkarzy. Więcej od Jerzego Dudka. W reprezentacji częściej występowali tylko: Artur Boruc, Jan Tomaszewski i właśnie Dudek.

A jednak pozostał pewnego rodzaju niedosyt. Do kadry powoływało go siedmiu selekcjonerów i niemal zawsze był bramkarzem drugiego wyboru. Miał pecha, kiedy przed Euro 2012 opuścił zgrupowanie z kontuzją, jakiej doznał podczas treningu. Mógł mieć poczucie niesprawiedliwości, bo nie był słabszy od Szczęsnego. A kiedy zastąpił go po pierwszym meczu Euro 2016 we Francji, bronił jak natchniony i w znacznym stopniu dzięki niemu dotarliśmy do ćwierćfinału. Historia z Rosji i decyzja Sousy, nim jeszcze zobaczył, kim Fabiański jest, uzupełnia obraz już nie tylko bramkarza, który zasługiwał w reprezentacji na lepsze traktowanie, ale i człowieka, który nigdy nie walczył o swoje kosztem konkurentów.

Nikt nigdy nie słyszał od Łukasza Fabiańskiego słowa skargi. Robił swoje, nie wylewał żalów na Twitterze, na nikogo się nie obrażał nawet wtedy, kiedy w środku musiało się w nim wszystko gotować. Z punktu widzenia współczesnego dziennikarstwa był mało interesujący. Co to za piłkarz, który nie szpanuje samochodem, tatuażem, zegarkiem, żoną lub partnerką i ich torebkami za fortuny, nie robi ustawek z fotoreporterami, nie można go spotkać w kasynie, paparazzi na nim nie zarobią.

Nie lubi tłumów

Ożenił się z koleżanką z Szamotuł. Broni w rękawicach, na których obok polskiej flagi jest imię syna – Janek. I to wszystko, co wiemy o jego rodzinie. Odbiera telefony i ma zawsze coś ciekawego do powiedzenia, chociaż nigdy nie krytykuje trenerów ani partnerów z drużyny.

Jest towarzyski, chociaż nie lubi tłumów. Kiedy Legia zaproponowała mu mieszkanie blisko centrum, na Ursynowie, obok innych legionistów, lub daleko od miejsca pracy, na Białołęce, on wybrał to drugie, bo wolał ciszę i spokój. Przed dwoma laty, na zaproszenie szefa skautów PZPN Macieja Chorążyka przyjechał do ambasady w Londynie na spotkanie z mieszkającymi w Anglii dziećmi mającymi polskie korzenie i grającymi w tamtejszych klubach. Patrzyły w niego jak w obraz, jak na Polaka, który robi karierę w Premier League.

W młodości nosił przezwisko „Bambi", jak sympatyczny jelonek z kreskówki Walta Disneya. Sama dobroć, łagodność, szeroki uśmiech, zaprzeczenie stereotypu, według którego bramkarz musi mieć nierówno pod sufitem.

Miał rację Zbigniew Boniek, pisząc na Twitterze: „Zawsze szkoda i smutno, jak fantastyczni piłkarze i jeszcze lepsi ludzie decydują się zakończyć reprezentacyjną karierę". Prawda, bo reprezentacja z Fabiańskim, Łukaszem Piszczkiem i Kubą Błaszczykowskim była nie tylko lepsza, ale miała bardziej ludzką twarz.