Nie ma dnia, aby rosyjskie media nie informowały opinii publicznej o podstępnych planach Warszawy wobec zachodniej Ukrainy. W ubiegłym tygodniu rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa po raz kolejny ogłosiła na Telegramie, że „resztki Ukrainy zostaną wchłonięte przez Warszawę”. Z kolei wpływowa gazeta „Izwiestia” poinformowała czytelników, że Polska zalewa zachodnią Ukrainę swoim personelem wojskowym w celu późniejszej aneksji Lwowa i okolic.

Jednym słowem, Polska, wykorzystując sytuację w regionie, chce sięgnąć po „historyczne terytoria”, a wszystko podstępnie, małymi kroczkami, pod płaszczykiem pomocy i humanitaryzmu. Rosyjska propaganda, utrwalając taki przekaz, realizuje dwa cele. Pokazuje społeczeństwu rosyjskiemu, że Polska jest państwem agresywnym, a jej prawdziwym zamiarem jest rozbiór państwa ukraińskiego.

Drugi cel propagandowy skierowany jest do społeczeństwa ukraińskiego. Chodzi o podkopanie zaufania do najbliższego sojusznika i partnera, odkurzenie nacjonalizmów, szczególnie w zachodniej części Ukrainy.

Czytaj więcej:

Finanse Sankcje za współpracę z Rosją: bez przebaczenia

Pro

Niestety, w rytm tej mało wyrafinowanej propagandy grają też niektórzy polscy publicyści i eksperci, którzy debatują nad potencjalną powojenną federalizacją Polski i Ukrainy. Jest to bardzo szkodliwe i uwiarygodnia rosyjską propagandę. Bo skoro o tym się mówi i pisze w Polsce, to coś musi być rzekomo na rzeczy. Polskie publikacje są zresztą często cytowane w rosyjskich mediach, co ma sprawić wrażenie, że nad Wisłą toczy się jakaś poważna dyskusja na ten temat.

Tymczasem w Polsce nikt z przedstawicieli klasy politycznej nigdy nie podniósł tej kwestii. Ten temat nie istnieje w żadnej poważnej debacie politycznej. Równie dobrze można dyskutować o przyłączeniu do Polski Zaolzia, tylko po co, skoro nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością. Toczy się natomiast inna dyskusja – o przyszłości Ukrainy w UE i NATO. Warto zatem zdobyć się na odrobinę refleksji, zanim rozpocznie się jakieś futurystyczne dywagacje.