Kardas, Gutowski: Jak zrobić z sądów odwoławczych sądy kapturowe

Dziś ustawodawca sprowadza gwarancje rzetelności do jednego sumienia w zamkniętym jak twierdza sądzie drugiej instancji. A to trochę za mało.

Publikacja: 07.04.2023 07:22

Kardas, Gutowski: Jak zrobić z sądów odwoławczych sądy kapturowe

Foto: Fotorzepa / Marian Zubrzycki

Przytłumione sporami o zmiany ukierunkowane na destrukcję wymiaru sprawiedliwości, bledną nowelizacje deklaratywnie lub intencjonalnie ukierunkowane na poprawę, usprawnienie i przyspieszenie działania sądów. Ich znaczenie bywa niedostrzegane również dlatego, że spowolnienie pracy sądów ujawnia się nie tylko w badaniach statystycznych, lecz jest widoczne na pierwszy rzut oka uczestników postępowań sądowych, zwłaszcza tych profesjonalnych.

Wśród licznych, wymagających krytycznej refleksji zmian ustawowych wprowadzonych w ostatnich latach, dwóm chcemy poświęcić nieco uwagi.

Okiem praktyka

Wybór podyktowany jest zarówno praktycznym znaczeniem, jak i prezentowanym w przestrzeni publicznej chwytliwym uzasadnieniem ich wprowadzenia, tj. koniecznością optymalnego wykorzystania sędziów i umożliwienia im pracy, gdy nie da się prowadzić rozpraw. W ocenie ustawodawcy efektywne i szybkie postępowania odwoławcze zapewnią składy jednoosobowe na posiedzeniach niejawnych. Towarzyszy im prawniczy paradoks. Na pierwszy rzut oka te modyfikacje wydają się zrozumiałe. W praktyce okazują się niezwykle destrukcyjne. Zabiły one istotę postępowania apelacyjnego, zmieniając sądy odwoławcze w swoiste sądy kapturowe.

Nie chcemy rozpoczynać analizy od odwołania się do konstytucyjnego prawa do sądu i zasad procesowych, chociaż te kwestie wydawałyby się pierwszoplanowe. Inflacja prawa i dzisiejsza łatwość ignorowania tych podstawowych reguł przez prawodawcę przekonują nas, by na tytułowy problem spojrzeć okiem praktyka.

Dokładniej niż pozostali sędziowie

Do niedawna składy trzyosobowe były w postępowaniach odwoławczych regułą (rzadziej występowały składy poszerzone). Trzech sędziów zawodowych procedowało w ten sposób, że jeden z nich (sprawozdawca) przygotowywał się do sprawy dokładniej niż pozostali, referował sprawę członkom składu orzekającego przed przystąpieniem do rozpoznania sprawy na tzw. naradzie wstępnej.

Następnie w początkowej części rozprawy apelacyjnej składał formalne sprawozdanie stronom i sądowi. Pełnomocnicy i obrońcy w swych wystąpieniach często odnosili się do referatu sędziego sprawozdawcy, a na bazie tych wystąpień członkowie składu orzekającego zadawali pytania. Gdy sąd odwoławczy prowadził postępowanie dowodowe ze względu na uchybienia sądu pierwszej instancji, co przy dzisiejszej konstrukcji apelacji jest regułą, czynności dowodowe toczyły się zasadniczo przed całym składem orzekającym (z wyjątkiem rzadkich czynności przed sędzią wyznaczonym).

Czytaj więcej

Z wyłączaniem sędziów coraz większy problem

Debatował cały skład

Postępowanie apelacyjne wieńczyły wystąpienia stron i ich pełnomocników lub obrońców. Następująca po nich niejawna narada całego składu orzekającego z powodów oczywistych obejmowała debatę nad wszystkim, co jawnie wydarzyło się w trakcie postępowania. Wyrok ogłaszany po naradzie wieńczony podaniem tzw. ustnych motywów rozstrzygnięcia niejednokrotnie odzwierciedlał stosunek całego składu sędziowskiego do poruszanych kwestii spornych. W postępowaniu odwoławczym aktywnie brał udział cały skład orzekający, chociaż sprawozdawca był tym, który sprawę musiał znać „na wylot”. Jego referat był przedmiotem krytycznej oceny nie tylko stron, lecz również pozostałych członków składu orzekającego. To do niego kierowali oni pytania. Nie wypadało nie przygotować się solidnie do tej roli, groziło to bowiem dużym dyskomfortem sędziego sprawozdawcy. Prosty mechanizm gwarantował rzetelność podejścia do sprawy.

Iluzoryczna kontrola

Dzisiaj reguły są inne. W drugiej instancji sprawę zwykle rozstrzyga jeden sędzia mający możliwość rozpoznania jej na posiedzeniu niejawnym, z czego dość często korzysta. Oznacza to, że nie składa przed nikim sprawozdania, nie konfrontuje z nikim swojego sposobu myślenia i pomysłu na sprawę, nie zdaje swoistego egzaminu ze znajomości sprawy i prawidłowego odniesienia do przedstawionych w apelacjach problemów prawnych.

Gdy dodatkowo skorzysta z niejawnego rozpoznania, nie wysłucha wystąpień stron, nie zada im pytań, nie ma szans dostrzeżenia tych problemów, które umknęły jego uwadze. Nawet jeśli przeczyta dokładnie akta, nie musi ich znać i prezentować w sposób gwarantujący wykazanie profesjonalizmu, lub przynajmniej unikając autokompromitacji. W istocie działanie samotnie orzekającego w instancji odwoławczej sędziego, podejmującego decyzję w zaciszu gabinetu, niewiele różni się do czynności urzędniczych. Nie ma kontradyktoryjności rozprawy, napięć i sporów argumentacyjnych, emocjonalnych niekiedy wystąpień.

Brakuje przestrzeni, w której uczestnicy mogą odczuć, że ich sprawa jest traktowana poważnie, a ich udział ma jakiś wpływ na ostateczne rozstrzygnięcie. Samotny sędzia odwoławczy nie daje nawet namiastki rozstrzygania sporu w zaciszu gabinetu, jest odarty nawet z tych elementów, które towarzyszą procesowi w pierwszej instancji.

Stronom i innym obserwatorom zewnętrznym pozostaje ulotna i nieco naiwna wiara, że jednoosobowy skład odwoławczy jest „lepszy” merytorycznie niż jednoosobowy skład pierwszej instancji. Kontrola odwoławcza zatem staje się iluzoryczna i urzędnicza. Nie ma w niej miejsca na dyskurs, debatę, wielość spojrzeń, ścieranie się poglądów, jak dzieje się w składach wieloosobowych. Nie ma mechanizmu zapewniającego lepsze przygotowanie sędziów do sprawy oraz stwarzającej większe szanse na sprawiedliwe i słuszne orzeczenie, eliminację ewentualnych błędów. Dobre rozwiązanie systemowe, jakim było jawne orzekanie w składach wieloosobowych, zwiększało prawdopodobieństwo przestrzegania zasady rzetelnego procesu. Dziś ustawodawca redukuje gwarancje rzetelności do sumienia jednego sędziego w zamkniętym jak twierdza sądzie odwoławczym, zakładając, że jest on sumienny, uczciwy, przeczyta akta i przeanalizuje sprawę obiektywnie i z wielu perspektyw.

Czy tak jest w istocie? Tego niestety nie wiemy. System naboru sędziów takich gwarancji nie zapewnia, co wytyka nam Trybunał Sprawiedliwości UE i Europejski Trybunał Praw Człowieka. A jak uczy doświadczenie praktyków, samo sumienie sędziego jako gwarancja rzetelności procesu to trochę za mało.

Autorzy są profesorami i adwokatami

Przytłumione sporami o zmiany ukierunkowane na destrukcję wymiaru sprawiedliwości, bledną nowelizacje deklaratywnie lub intencjonalnie ukierunkowane na poprawę, usprawnienie i przyspieszenie działania sądów. Ich znaczenie bywa niedostrzegane również dlatego, że spowolnienie pracy sądów ujawnia się nie tylko w badaniach statystycznych, lecz jest widoczne na pierwszy rzut oka uczestników postępowań sądowych, zwłaszcza tych profesjonalnych.

Wśród licznych, wymagających krytycznej refleksji zmian ustawowych wprowadzonych w ostatnich latach, dwóm chcemy poświęcić nieco uwagi.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie Prawne
Piotr Podgórski: Jak walką z cyberzagrożeniem wylewamy dziecko z kąpielą
Opinie Prawne
Tomasz Justyński: Czy to już koniec zasiedzenia, jakie znamy?
Opinie Prawne
Pietryga: Kompromis czy konfrontacja w sprawie KRS? Sądzę, niestety, że to drugie
Opinie Prawne
Tomasz Pietryga: W co gra Tomasz Szmydt? Małpa z brzytwą na ramieniu Łukaszenki
Opinie Prawne
Paweł Litwiński: Jak chroni się dane w sądach? Cóż…