Gdy polski podatnik – jako żywo „obywatel Unii Europejskiej" – idzie do sądu, który zgodnie z art. 184 konstytucji „sprawuje kontrolę działalności administracji publicznej", ze skargą na działalność organu podatkowego i trafia na sędziego, który wcześniej był pracownikiem tejże administracji publicznej (o czym nie ma nawet jak się dowiedzieć, bo informacji o tym nigdzie nie znajdzie), to czy stanowi to realizację jego „prawa do rozpoznania sprawy przez niezależny sąd w rozumieniu prawa unijnego", czy niekoniecznie?

Niestety, „naród", do którego – zgodnie z art. 4 ust. 1 konstytucji – należy „władza zwierzchnia", nie ma na to najmniejszego wpływu. Naród sprawuje tę władzę „przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio" (art. 4 ust. 2). Na wybór swoich przedstawicieli w organach władzy ustawodawczej i wykonawczej jakiś wpływ jeszcze ma. Ale nie może – ponoć – mieć wpływu na wybór swoich przedstawicieli w organach władzy sądowniczej. Tak przynajmniej twierdzą niektórzy obrońcy konstytucji. Choć ona sama milczy o tym, kto powołuje 15 sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa, upierają się, że to muszą być sami sędziowie. Ale przecież oni nie są „przedstawicielami" narodu, tylko samych sędziów. Naród może jedynie – za sprawą swojego przedstawiciela, którym jest prezydent – nie powołać niektórych sędziów na wniosek przedstawiony mu przez KRS.

Czytaj więcej

Robert Gwiazdowski: Stalin i podział władzy w Polsce

Na szczęście próba zamachu PO na to prawo prezydenta się nie powiodła. Gdy uchwalono nowelizację ustawy o ustroju sądów powszechnych, na podstawie której prezydent miał zostać „notariuszem KRS" i mieć obowiązek powołania w ciągu 30 dni każdego, o kogo Rada zawnioskuje, Trybunał Konstytucyjny stanął na wysokości zadania i uznał ten przepis za sprzeczny z konstytucją.

Ale na biernym prawie blokowania niektórych nominacji sędziowskich uprawnienia narodu mają się kończyć. Skoro naród sam się nie może leczyć (lekarze decydują, kto może być lekarzem), to nie powinien też sam się sądzić. Problem w tym, że jak kogoś dopadnie choroba, nie musi iść do lekarza, a jak już idzie, to sam może sobie go wybrać, a po usłyszeniu „wyroku" pójść do innego. To przynajmniej pozwala wyeliminować pomyłki lekarskie. Pomyłek sądowych wyeliminować się nie da, bo sędziowie bronią zasady „trwałości decyzji administracyjnych". Ta trwałość bywa wynikiem uznawania przez sądy za zgodne z prawem decyzji, które z prawem zgodne nie były. „Pacjent" umiera, choć – wbrew diagnozie organu podatkowego – wcale nie był chory. Niestety, sądu obywatel wybrać sobie nie może.

Autor jest adwokatem, profesorem Uczelni Łazarskiego i szefem rady WEI